Stosunek przerywany - poznajcie pokolenie "wyjmij/włóż"

Coraz więcej dziewczyn przyznaje, że praktykuje stosunek przerywany. Bo prosty i tani. Ale nie jest skuteczną metodą antykoncepcji, moje drogie dziewczęta.

rys. Magda Danajrys. Magda Danaj

Po pigułce "świrujemy", w plastrach czujemy się jak oznakowana trzoda chlewna, prezerwatywy odbierają 95 procent przyjemności. Takie słyszę wymówki i uzasadnienia. „Używam plastrów, ale boję się ciąży, więc dodatkowo no wiesz ” - zwierza się przyjaciółka. Inna co do zasady nie kocha się bez prezerwatywy. Ale czasem, w ogniu namiętności... Dziewczyna kumpla nie chce brać tabletek, więc bawią się w kotka i myszkę. Ale on chyba nabawił się od tego lekkiej nerwicy, bo cały czas bębni palcami po stole.  Nie są wierzącymi i praktykującymi katolikami. Nie są niedojrzali ani lekkomyślni. Nie czytają poradników z „Cosmo” i stać ich na antykoncepcję. To dlaczego wciąż stosują nieskuteczną, nieprzyjemną i niepraktyczną metodę wyjmij włóż? Właściwie, biorąc pod uwagę jej zawodność, za godną zaufania metodę antykoncepcji w ogóle nie powinna być uważana. Chyba że z przymrużeniem oka jak kalendarzyk.

Linda, niewierna niczym Tomasz, długo podśmiewała się ze znajomych, którzy wyjmowali i wkładali. Ale ostatnie badania prawie przekonały ją do przekłucia prezerwatywy i porwania recepty. Na amerykańskim uniwersytecie Duke dowiedziono, że stosunek przerywany jest niewiele mniej skuteczny niż prezerwatywa (!). W związku z tym stosuje go już co trzecia kobieta w wieku 15 do 24 lat, a ponad 60 procent stosowało tę metodę co najmniej raz. Z drugiej strony, ze stu dziewczyn, które stosują stosunek przerywany, 22 w ciągu roku zajdzie w ciążę (85 na 100 zajdzie w ciążę, jeśli w ogóle się nie zabezpiecza). Wszystko przez to, że chłopaki wyjmują za późno albo nie zdają sobie sprawy, że w 41 procent przypadków preejakulat (czyli to, co wydobywa się z przyrodzenia przed wytryskiem) zawiera spermę, a więc może zapłodnić. „Głupi ci Amerykanie”, powiecie.

Ale może mają trochę racji? Może pigułka antykoncepcyjna, symbol wyzwolenia, zaczęła nas zniewalać? Większości z nas lekarz przepisał pierwsze opakowanie na początku liceum. Nawet jeśli jeszcze byłyśmy dziewicami. Bierzemy je do dzisiaj, do trzydziestki, do pierwszego dziecka. Nie zważając często na wahania nastroju i wagi.

Właściwie trudno sobie wyobrazić, żeby dziewczyny, które na śniadanie jedzą jarmuż, na lancz idą na jogę, a na kolację budują domy dla Habitat for Humanity, "truły się" hormonami. Stosunek przerywany jest naturalny, bliski ciału, w jakimś sensie romantyczny. W końcu wymaga stuprocentowego zaufania do partnera. Że wyjmie w odpowiednim momencie. Że zrezygnuje z pełnej rozkoszy na rzecz wcześniej zawartej umowy. Że w razie czego poniesie konsekwencje.

Większość moich koleżanek, które biorą tabletki, mają problem z ich odstawieniem. Przyzwyczajone do bezpieczeństwa, panikują gdy zapomniały choć jednej. Chcą mieć dzieci, jasne. Ale chwilę później, nie teraz, za rok. Ze stosunkiem przerywanym „problemu” bezpieczeństwa nie ma. Wszystko się może zdarzyć. To więc swoisty wybieg, żeby chcieć ciąży i wcale nie chcieć. Gorzej dla faceta. On musi żmudnie wyćwiczyć wyjmowanie w ostatniej chwili. Znać cykl swojej dziewczyny. Skazać się na przyjemność zawsze nieco kaleką.

Nad metodą wyjmij-włóż warto zastanowić się w momencie, gdy toczy się dyskusja o pigułce „po”. Dla przerwanego pokolenia to świetny plan B. I tu otwiera się nowa rozmowa. O tym, czy pigułka „po” to środek antykoncepcyjny na wypadek, gdy wszystko inne zawiedzie czy równie dobry jak każdy inny. Z całym szacunkiem dla fanów natury, tak niechętnych wszelkiej "chemii", Linda zastanawia się, jaki sens rezygnować z hormonów po to, by w sytuacji awaryjnej dostarczyć sobie uderzeniowej dawki?

Więcej o: