Warszawa kontra Berlin: rzeczy, których nasza stolica naprawdę nie musi się wstydzić

Mówią, że Berlin ma wiele zalet. Kochają to miasto za niezobowiązujący charakter, ścieżki rowerowe, pikniki na trawnikach, śniadania w porze wysoce kolacyjnej i wydarzenia kulturalne, ale wiecie co? W pojedynku metropolii Warszawa wcale nie jest na pozycji straconej. Oto kilka punktów, w których wcale nie ustępujemy, a być może nawet zdarza się nam górować.

Porządek

Wydawałoby się, że u Niemców porządek rzecz święta, ale to w Berlinie znacznie łatwiej jest trafić na budynki zapaskudzone od góry do dołu jakimiś odpadającymi płachtami starych reklam, w oknach działających sklepów oberwane żaluzje, tam przyjarane, tu pobazgrane... Wysiadasz z kolejki blisko centrum i czujesz się jak bohater przerysowanego filmu o Bronxie z lat siedemdziesiątych. Żeby wzmocnić wrażenia, czarni bracia jarając dżojnty namawiają cię do kupna. „Hey! It`s good for you!”. Masowo, beztrosko, niemalże oficjalnie. Podobno lubimy „gonić zachód”. Sporo Berlińczyków zapewne zakrzyknęłoby „przestańcie!”, gdyby tylko dać im możliwość wygrzebania się z ton psich kup, które zalegają wszędzie. W Warszawie analogicznie, choć idzie ku lepszemu, walczy się ze zjawiskiem. Tymczasem w stolicy Niemiec robią z syfu styl życia. A jak się nie podoba, to Wolfgang Thierse, wiceprezydent Bundestagu i dumny mieszkaniec Prenlzauer Berg powie ci, że „jesteś teraz w Berlinie, a nie w swoim małym miasteczku z kolejnością sprzątania na klatce”.

Berlin: wstęp dozwolony, fot. Dominika WęcławekBerlin: wstęp dozwolony, fot. Dominika Węcławek

Miasto w budowie

Narzekamy, że ten most zamknięty, tamta ulica rozkopana, że w weekend metro nie będzie kursować, a za chwilę zamkną Dworzec Centralny i wszystko pogrąży się w chaosie. Hej, nie ma co marudzić! Berlin od dekad jest miastem w budowie i wszystko gra! Tu rozkopane, tam zamknięte, tu trzeba przejść kładką, a tam dojścia nie ma. „Przykro nam, dziś z tej stacji nie dojedziesz do domu, bo właśnie zmieniamy świat na lepsze”. Nie mówię, że to źle, ale od ponad dwudziestu lat wpadam do tego miasta na dłużej lub krócej i... mam niejasne przeczucie, że w Berlinie tak już zostanie, on będzie zawsze w budowie i będzie takim workiem bez dna. Warszawa ma jakieś tam perspektywy na finał tych większych inwestycji. W Berlin wpompowano grube miliony, gentryfikacja szaleje od upadku muru, a to, co rzuca się w oczy, na przykład gdy tylko odejdziemy kilka kroków od słynnego Alexanderplatz, to pustostany. Dziesiątki, ba! Setki opustoszałych budynków. Zabite dechami ex-biurowce oferują schronienie bezdomnym. Zrujnowane fabryki, często zupełnie niezabezpieczone, zapraszają do wnętrz miejskich eksplorerów. Ochrona? Kto ma na to pieniądze? Płot? Żeby złomiarze rozkradli? Bez sensu. Dlatego berlińskim squattersom jest nadal o wiele łatwiej funkcjonować niż tym warszawskim, za to widok wyludnionego bloczyska w bliskim sąsiedztwie Bundestagu, dziwić może tylko przyjezdnych.

Piękny pustostan w bliskim sąsiedztwie Alexanderplatz - do wzięcia od zaraz! fot. Dominika WęcławekPiękny pustostan w bliskim sąsiedztwie Alexanderplatz - do wzięcia od zaraz! fot. Dominika Węcławek

Gospodarność

Miejmy już sprawy finansowe za sobą. Może i w Warszawie prędzej zakwitną przebiśniegi niż pierwsi pasażerowie pojadą drugą linią metra, może lotnisko w Modlinie miało sporo problemów na początku swej działalności, potem w ogóle nie działało, a teraz jest jak jest. Może też zakończenie budowy obwodnicy przez Ursynów i Wilanów, czy szpitala południowego nie nastąpi za naszego życia, ale to jeszcze nie dramat. Warszawa wciąż ma wyższe dochody niż zadłużenie, w Berlinie - wręcz przeciwnie, dług trzykrotnie przewyższa wartość dochodów wynosząc około 62 miliardów euro! W 2001 roku Klaus Wowereit, burmistrz Berlina powiedział, że to miasto jest „biedne, ale sexy”. Cóż, jak na seksownego biedaka przystało, jest dość rozrzutne. Zbudowano specjalną linię metra, U55, która służy wyłącznie leniwym, albo posiadającym wyjątkowo mało czasu turystom, gdyż jeździ na krótkim odcinku między dworcem głównym, Bundestagiem i Bramą Brandenburską. Dlaczego ktoś w ogóle miałby drążyć jeszcze jeden tunel i to na tak krótkim odcinku? Po prostu przepadłyby dotacje... Jeszcze weselej robi się w temacie lotniska. Berlin ma ich już kilka, ale żadne nie jest idealne. Lotnisko BER póki co stało się zaś idealnym przykładem utopionych miliardów. Budowa miała zakończyć się już w ubiegłym roku, ale póki co nie ma perspektyw na otwarcie tego portu lotniczego. Nie szkodzi. Już teraz opłaty za prąd i utrzymanie obiektu przebijają utrzymanie funkcjonujących lotnisk. Na szczęście nie brak złośliwych gapiów, którzy są skłonni za skromną opłatą nabyć bilet wstępu i zwiedzać ten symbol berlińskiej niegospodarności.

Nie mamy czasu na rozliczenia, tu się buduje! fot. Dominika WęcławekNie mamy czasu na rozliczenia, tu się buduje! fot. Dominika Węcławek

Język

Duża impreza w imponującym gmachu HKW, oficjele, sponsorzy, artyści i prasa ze świata. Najpierw po angielsku zagaja konferansjerka, jąkając się paskudnie i myląc słowa. Potem przemawia wysoko postawiony urzędnik-organizator, robiąc to na tyle niezrozumiale, że od międzynarodowej publiki dostaje jeszcze w trakcie szydercze oklaski. I tak tu jest. Lubujemy się w Warszawie w wyłapywaniu ludzi, którzy w sondzie ulicznej nie umieją odpowiedzieć po angielsku turyście, przerażonych paroma słowami w języku Szekspira kelnerów, dukających pań na stanowiskach czy oficjeli. W Berlinie to zupełnie normalne. Na każdym właściwie szczeblu. Młodzież często się płoszy, seniorzy wymownie milczą - kto wie, może dlatego, że jesteś tym niedobrym turystą przez którego mają wyższe ceny. Zadziwiające też w ilu istotnych berlińskich muzeach potrafi się „zapomnieć” o wersji innej niż niemiecka, albo skrócić całą litanię do jednego-dwóch zdań suchą angielszczyzną. Niech płaci (słono) i się nie interesuje!

Berlińska ulica (Fot. Dominika Węcławek)Berlińska ulica (Fot. Dominika Węcławek)

Papierosy

Wielu warszawskich palaczy boleśnie przeżyło przyjęcie nowych przepisów, które zakazują palenia w lokalach biurowych i gastronomicznych, palenia na przystankach i wszędzie tam, gdzie niepalący musieliby być niechcący narażeni na papierosowy dym. Cóż. W Berlinie nikt się nie certoli. Podobno są jakieś strefy palaczy w klubach, ale we wszystkich, które ostatnio odwiedziłam, były czystą fikcją. Za to siekiera, jaka wisiała w powietrzu pod sceną była bardzo realne i nie do rozgonienia. A gdy do oparów gandzi i tytoniu dojdzie jeszcze dym wydmuchiwany masowo przez włodarzy, żeby na parkiecie było mistyczniej, to już trudno złapać oddech. Pali się w klubach, ale i na stacjach kolejki, pali się wszędzie tam, gdzie jakiś okrutny ciemiężyciel nie zamontował czujników dymu i nie narzucił drakońskich kar... Tylko tam gdzie dają jedzenie się zazwyczaj nie pali, na szczęście.

Palić można wszędzie (Fot. Dominika Węcławek)Palić można wszędzie (Fot. Dominika Węcławek)

Opłaty dodatkowe

Skoro już o drakońskich opłatach i klubach... Berlin, ach Berlin, witajcie w mieście, gdzie przeciętny klub w modnej lokalizacji i z dobrym programem artystycznym życzy sobie 2 euro za szatnię i euro za wizytę w toalecie. Oczywiście można nie płacić i targać płaszcz, bluzę, czapkę i szalik przez kilka godzin... Można, JA TEGO NIE ZROBIĘ? Ale, ale, dodam tylko, że jak już płacisz za szatnię to dostajesz - nikt nie pobierze dodatkowej opłaty za bluzę, czy sweter, wszystko zawiśnie elegancko na wieszaku, ładnie wygładzone, choćbyś szedł na koncert kapeli sludgemetalowej w postindustrialnych halach fabrycznych. A w toalecie masz zawsze czystą podłogę, nierozwaloną deskę, zapas papieru toaletowego, ciepłą wodę w kranie, ręczniki, czyste lustra... No chyba, że obsługa nie zdążyła jeszcze doprowadzić do ładu pomieszczenia po tej zapitej na amen małolacie przed tobą, która właśnie zaatakowała podłogę z trzech otworów naturalnych jednocześnie.

Społeczeństwo zachodnie stać na płacenie za szatnię (Fot. Dominika Węcławek)Społeczeństwo zachodnie stać na płacenie za szatnię (Fot. Dominika Węcławek)

Piwo

Niby jest co pić, ale wchodząc do przeciętnego berlińskiego sklepu wielobranżowego, warszawski miłośnik piwa może poczuć lekkie rozczarowanie - jak to, a gdzie coś ponad pilsa? Cztery radlery, dwa malze, jakiś mix browara z colą, ale tylko jedna odmiana pszenicznego? Snobizm? Niekoniecznie, ofensywa małych browarów na polskie sklepy sprawiła, że znacznie łatwiej dziś u nas kupić bocki, weizeny, ale nawet w małych punktach trafiają się ciekawe odmiany piwa... Z takim asortymentem nie mamy się czego wstydzić, a wiecie co jest najzabawniejsze? Że pół Berlina pije już polskie piwo. W parkach, w klubach, na stacjach metra i w kolejce - wszędzie w oczy kłuje... Tyskie. Nie jest najlepsze, to prawda, ale przy tym jak rozcieńczonego Berliner Kindla czy Lowenbrau potrafią tu lać, i tak się broni.

Niemieckie piwo (Fot. Dominika Węcławek) Niemieckie piwo (Fot. Dominika Węcławek)

Kebab

Ach tak, pod względem ilości barów i restauracji oferujących najpopularniejsze dania kuchni tureckiej i bliskowschodniej spokojnie możemy się czuć spełnieni. Nie każdemu oczywiście jest to w smak, ale to już inny problem. W ilości dobrych punktów z kuchnią wietnamską, takich, gdzie już nie tylko Pho, ale i Bun oraz inne przysmaki z odległych stron, możemy powoli nawet deklasować miasto niedźwiedzi. Co zaś z tym kebabem? No przecież ogromna mniejszość turecka, dają go wszędzie i całodobowo, w mnóstwie odmian. Ba, wyrobił się tu prawdziwy snobizm kebabowy i półgodzinne kolejki do TEGO Mustafy z Kreuzbergu. Tylko co z tego, skoro w naszym stołecznym Asado, Adanie czy Efezie to potrafi smakować równie dobrze.

Berliński falafel - na oko całkiem jak te w Warszawie (Fot. Instagram.com/nxl9)Berliński falafel - na oko całkiem jak te w Warszawie (Fot. Instagram.com/nxl9)

Kultura

Nie mówię o programie artystycznym, mamy w Warszawie program na miarę naszych możliwości, z roku na rok jest coraz bardziej atrakcyjnie, a publiczność powoli dorasta do szerokiej oferty. Nie mówię o tym, że faktycznie w Berlinie publika bywa mniej zmanierowana i ma w dupie snobizm, chodzi, bo chce się bawić i poznawać nowe rzeczy, mało kto przykłada uwagę do tego, w czym idzie na imprezę. Odpicowane laski i stylowi kolesie wciąż szlajają się po klubach stanowiących atrakcje turystyczną. W miejscach, gdzie się chodzi dla muzyki i dla atmosfery... cóż. Ludzie po prostu są, tańczą i rozmawiają o tym, co się dzieje na scenie. Ale ja nie o takiej kulturze. Nie mamy się czego wstydzić, zaprawdę, powiadam wam, w temacie kultury osobistej bywamy forpocztą savoir vivre`u. Ustępowanie miejsc osobom starszym, poruszającym się o kulach, kobietom w ciąży i rodzicom z małymi dziećmi wciąż jeszcze zdarza się w warszawskich środkach komunikacji miejskiej. Podobnie jak ciche „przepraszam” zamiast przepchnięcia barkiem albo wlezienia na plecy. Czekanie, aż biegnący pasażer dopadnie tramwaju - hej, zdarza się... ale tylko w Warszawie. W Berlinie wszyscy mają wywalone na twoje potrzeby, na twoje spóźnienia, na twój wiek i stan. Jest plan do zrealizowania. Dziękuję, do widzenia.

No dobra, streetartu Berlinowi możemy trochę zazdrościć... (Fot. Dominika Węcławek)No dobra, streetartu Berlinowi możemy trochę zazdrościć... (Fot. Dominika Węcławek)

Więcej o: