John Porter: Nie chciałem być retro!

Angol w Warszawie, jedna z najważniejszych postaci polskiej sceny muzycznej. John Porter mówi nam o swojej najnowszej płycie "Honey Trap?, o pierwszej piosence, którą grał na gitarze i o tym, czy Nick Cave wyzwala polską duszę.

Nie obrazisz się jeśli porównam cię do Nicka Cave'a, mistrza mrocznej ballady?

JOHN PORTER: Muzycznie widzę się bliżej Marka Lanegana, ale nie mam nic przeciwko takiemu skojarzeniu. Nick Cave jest zresztą w Polsce świetnie przyjmowany, to taki następca Leonarda Cohena, też wielbionego tutaj bardzo.

A polskie wersje piosenek Cohena grałeś razem z Maciejem Zembatym w latach 80.

- I widzę podobieństwo w "konsumpcji” obu tych bardów. Ludzie chłoną ich jak słowo objawione. Mam też wrażenie, że Cave i Cohen mają jakiś klucz do polskiej duszy - uwalniają ją. Ludzie przychodzą spięci, pozamykani, ale pod wpływem tych słów, tych piosenek, wychodzi z nich szalony słowiański duch: mogą się nagle w kimś zakochać, zaszaleć, zbratać. Obserwowałem to podczas koncertów z Maciejem i widzę, że Nick Cave ma podobne działanie. To bywa bardzo zabawne. Bo to, co gra Cave, nie zawsze jest takie łatwe do przyswojenia. Pamiętam jakiś jego dość ostry koncert sprzed paru lat - jeszcze sprzed Grindermana - taki naprawdę gitarowy, wręcz punkowy klimat. I tę wzdychającą do niego publiczność, te damy wyperfumowane, które siedziały i słuchały w skupieniu, bo to przecież Nick nasz wspaniały. Normalnie ci ludzie w życiu by nie poszli na punkowy koncert! To jest moc artysty! Żeby zmusić ludzi do przekroczenia granic.

John Porter/ fot. Jacek PorembaJohn Porter/ fot. Jacek Poremba

Ty na "Honey Trap” wracasz z kolei do korzeni - bluesowego grania.

JOHN PORTER: Zacząłem od soulu, ale w miarę pisania coraz mocniej poszło to w stronę bluesa. Chciałem połączyć tradycję z nowocześniejszym podejściem do tej muzyki.

Ale to jest droga, którą idzie teraz wielu muzyków - zobacz, co robi Jack White na przykład.

- On zawsze był mocno osadzony w tej tradycji muzycznej. W dodatku gra w stu procentach analogowo, sam robi swoje instrumenty - mi do tego daleko jeszcze! Ale jest coś w tym bluesie. Kiedy zajmujesz się pisaniem - nie chcę używać słowa "komponowaniem”, to jednak trochę na wyrost - piosenek, to przychodzi moment, że jesteś zmęczony szukaniem melodii. Blues jest wtedy idealnym rozwiązaniem, bo pozwala zbudować klimat, atmosferę, bez skupiania się na tym, jaki jest refren. Ważniejszy jest ogólny przekaz piosenki, niż to, czy wpada w ucho i możemy ją wszyscy chóralnie zaśpiewać. A to jest dla mnie najistotniejsze w muzyce teraz - ten zbudowany przy udziale skromnych, prostych środków klimat.

Klimat taki trochę retro?

- Nie, nie chciałem być retro!

Ale płytę nagrałeś analogowo, w londyńskim studio.

- Tak, tuż przed nami nagrywał tam Roger Daltrey z The Who. Studio jest świetnie dostosowane do nagrywania na taśmę, bardzo dobrze się nam pracowało.

A nagrywaliście, co dziś się rzadko zdarza, na tzw. setkę - czyli muzycy wchodzą i grają razem całą piosenkę, a nie poszczególne partie, które dopiero potem składa się w całość?

- Byliśmy bardzo dobrze przygotowani, opracowałem bardzo konkretne demo, więc praca nad aranżacjami była szybka i prosta, bez dywagacji: a może tak, albo tak, bo ja z góry pewne rzeczy określiłem. Oczywiście to nie znaczy, że muzycy, którzy ze mną nagrywali nie mogli wnieść swojej twórczej energii - kiedy zatrudnia się kogoś takiego jak producent Phil Brown czy klawiszowiec Mikey Rowe, to się tego wręcz oczekuje. Za to się płaci - żeby coś swojego do muzyki przemycili. A wracając do tego "retro” to ja nie lubię tego określenia - wydaje mi się trochę pejoratywne.

Niekoniecznie, to może być równie dobrze komplement, docenienie świadomego wyboru, by coś zrobić inaczej niż współcześnie jest przyjęte. Retro, vintage...

- ... old school, ja jestem old school. Pewnie gdybym nagrywał inaczej, to faktycznie ten klimat nie byłby taki. Nawet samo miksowanie dźwięku - to że bębny są przesunięte lekko do prawego kanału w panoramie, jest celowo zrobione. Na to mnie Phil namówił zresztą, bo z początku nie byłem przekonany do takiego brzmienia. Ale teraz myślę, że to ma swój urok.

John Porter/ fot. Jacek Poremba

John Porter/ fot. Jacek Poremba

Ten "niewspółczesny” klimat twojej płyty wynika też z odwołania się do konwencji kryminału noir - mamy tu chociażby echa prozy Ellroya: jedna z piosenek nosi tytuł "My Dark Places”, jak jedna z jego najsłynniejszych książek. To dla ciebie ważny autor?

JOHN PORTER: Mam wszystkie jego książki, choć ostatnio czytaną "Perfidią” byłem trochę zawiedziony, zmęczył mnie już jego styl. Ale sam temat - internowani Japończycy w Stanach Zjednoczonych podczas drugiej wojny światowej - fascynujący, bardzo odkrywczy. W ogóle lubię dobre kryminały, zwłaszcza te naprawdę mroczne, które pokazują ciemną stronę człowieka.

To stąd te pojawiające się w tekstach "złe kobiety”, co to ukradną ci pieniądze, wypiją twoją whisky i ogólnie sprowadzą na manowce oraz pogrążeni w mroku bohaterowie, którzy chętnie dają się zwieść?

- Tak, to jest ta konwencja - i ważne żeby rozumieć, że to konwencja właśnie, niezbyt poprawna politycznie, ale co zrobić. Nie będę wymyślał jej na nowo, sorry. Jednak to, co lubię w tego typu literaturze, to jest pokazanie, że człowiek zawsze ma wybór i często po prostu wybiera źle. Dla mnie to jest fascynujące właśnie, że ludzie idą w kierunku zła, nawet jeśli czują, że nie skończy się to dla nich najlepiej. Z drugiej strony, są też ci, którzy do końca życia żałują, że nie poddali się jakiejś chwili szaleństwa, nie powiedzieli w danym momencie: "pierdolę to wszystko, idę”.

Mrok jest kuszący? Smutki, brudy, nieszczęścia?

- Zwłaszcza dla twórcy, bo o tym da się napisać książkę czy piosenkę. O byciu szczęśliwym jakoś trudniej, bo to jest stan zamknięcia na bodźce, jednak. Kiedy jesteśmy nieszczęśliwi to spotykamy samego siebie, jesteśmy bardziej wrażliwi. Ciemna noc duszy to jest ta chwila gdy człowiek odczuwa wszystko, pamięta, przeżywa. To jest ten najciekawszy, najbardziej szczery moment w życiu człowieka - trzeba się tym zajmować, badać go.

Płyta "Honey Trap” brzmi jak spójna i zamknięta całość, ale podobno to dopiero druga część z planowanej trylogii?

- Taki pomysł przyszedł mi do głowy, gdy nagrywałem poprzednią płytę - "Back in Town” - poczułem niedosyt. To jakbym skończył książkę, ale chciał dalej pociągnąć losy bohaterów. Dlatego "Honey Trap” jest kontynuacją klimatu, historii z poprzedniej płyty i wydaje mi się, że mogę to zamknąć już na kolejnym albumie, który będzie surowszy. Możliwe, że tym razem będzie tylko głos i gitara, nie wiem jeszcze.

John Porter/ fot. Jacek Poremba

John Porter/ fot. Jacek Poremba

Grałeś i punka jako Porter Band, i uduchowione ballady dla intelektualistów, i współtworzyłeś jeden z najważniejszych zespołów mainstreamu - Manaam. Sporo robiłeś w tej polskiej muzyce, siedząc tu od połowy lat 70. Może czas na autobiografię?

- Nie, absolutnie nie, no co ty. Po co?

Bo to ciekawe? "Kryzys w Babilonie” Brylewskiego i Księżyka czytałam z zapartym tchem.

- Brylewski to jest ciekawa postać, ważna, mocno zaangażowana w opozycję i punkową awangardę.

Ale twoja outsiderska perspektywa też jest interesująca. Jak wyglądał ten mityczny już trochę PRL widziany oczami przybysza z Zachodu?

- No dziwny, dziwny był, dość surrealistyczny. To miało też swój urok, choć akurat stan wojenny na przykład wspominam bardzo źle.

Mogłeś wyjechać, miałeś wybór.

- Niby tak, ale jak masz gdzieś tylu przyjaciół, to nie tak łatwo ich opuścić. Nawet jak oglądamy serial, to jesteśmy ciekawi, jak to się skończy. A ludzi trudniej porzucić niż oglądanie serialu. Pamiętam, że bałem się wtedy pojechać do Anglii, bałem się, że nie będę mógł wrócić, że nie będę miał kontaktu z nikim, nie będę wiedział, co się z nimi dzieje. To było naprawdę straszne. I nie ma żadnego romantyzmu w stanie wojennym, choć ludzie próbują budować teraz taką legendę. To był kanał, daj spokój.

Przyjechałeś do Warszawy z kolorowego Berlina Zachodniego w 1976/77 roku. Jak o tym myślę, to od razu słyszę piosenkę Davida Bowiego "Warszawa” - który właśnie pod wpływem identycznej podróży ją skomponował. To było tak ponure doświadczenie jak wynika z tego utworu?

- Berlin był wtedy wspaniałym miastem. Bardzo kosmopolitycznym, studenckim, kolorowym. Pierwsze wrażenie z przyjazdu do Polski, które uderzyło mnie już w pociągu, to była szarość, niekończąca się szarość. Chciałem uciekać. Ale jak zacząłem spotykać się z ludźmi, to okazało się, że to, co widać na zewnątrz, nie zawsze jest najważniejsze. Bo ludzie, których spotkałem nie byli szarzy. To co mówili, to jak myśleli i jak się bawili było bardzo niezależne, kolorowe. Był więc w tym super kontrast - od błyszczącego Zachodu, gdzie jednak w tej końcówce lat 70. panowało pewne rozczarowanie, czuło się wewnętrzną pustkę, po ten przygnębiający Wschód z intensywnym życiem wewnętrznym.

A jak się żyło w Berlinie wtedy?

- To było dobre miasto dla młodych ludzi. Jeszcze panował post-hippisowski duch wolnej miłości. Chodziło się na całonocne koncerty - bo Niemcy wszystko robią bardzo serio, także muzyki słuchają na poważnie, na sto procent, nie ma żartów! - popularny był wtedy zespół Can i inne krautrockowe bandy. Było też politycznie - jak to w Berlinie - chodziło się na demonstracje przeciwko wojnie w Wietnamie i reżimowi Pinocheta w Chile.

Pracowałeś w amerykańskiej bazie wojskowej jako zaopatrzeniowiec. To nie była nuda?

- Życie nie jest za darmo, więc trzeba na nie zarobić, a to była dobra fucha dla młodego człowieka, mówiącego po angielsku. To nie była lekka praca, ale zarobek był niezły i jedzenie mieli na miejscu. Dla dwudziestolatka to było wszystko, o czym można marzyć.

Czy na twoją decyzję, by jednak mimo wszystko zostać w szarej Polsce, wpłynęło to, że tu dość szybko wszedłeś do artystycznego światka?

- Zanim przyjechałem do Polski nigdy nie myślałem, że w ogóle mogę być muzykiem na poważnie. Miałem gitarę, to przygrywałem przy różnych okazjach. "Zagraj Johny z tym swoim dziwnym językiem” i okazało się, że ludziom się podoba, co wymyśliłem. To mnie popchnęło do pisania własnych rzeczy. Maciej Zembaty mi wtedy bardzo pomógł, zapraszając mnie do swojej audycji "Zgryz”, gdzie miałem szansę się zaprezentować większemu gronu odbiorców i odbiór był bardzo pozytywny. Bardzo mu jestem wdzięczny za to.

A gdzie nauczyłeś się grać na gitarze?

- Nauczyłem się sam jako dzieciak, mieszkając w szkole z internatem, bo tam nie ma co robić, trzeba mieć jakieś zajęcie, żeby nie oszaleć. W końcu ojciec kupił mi gitarę, bo strasznie narzekałem na nudę. Miało to też tę zaletę, że jak siedziałem sobie i plumkałem na gitarze, to nikt się mnie nie czepiał. No i nauczyłem się. Najpierw ćwiczyłem jedną strunę, szukając melodii, potem kupiłem książkę z akordami i ćwiczyłem akordy. Miałem dużo czasu, by się tego nauczyć.

Miałeś wtedy swoich gitarowych mistrzów?

- Nie, wtedy próbowało się grać popularne piosenki. To był czas pierwszej fali Brit-popu: zaczęli się The Beatles, The Rolling Stones, The Yardbirds i próbowałem grać ich piosenki. Ale też brałem całe Top20, a tam były różne gatunki: od soulu do wodewilu.

Pamiętasz pierwszą piosenkę, której się nauczyłeś?

- Tak, oczywiście. Było takie kolorowe pisemko "Fabulous” i do niego dołączony był śpiewnik z piosenkami Beatlesów. I najpierw nauczyłem się "Please, Please me”, co nie było wcale takie łatwe, jakby się mogło wydawać. Później zacząłem kupować sobie partytury, które wtedy były bardzo powszechnie wydawane, i choć do dzisiaj nie umiem czytać nut, to korzystałem z nich, bo podawali tam również akordy. Oczywiście był problem z tym, jak grać, żeby łączyć te akordy, ale ja jestem bardzo uparty i ćwiczyłem tak długo, aż wychodziło jak trzeba. Do dzisiaj tak mam, że jak muszę się czegoś nauczyć, to robię to do bólu, aż wyjdzie.

Trafiłeś w Polsce na wyjątkowo ciekawych ludzi: Zembaty, Małgorzata Braunek, Jacek Kuroń. Niebanalne towarzystwo.

- Mam takie szczęście, że w ważnych momentach w życiu trafiam na odpowiednich ludzi.

To było jednak środowisko mocno opozycyjne, określone politycznie. Jak po berlińskich demonstracjach przeciwko wojnie w Wietnamie dogadywałeś się z ludźmi tutaj, którzy mieli jednak innego wroga?

- Inne społeczeństwa, inne problemy. Początkowo rzeczywiście nie do końca to rozumiałem to złudzenie, że Stany Zjednoczone was uratują. Ja wyszedłem z formacji anty-establishmentowej, gdzie Stany Zjednoczone to był agresor, a wojna Wietnamie była amerykańską agresją przeciwko której należało się buntować. A tutaj trafiłem na ludzi, którzy patrzyli na tę Amerykę jak na zbawienie, przez różowe okulary. Więc kiedy mówiłem o zbrodniach w Wietnamie, to patrzyli na mnie jak na wariata i kwitowali: to wszystko sowiecka propaganda. Więc trudno mi się było dogadać na początku, ale jak wprowadzili stan wojenny, to chodziłem na demonstracje, wszyscy chodziliśmy. Inne pokolenie - wtedy się demonstrowało, teraz tego nie widzę.

Po zamachu w Paryżu na "Charlie Hebdo” jednak ludzie wyszli na ulice w wielu miastach zachodniej Europy. Przy okazji chyba ujawnił się ten stary podział, bo po tej stronie żelaznej kurtyny jakoś mniej się tym wydarzeniem przejęto.

- Tutaj chyba jest takie myślenie, że dostali za swoje ci rysownicy, że dobrze im tak. Ja się przynajmniej spotkałem z takim podejściem. Ale mimo wszystko mam wrażenie, że teraz w Polsce w ogóle ludzie rzadziej się jednoczą wokół ważnych spraw społecznych. Są demonstracje Solidarności, ale to są bardziej awantury mające zwrócić uwagę na interesy jakiejś konkretnej grupy zawodowej. Nie ma takiej bezinteresownej jedności, solidarności społecznej, autentycznego sprzeciwu, który jednoczy wszystkich.

Ukraina mogła być czymś takim?

- Mogła, ale już się tym wszyscy znudzili. A może boją się Rosji? Natomiast są sprawy społeczne, które powinny budzić reakcje sprzeciwu. Na zachodzie to jest jednak na porządku dziennym, że ludzie protestują jak coś im się nie podoba, jednoczą się wokół tego. A tutaj każdy sobie. Społeczeństwo polskie jest podzielone, rozdrobnione.

Czyli wciąż patrzysz na Polskę trochę z boku, okiem outsidera? Nie jesteś "stąd”?

- Mam wciąż kontakt ze swoim krajem, nigdy się nie odcinałem. Czuję się bardziej Anglikiem niż Polakiem, chociaż sentyment mam ogromny. I mieszkam tu - to też o czymś świadczy: mam tu nawet razem z Anitą Lipnicką firmę fonograficzną, choć prowadzenie działalności gospodarczej w Polsce to jest bardzo ciężki temat... Ale Anglicy też narzekają na wszystko, więc nie ma takiej dużej różnicy. Jak jadę tam, to po dwóch dniach mam tego dosyć!

John Porter/ fot. Jacek PorembaJohn Porter/ fot. Jacek Poremba

Nagracie coś jeszcze razem z Anitą?

- Materiał mamy gotowy, był już taki moment, że prawie wchodziliśmy do studia, ale chyba wciąż bardziej cieszy nas wolność, że każde może iść muzycznie w swoją stronę. Jednak myślimy, by może w przyszłym roku coś nagrać, to mogłoby być fajne. Ale trzeba będzie znów się pokazywać jako para w mediach. My to nie bardzo lubimy.

Jesteście teraz medialnie nieobecni, choć Anita w latach 90. była przecież wszędzie.

- I wystarczyło jej na całe życie!

Nie było trudno się wycofać z tego "celebryckiego” świata?

- Wręcz przeciwnie: to bardzo łatwe. To nie jest nasz styl życia: od imprezy do imprezy. Szkoda nam czasu. Lepiej żyć swoim życiem, tworzyć, niż pozować do zdjęć i pić darmową wódkę na eventach.

A wielu ludzi nie marzy o niczym innym.

- Wiem, wiem. Ale to jest naprawdę nudne, puste życie - robiliśmy to i ja bardzo szybko miałem dość. Jak ktoś ma takie potrzeby, by tak żyć - jego sprawa. Ja mam to w dupie.

Koncert Johna Portera w w Och Teatrze w Warszawie odbędzie się 13 lutego o godz.  20.00.

Więcej o: