Cholerny automat Kałasznikowa - zabójczy ideał

Miał służyć do obrony, lecz debiutował jako narzędzie do tłumienia zamieszek. Co więcej - jeśli dobrze poszukacie, znajdziecie informację, że to właśnie kałasznikow jest jednym z lepiej zaprojektowanych przedmiotów XX wieku. Czy to dlatego znaleźć go można na flagach państwowych i w logotypach wielu organizacji?

Nie wiem czy jest piękny - trudno mi jest z czystym sumieniem powiedzieć publicznie coś takiego o tak zabójczym narzędziu, jakim stał się automat Kałasznikowa. Jak to się stało, że w ogóle o nim piszę? Cóż... Zaczęło się niewinnie - dostałam przedpremierowo dwie książki do zrecenzowania. Pierwszą z moich lektur były „Stalowe szczury: błoto” autorstwa Michała Gołkowskiego, historyka broni i pisarza. Całość opowiadała o fikcyjnych zdarzeniach i osadzona była w realiach Wielkiej Wojny. Okopy, trupy, czołgi, karabiny, sterowce - te klimaty. Druga z moich kobiecych lektur dotyczyła historii karabinów automatycznych i została napisana przez nagradzanego nagrodą Pulitzera reportera C. J. Chiversa. Trzecią książkę dostałam w prezencie podczas niedawnej wizyty w Berlinie. Po prostu wpadła mi w oko leżąc sobie niewinnie na wystawie sklepowej. Tak długo chodziłam wokół, wzdychałam, przeglądałam i zachwycałam się stroną edytorską, że mój kolega wreszcie skapitulował i nabył mi to cudo zwane Branding terror. W tym samym Berlinie, podczas jednego z wielu spacerów, trafiłam na plac, na którym kałasznikow został po raz pierwszy przetestowany w boju. Kiedy zaś zbierałam od zaprzyjaźnionych rekonstruktorów i wojskowych ich prywatne zdjęcia AKM do publikacji... Cóż, ktoś wreszcie nie wytrzymał i zrugał mnie, że użyłam nazwy AK-47. Jak przystało na królową chaosu postanowiłam wszystko sobie uporządkować.

Na zdjęciu oryginalny sowiecki AK wyprodukowany w Iżewsku w 1954 roku. Broń była nadal używana w 2008 roku w Afganistanie. fot. C.J. ChiversNa zdjęciu oryginalny sowiecki AK wyprodukowany w Iżewsku w 1954 roku. Broń była nadal używana w 2008 roku w Afganistanie. fot. C.J. Chivers

Nie ma takiego karabinu, jak AK-47

Tak mi powiedział. Ale, ale... Jak to? Podejrzewam, że nawet przedszkolanka mojej córki wie doskonale, że jest taka broń. Jest o tym wpis na Wikipedii, są w internecie zdjęcia, nazwa pojawia się w artykułach prasowych i publikacjach naukowych. Ba! W pierwszym rozdziale wspomnianej już wyżej książki Chiversa o wymownym tytule „Kałasznikow” stoi wyraźnie:

Armia Związku Radzieckiego nadała swojej nowej broni palnej nazwę AK-47. Podczas gdy sowieccy fizycy zgłębiali tajemnice atomu, Główny Wydział Artylerii wybrał AK-47 jako podstawową broń strzelecką w tajnym konkursie ogłoszonym wkrótce po zakończeniu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, jak Związek Radziecki nazywał wojnę z hitlerowskimi Niemcami. Ten akronim jest skrótem dwóch rosyjskich słów: Awtomat Kałasznikowa, co stanowiło ukłon w stronę starszego sierżanta Michaiła Timofiejewicza Kałasznikowa, dwudziestodziewięcioletniego wówczas dowódcy czołgu, któremu armia i partia komunistyczna oficjalnie przypisały projekt tej broni. Cyfry w nazwie są skrótem od 1947 - roku, w którym biuro techniczne w Kowrowie, mieście leżącym na wschód od Moskwy i wyposażonym we własne ukryte zakłady zbrojeniowe, zakończyło przygotowywanie prototypów.

Szach-mat. A jednak, w niezobowiązującej rozmowie z Michałem Gołkowskim (tym od „Stalowych szczurów”, tym historykiem broni) padło to sakramentalne zdanie. Nie ma i koniec. AK-47 to wymysł Amerykanów.

Amerykanie musieli widzieć jeden z modeli prototypowych, oznaczony właśnie takim kodem. Karabin Kałasznikowa nie może nazywać się AK-47, gdyż do służby wszedł w 1949 roku, a nie w 1947 roku, Armia Radziecka nie używała wtedy skrótów alfanumerycznych, a tylko pierwszych liter. Automat Kałasznikowa = AK.

Stawiałoby to pod znakiem zapytania rzetelność całej publikacji Chiversa, który tę alfanumeryczną nazwę uparcie powtarza na kolejnych stronach książki. Dodam jeszcze, że książka ta ma owych stron ponad 500. No i co teraz? Wszystko do śmieci? I to w dodatku po tym, jak już całość przeczytałam?! Skandal! Oddajcie mi mój czas! Jeśli odejmiemy ten znaczący detal, oraz lekko sensacyjną otoczkę towarzyszącą premierze polskiego tłumaczenia (oto wielkie odkrycie, Automat Kałasznikowa nie został zaprojektowany przez samego Kałasznikowa!), otrzymamy całkiem nielichą książkę o wybitnych świrach, psycholach, żartownisiach i popaprańcach. Chivers bowiem postanowił nakreślić znacznie szerszą perspektywę -  i to jest jeden z trzech największych atutów książki. Drugim jest dość obszerny materiał faktograficzny z różnych epok, a trzecim lekkość, która nie jest tożsama z miałkością - to nie jest książka militarnego onanisty, a publikacja w której jest też sporo miejsca na refleksję nad negatywnymi skutkami korzystania z broni palnej.

Dzięki Chiversowi i jego "Kałasznikowowi" poznałam też lepiej takich oryginałów jak Gatling, czy Maxim (o którego żartach wspominałam już w innym tekście). Jako osoba, która z wojskowymi nie miała zbyt wiele do czynienia, dowiedziałam się o tym, jak szalenie uparci i przywiązani do tradycji byli dowódcy - zarówno ci, którzy mieli szansę odmienić losy historii przełomu XIX i XX wieku używając kartaczownic, jak też ci, którzy uparcie forsowali w Wietnamie korzystanie z szalenie zawodnego M16.

W pełni funkcjonalna broń wyprodukowana rok po śmierci Stalina, pół wieku później wciąż była sprawna. fot. C.J. ChiversW pełni funkcjonalna broń wyprodukowana rok po śmierci Stalina, pół wieku później wciąż była sprawna. fot. C.J. Chivers

Jeśli o mnie chodzi, cała broń świata mogłaby się zamienić w bezużyteczne atrapy - wtedy z czystym sumieniem mogłabym pisać, że taki kałasznikow wygląda pięknie, a w takim dragunowie, czyli SWD, jestem wręcz zakochana. Podejrzewam jednak, że nawet w sytuacji, gdy zabrakłoby pod ręką kijów i kamieni, ludzie i tak by się zabijali.

Żeby na świecie panował pokój, a ludzie nie umierali

Ciekawe były idee, które przyświecały konstruktorom. Richard Gatling, który w połowie XIX wieku skonstruował kartaczownicę, przez autora książki uznawaną za matkę późniejszych karabinów maszynowych, podobno mówił, że chciał wynaleźć karabin, który zastąpiłby pracę stu ludzi - po to, by pozostałych dziewięćdziesięciu dziewięciu mogło zostać w domu i ocaleć dla ojczyzny. Cóż... Wychodzi na to, że niezależnie od tego jak działają współczesne bronie konwencjonalne i te mniej konwencjonalne, ludzie i tak będą walczyć. Michaił Kałasznikow, który stanął na czele zespołu przygotowującego projekt nowego karabinu w zorganizowanym tuż po II Wojnie Światowej konkursie, budował broń, która miała bronić bezpieczeństwa jego ojczyzny. Wiecie jaki jest największy paradoks? Chrzest bojowy wcale nie wiązał się z bezpośrednią obroną ojczyzny wynalazcy. Kałasznikowy zadebiutowały w Berlinie wschodnim w 1953 roku, kiedy to udręczeni kryzysem gospodarczym i politycznym robotnicy wyszli na ulice zaprotestować przeciwko nowemu planowi rządowemu (zwiększenie wydajności pracy o 10%, oczywiście bez podwyżki wypłat i poprawy jakości życia w NRD). Powstanie robotnicze stłumiono. Kałasznikowy idealnie sprawdziły się zaś w warunkach walki miejskiej, gdzie lekka broń automatyczna deklasowała ciężką artylerię. Niestety, przydały się też w walce z tymi, którzy śmieli wystąpić przeciw rządowi w Budapeszcie. To był drugi tak duży test Automatu Kałasznikowa. Na ulicach Budapesztu po raz pierwszy też kałasznikow stał się symbolem rewolucji.

Flaga z kałachem

W XX wieku nie brakowało broni palnej, która nabierałaby symbolicznego znaczenia. Ulubioną bronią gangsterów epoki prohibicji był pistolet maszynowy Tommy Gun, jest więc pewnikiem, że każda sylwetka z tym obdarzonym charakterystycznym kształtem pistoletem z miejsca ma być kojarzona ze złoczyńcą. Warszawscy Powstańcy mieli swą Błyskawicę, w „Leksykonie Militariów Powstania Warszawskiego” pod redakcją Michała Komudy możemy nawet przeczytać, że

Polski pistolet „Błyskawica” był podczas II Wojny Światowej jedynym opracowanym i seryjnie produkowanym przez ruch oporu rodzajem broni w okupowanej Europie. Tym samym zasługuje na określenie: pistolet maszynowy Polskiego Państwa Podziemnego.

To brzmi dumnie, prawda? Sam pistolet wygląda niesamowicie, a w cytowanym leksykonie roi się od anegdot, które mogłyby wciągnąć nie tylko fanów militariów. Ja na przykład wsiąkłam bez reszty, a nie uważam się za takowego... No, może troszkę.

Wracając do symboli - współczesna Nieformalna Federacja Anarchistyczna w swym logotypie ma dwa karabiny Beretta tworzące literę „A”. Jeden z oddziałów Tamilskich Tygrysów walczy pod flagą z dwoma granatnikami, ale przeglądając książkę „Branding terror” Artura Beifusa i Francesco Trivini Bellini trudno nie zauważyć, że ukochanym symbolem rebeliantów, terrorystów i anarchistów z całego świata zdecydowanie są kałasznikowy. Mało tego, charakterystyczny kształt AK pojawia się we fladze i w godle państwa Mozambiku. Oczywiście, nie dlatego, że jest taki ładny, chociaż?

Piękność wprost z Wojska Polskiego, wciąż na służbie w obronie naszego kraju; fotografia z prywatnego archiwum Mateusza WiercińskiegoPiękność wprost z Wojska Polskiego, wciąż na służbie w obronie naszego kraju; fotografia z prywatnego archiwum Mateusza Wiercińskiego

Automat Kałasznikowa, AKM, czyli jego wersja zmodernizowana oraz wszystkie jemu pokrewne karabiny, okazały się po prostu dobrze zaprojektowane. Dobrze - bo mało zawodnie.

O sukcesie AK zadecydowała przaśna, „gniotsa-nie-łamiotsa” prostota samej zasady działania i konstrukcji. Radziecka myśl konstrukcyjna stała w latach 1930-50 na NAPRAWDĘ najwyższym światowym poziomie, czego dowodem jest chociażby czołg T-34 (używany do dziś), pistolet Stieczkina (używany do dziś) i AK (używany do dziś). Polecam poszukać broni z Zachodu, które przetrwały ostatnie 70 lat w nienaruszonej postaci. Konstrukcja AK po prostu się sprawdziła i sprawdza nadal - tam po prostu nie ma co zmieniać. Bardziej się tego uprościć nie da, więc wszelkie zmiany to czysta kosmetyka... To tak jakby chcieć zrobić - no nie wiem - siekierę MkII? Możesz zrobić stylisko z włókna węglowego, dorobić techno-żeleźce do rozszczepiania pniaków, ale zasada pozostaje ta sama; tutaj trzymasz, tą stroną uderzasz z całej siły.

- powiedział mi Gołkowski. Także i Chivers zwraca uwagę na to, że największym sukcesem projektu ekipy Kałasznikowa była prostota i niezawodność. Tam, gdzie zachodni konstruktorzy stawiali na precyzję i dopasowanie, sowieccy wynalazcy pozostawiali miejsce na luz. Obsługa była tak banalna, że karabin umiałoby obsługiwać nawet średnio lotne i niespecjalnie sprawne manualnie dziecko... Znów powiem - niestety - bo ktoś wreszcie wpadł na pomysł, że można dzieciom dać do ręki broń i posłać je do walki. Nie z tego powodu jednak „kałachy” (nie lubię tego słowa) stały się bronią wręcz ikoniczną. Po prostu były najpowszechniejszą i najtańszą bronią automatyczną. Michał mówi wprost:

Przyczyna popularności AK jest prozaiczna - ilość broni z tej rodziny sięga około 100.000.000 (stu milionów!!!) sztuk, a to i tak zaniżone szacunki. Więc siłą rzeczy to właśnie AK najczęściej trafia w ręce tych, co walczyć chcą lub muszą, a nieszczególnie ich na to stać.

Co symbolizują kałasznikowy w logotypach takich organizacji jak Al Kaida, Front Wyzwolenia Palestyny, Hezbollah, Jundallah, Indyjscy Mudżahedini, czy Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii? Żadne tam piękno i siłę, wiadomo, chodzi przede wszystkim o podkreślenie konieczności zbrojnej walki o słuszną (a konkretnie własną) sprawę. Logotyp Nowej Armii Ludowej (NPA) zbrojnego skrzydła Komunistycznej Partii Filipin (CPP) przedstawia dwóch mężczyzn i jedną kobietę - wszyscy trzymają AK, rozumiecie - parytety. Autorzy albumu „Branding Terror” konkretnie używają sformułowania: „symbol zbrojnej walki wszystkich ludzi” oraz „socjalistyczny ideał równości”. Ideały, gotowość, słuszne sprawy, no i śmierć. Wedle przytoczonych przez Chiversa słów Chalila al-Wazira, dowódcy zbrojnych sił oganizacji al-Fatah, AK miał być idealnym środkiem do osiągnięcia zwycięstwa.

„Kałasznikow będzie naszym jedynym językiem, aż wyzwolimy całą Palestynę” - powiedział al-Wazir. Z obozów na Bliskim Wschodzie ta broń i ta mentalność, która polegała na kierowaniu lufy w stronę cywilów, rozprzestrzeniły się na zewnątrz. W końcu samolot lecący z Libii dostarczył w 1972 roku sześć z tych karabinów do Monachium. O 4.30 rano członkowie komórki organizacji Czarny Wrzesień, z karabinami szturmowymi w dłoniach, próbowali otworzyć drzwi do apartamentu numer 1 przy Connollystrasse 3, gdzie odpoczywali izraelscy trenerzy i działacze sportowi”.

Sześć kałasznikowów, które bojownicy Czarnego Września wymierzyli w izraelskich sportowców w Monachium to tylko kilka karabinów. Mam też niejasne przeczucie, że gdyby nie zespół, na którego czele stanął syn kułaków, czołgista Michaił Kałasznikow oraz gdyby nie ich projekt... cóż, ktoś takiego kałasnzikowa musiałby wreszcie wymyślić. Tanią, niezawodną broń dostępną dla każdego. Niestety. Chivers przytacza tu raz jeszcze słowa samego Kałasznikowa:

Konstruktor nie jest właścicielem broni - jest nim państwo. Oczywiście jest mi miło, kiedy wiem, że wiele państw używa tej broni. Że powstało coś bardzo wartościowego. Rozpowszechniają broń nie dlatego, że ja tak chciałem. To nie moja decyzja. Ja stworzyłem ją, żeby bronić ojczyzny. Potem było tak jak z dżinem, który wydostał się z butelki i zaczął chadzać własnym drogami, nie tam, gdzie ja chciałem. Pozytywne strony przeważyły [nad negatywnymi], ponieważ wielu używa jej do obrony swoich krajów. Negatywna strona jest taka, że czasami wymyka ci się spod kontroli - terroryści też chcą używać prostej i niezawodnej broni.

Sam autor książki „Kałasznikow” dodaje jeszcze, że AK to jedna z wielkich spuścizn po czasach sowieckich. „Pomyślane jako narzędzia służące wzmocnieniu państwa, wiele państw osłabiły i naraziły wielu ludzi na niebezpieczeństwo”. Delikatnie powiedziane. Cholerni ludzie, cholerne ideały, cholerna władza i cholerna ambiwalencja związana z cholerną prawdą, cholernym dobrem i cholerną słusznością...

Więcej o: