10 patentów na komedię romantyczną dla nowego pokolenia

Po ckliwych romansach lat 90. przyszła pora na obrazoburcze, prowokujące i smutne komedie romantyczne dla współczesnych trzydziestolatków. Bo czy można śmiać się i wzruszać aborcją, samotnością i zdradą?

„Ludzie nie są zmęczeni komediami romantycznymi. Są zmęczeni tanimi i tandetnymi filmami o wielkich romantycznych gestach, które nigdy nie zdarzają się w prawdziwym życiu”, powiedział Harry Potter, tfu, Daniel Radcliffe w wywiadzie dla „New York Timesa”, zapytany o swój nowy film „Słowo na M”, w którym gra chłopaka zakochanego w swojej najlepszej przyjaciółce. Radcliffe cieszy się, że w filmach o miłości nie ma już scen na lotniskach, perfekcyjnych dżentelmenów pod krawatem albo kobiet sukcesu, które dzięki miłości stają się perfekcyjnymi paniami domu.

Może w latach 90. wszystko było prostsze. Wystarczyło wziąć zupełnie nieprawdopodobny scenariusz (z prostytutki księżniczka, z pucybuta milioner, z dwojga zupełnie niedopasowanych ludzi idealne małżeństwo), gwiazdy, które wcześniej zagrały parę w kilku udanych filmach (Drew Barrymore i Adam Sandler, Julia Roberts i Richard Gere, Meg Ryan i Tom Hanks), ścieżkę dźwiękową pełną ckliwych piosenek i kilka scen, podczas których należało sięgnąć po chusteczkę. Po „Bezsenności w Seattle”, „Masz wiadomość”, „Pretty Woman”, „Notting Hill” i jeszcze kilku klasykach (żeby nie było, oglądałam je wszystkie po dziesięć razy) przyszedł czas na znacznie mniej udane produkcje z Kate Hudson i Katherine Heigl (nie chcę pamiętać „Jak stracić chłopaka w 10 dni” i „27 sukienek”), które straszyły nieśmiesznym humorem, mizoginistyczną wizją sfrustrowanych singielek, a na koniec - niestrawną porcją lukru.

Ale gatunek nie ma zamiaru wyginąć. Komedie romantyczne odradzały się po cichu i nieśmiało, z dala od głównego nurtu. W tym roku Oscara dostanie zapewne „Boyhood”, film o dorastaniu, kręcony przez Richarda Linklatera przez 12 lat. Ale już 20 lat temu reżyser stworzył kultowe „Przed wschodem słońca” - dla filmów niezależnych "romans założycielski". Amerykanin Jesse i Francuzka Celine spotykają się w pociągu do Wiednia i spędzają jedną noc w mieście na flircie, seksie i zwierzeniach. Kilka lat później oglądaliśmy tę samą parę w „Przed zachodem słońca”, a potem jeszcze w „Przed północą” jako lekko sfrustrowanych rodziców. „Przed wschodem słońca” miało wszystko, czego szuka się w niezależnych komediach romantycznych - atrakcyjnych i inteligentnych, ale zagubionych i niedojrzałych kochanków, „prawdziwą” scenografię (lekko przybrudzony Wiedeń wygląda jak Warszawa), dowcipne, ale trochę nieporadne dialogi (zawsze zawieszone w pół zdania i nigdy do końca nie domknięte).

Współczesne komedie są w prostej linii potomkami klasyki Linklatera. Tyle że zamiast „prostych” problemów dorastania mamy w nich dylematy aborcji, utraty dziewictwa i zdrady. Moją najnowszą fascynacją jest „Obvious Child”, czyli bardzo subtelny, choć bardzo odważny film o tym, że dziewczyna, którą właśnie rzucił facet (przezabawna Jenny Slate, którą może znacie z „Parks and Recreation”), zachodzi w ciążę z przypadkowym, acz, jak się okazuje, całkiem fajnym, chłopakiem. I co dalej? Donna nie trzepocze rzęsami. Jej wybranek nie pada na kolana z pierścionkiem. Nie ma zachodów słońca, szumu fal ani muzyki relaksacyjnej. Wszystko jest tak jak jest, a koniec filmu jest dopiero początkiem ich historii. Jakie jeszcze składniki mają/miewają/powinny mieć nowe komedie romantyczne?

1. Miłość zaczyna się od przyjaźni

W „Słowie na M”, czyli wspomnianym już całkiem udanym filmie, w którym Daniel Radcliffe wreszcie przestaje kojarzyć się z Quidditchem, miłość nie jest komunią dusz. Raczej dobrą, pełną zrozumienia rozmową, która toczy się nieustannie między dwojgiem przyjaciół. Wallace i Chantry (królowa nowych komedii romantycznych, Zoe Kazan) dokuczają sobie trochę jak Meg Ryan i Tom Hanks w „Masz wiadomość”, ale ckliwi z pewnością nie są. Raczej trochę przegrani, trochę znudzeni, trochę bez ikry. Zanim zrozumieją, że się kochają, pół filmu przegadają o tym, że nic nie ma sensu. A potem ma, bo są razem. Scena na dachu, gdy uciekają razem z przyjęcia pełnego ludzi, jest dla mnie wciąż jedną z najbardziej wzruszających. Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie - niby nic nowego, ale jakże wdzięcznie słucha się rozmów o kompleksach, obsesjach i słabościach. Tego w latach 90. nie było.

2. Chłopcy są bardziej wrażliwi od dziewczyn

Najlepszy przykład: „500 dni miłości”, czyli dla wielu najlepszy film o miłości nakręcony po 2000 roku. Joseph Gordon-Levitt (kto by go nie kochał!) zakochuje się w Zooey Deschanel, która... no właśnie - wcale go tak bardzo nie kocha. Może kiedyś kochała. A może jej się zdawało. Ale to nie było to. I przez większość z 500 dni JGL płacze za Zooey. Ale to nieszczęśliwa miłość daje mu kopa, buduje, a potem, w końcu, może, doprowadzi do miłości prawdziwej.

Trochę w temacie jest też film „Kumple od kufla” z zawsze zmysłową Olivią Wilde i supernieporadnym Jakiem Johnsonem. Jak on ją zdobył?! - pytały zapewne miliony kolesi w kinie.

3. Miłość nie zna wieku

W „Ani słowa więcej” kochają się Julia Louis-Dreyfus i James Gandolfini. Oboje grubo po pięćdziesiątce. W latach 90. zakochać się wypadało właściwie tylko do trzydziestki. Potem to już małżeństwo, dzieci i rozwód. „Ani słowa więcej” bez lukru opowiada o tym, co zdarzyć się może po jednym happy endzie. Że miłość życia niekoniecznie jest jedna i może przyjść całkiem późno. Oglądając Evę i Alberta czuję się trochę jakbym patrzyła na swoich rodziców - zupełnie dorosłych, ale czasem nieporadnych, nieśmiałych, zagubionych w swoich uczuciach. Bo dojrzewanie przecież nie musi się nigdy skończyć.

4. Miłość wcale nie jest na zawsze

Dziewczyna poznaje chłopaka, dziewczyna zwodzi chłopaka, chłopak oświadcza się dziewczynie. Happy end, cięcie, napisy. Na szczęście współczesne komedie romantyczne mówią nam o tym, o czym wiedzieliśmy od dawna, choć kino jakoś nie chciało tego przyznać. Że miłość nie trwa wiecznie. W „Celeste i Jesse - Na zawsze razem” przez półtorej godziny obserwujemy, jak Rashida Jones rozstaje się z Andym Sambergiem. Wydają się być dla siebie stworzeni, ale najwyraźniej nie są. Historia ich rozwodu jest bardziej wzruszająca niż wielu hollywoodzkich ślubów.

5. Miłość (nie) zważa na różnicę wieku

Richard Gere był znacznie starszy od Julii Roberts. Nikomu to nie przeszkadzało. Doświadczony mężczyzna i dziewczyna, która dopiero wchodzi w dorosłe życie, to klisza nad klisze. Może dlatego tak świetnie zagrała w „Sztukach wyzwolonych” z jednym z najbardziej wkurzających aktorów świata, czyli Joshem Radnorem. Na osłodę mamy Elizabeth Olsen w roli 19-letniej studentki, która zakochuje się w znacznie starszym, ale niekoniecznie dojrzalszym, pracowniku uniwersytetu. Wraz z miłością ona nabiera ogłady, a on przypomina sobie, jak fajnie było być młodym. Zakończenia nie zdradzę, ale jest zdroworozsądkowe, a nie romantyczne. I to też w nowych komediach romantycznych cenię. Nikt szat nie rozdziera. Nie wychodzi to nie wychodzi. Nie gra to nie gra. A związek może być fajną lekcją, a niekoniecznie od razu rozwiązaniem wszystkich problemów.

6. Utrata dziewictwa nie musi być romantyczna i wzniosła

„The First Time” to trochę film o pierwszej miłości, a trochę o innym pierwszym razie. Nie jest wybitny, może nawet nie jest dobry (gra w nim Britt Robertson, która ma zażartych wrogów). Ale licealną miłość pokazuje bez iskry, magii i lukru. Jako spotkanie dziewczyny i chłopaka, którzy się lubią, rozumieją, chcą ze sobą być. I nikt nie mówi nikomu, że „na zawsze”.

7. W miłości liczy się potęga wyobraźni

W „Ruby Sparks” młody pisarz wymyśla sobie dziewczynę, której nie ma. W komediach romantycznych lat 90. kochankowie byli tak nierealni, że utkani z mokrych snów. Teraz przynajmniej przyznajemy się do tego, że czasem marzenia są lepsze niż to, co aktualnie dostajemy.

8. Dzieci wcale nie są dziecinne

Moimi ukochanymi bohaterami „Bezsenności w Seattle” byli Jonah i Jessica, czyli dzieciaki, które zaplanowały wyprawę do Nowego Jorku i sprawiły, że Annie i Samowi jednak udało się spotkać na szczycie Empire State Building. Teraz puppy love jest dojrzalsza niż dorosła. W genialnym „Kochankowie z księżyca” para dwunastolatków ucieka od całego świata, żeby być razem. Czują, mówią, myślą jak dorośli. Albo jak wydaje im się, że myślą dorośli, bo naoglądali się za dużo filmów. W każdym razie kochają się pięknie. I wcale nie słodko.

9. Miłość nie jest ckliwa

Jednym z moich ulubionych filmów wszech wszech czasów jest „Juno”. Gdy Ellen Page mówi Michaelowi Cerze, że będzie miała dziecko, a potem wyznaje mu miłość, płaczę niezawodnie. Wiatr nie rozwiewa jej włosów. Ma na sobie wielkie dżinsy i jeszcze większą bluzę. A jej ukochanego Bleekera Rhett z „Przeminęło z wiatrem” albo Rick z „Casablanki” rozłożyłby na łopatki. Ale dla siebie nawzajem są najpiękniejsi na świecie. Bez żadnych efektów specjalnych. To jest coś.

10. Nie ma miłości bez psychoterapii, psychoanalizy i generalnie ostrej schizy

Na liście moich ulubionych komedii romantycznych nie mogłoby zabraknąć „Zakochanego bez pamięci” i „Czworo do pary”. Co łączy kultowy film Michela Gondry'ego o miłości tak wielkiej, że trzeba ją wymazać, żeby już nie bolało i film o parze, która, hmm, poznaje lepsze wersje siebie nawzajem? Stare sztuczki dziadka Freuda. W komediach romantycznych dla widzów, którzy wychowali się na Woodym Allenie oglądanym na przemian z „Kiedy Harry poznał Sally”, fantazja wciąż musi mieszać się z rzeczywistością, oczekiwania z rozczarowaniami, a romantyzm z prozą po happy endzie. Bo przecież ciekawe jest dopiero to, co wydarzy się po napisach końcowych.

Więcej o: