Co ja zjadam: tajski wykwit wyobraźni

W dzisiejszym odcinku opowiem wam, jak zepsułam mleko kokosowe i zużyłam cały imbir. Przepis ten jest dość uciążliwy w przygotowaniu i zawiera dużo warzyw, mimo tego polecam spróbować, bo przecież każdy czasem musi zaszaleć.

Z wielonocnej wracając wyprawy, wpłynęłam na suchego przestwór oceanu i zdałam sobie sprawę, że przez tydzień bez mała podstawą mojej delegacyjnej bieda-diety były bułki, ser i kapusta. Zatęskniłam za bujnym kwiatem kalafiora, za pomidorami jak mak czerwonymi, za chrupką słodyczą powabnych i jędrnych papryk, oraz za tymi zielonymi skurczybykami, cukiniami.

Wygrzebawszy z zapasów trzymanych na czas wybuchu ładunku termonuklearnego pancerną puszkę tajskiego mleka kokosowego, postanowiłam za ostatni grosz dokupić kilka rozsądnych dodatków i zrobić sobie obiad nie zawierający ani bułki, ani sera, ani kapusty. Posłuchajcie tej historii o rozpuście i zepsuciu, nie zawierającej ani jednego dwugłowego węża ladaco.

SKŁADNIKI:

* dwie marchewki;

* 0,5 kg mrożonego groszku;

* korzeń imbiru o długości kciuka dorosłej kobiety;

* czosnek (dużo);

* jedna słodka papryka;

* jedna cukinia;

* skórka z cytryny (świeżo starta);

* jedna lub dwie cebule;

* łyżka miodu;

* świeżo mielony pieprz;

* puszka mleka kokosowego;

* ostra papryczka.

W zasadzie można wszystko wrzucić do gara, wymemłać, poddusić i zeżreć, ale przecież w gotowaniu chodzi o kunszt, finezję, moc uniesień i inne farmazony. Ponieważ akurat miałam nastrój na inne farmazony, zrobiłam danie w wersji pod górkę. Na patelni rozgrzałam kroplę oliwy, wrzuciłam tam posiekaną cebulę. Ponieważ nigdy nie bagatelizuję takich spraw jak upływ czasu (śmierć może nastąpić w każdej chwili!) - dokładnie po 30 sekundach przerzuciłam cebulkę do garnuszka, który sobie ustawiłam obok.

Marchewkę utarłam na grubej tarce, wrzuciłam na tę rozgrzaną patelnię. Świeży, obrany korzeń imbiru starłam na cienkiej tarce prosto na patelnię. Dzięki temu wszystkie dobroczynne bóstwa żyjące w sercu imbiru spłynęły nadobnie na marchew. Po 30 sekundach marchew z imbirem przerzuciłam do garnuszka, tego z cebulą.

Marcheweczkę ciach, ciach, ciach. fot. Dominika WęcławekMarcheweczkę ciach, ciach, ciach. fot. Dominika Węcławek

Czy wspominałam o tym, że pod garnkiem pali się ogień? Nie? NO WŁAŚNIE. To jest garnek zapasowy, nie grzejemy go. Można go zastąpić miską, talerzem, lub innym zbiornikiem, najważniejsze, żeby mieć pod ręką.

Cukinię, posiekaną w takie cieniuteńkie ćwiartunie wrzuciłam na patelnię, wycisnęłam pięć ząbków czosnku, posoliłam i po 30 sekundach dodałam łyżkę miodu. Tym razem, by zatrzymać duszę cukinii na uwięzi, przykryłam patelnię pokrywką. Po minucie wymieszałam delikatnie cukinię, sprawdziłam, czy suka już zmiękła, czy jeszcze trzeba ją torturować. Jak zmiękła (ale nie rozmaźgała się, nie lubię rozmaźganych suk) to daję ją do garnuszka, tego z cebulą i marchewką. Biorę paprykę, kroję ją grubiej na plasterki, no wiecie, tak raczej 5 mm niż 1 mm. Po 30 sekundach przerzucam ją do garnuszka (tak, tego samego).

Paprykę tak ten tego na chwilę tam smażu, smażu, fot. Dominika WęcławekPaprykę tak ten tego na chwilę tam smażu, smażu, fot. Dominika Węcławek

Wzięłam mrożony groszek, wrzuciłam go na tę gorącą patelnię, zalałam szklanką wody i posoliłam. Gotowałam to tylko chwilę, tak, by nieco zmiękł, ale nie stracił koloru. Nie lubię groszku, który stracił kolor, zaburza moje poczucie estetyki, wytrąca mnie z równowagi i sprawia, że gdzieś we mnie umiera mała panda. Pewnie dlatego nie mogę schudnąć - muszę mieć dużo miejsca na małe pandy.

Groszek, jeszcze trochę zielony, fot. Dominika WęcławekGroszek, jeszcze trochę zielony, fot. Dominika Węcławek

Do miękkiego, ale wciąż pięknie zielonego groszku wrzuciłam warzywa z garnuszka obok, dodałam mleko kokosowe, oraz utarłam skórkę z cytryny. Uwaga, jeśli chcecie przy okazji wciągnąć trochę fajnego syfu, możecie ucierać cytrynę nieumytą, jeśli wolicie wersję lekkiego podtrucia, cytrynę przed otarciem szorujecie mydłem i sparzacie wrzątkiem. Jeśli jesteście mięczakami używacie cytryn z biohodowli, niepryskanych, niemodyfikowanych i dokładnie umytych.

o, warzywa przerzucone. fot. Dominika WęcławekO, warzywa przerzucone. fot. Dominika Węcławek

Co dalej? Ja doprawiłam do smaku pieprzem, wy możecie dodać ostrą paprykę. Ja nie mogę, mam uczulenie. Bawcie się dobrze. Jedzcie to z ryżem. Moi chłopcy dodali do tego jeszcze mięso, bo mięso jest bardzo ważne, kto nie je mięsa jest już dawno nieżywy, dlatego ja na przykład reprezentuję mniejszość zombie.

Danie to jest tradycyjną potrawą gotowaną przez prababcie. Nie moje. Na szczęście, mimo braku smalcu gęsiego - jest smaczne i pożywne. Dla lepszego efektu można posypać świeżą kolendrą. Jeść z ryżem. To jest właśnie to, czego potrzeba naszym organizmom w tej nieprzyjaznej, zimowej aurze.

O. Gotowe. fot. Dominika WęcławekO. Gotowe. fot. Dominika Węcławek

Więcej o: