Maja Olenderek: Jestem bardziej sobą na scenie niż w prawdziwym życiu

Na scenie pełna energii, charyzmatyczna, na co dzień - raczej skryta i wrażliwa. Maja Olenderek - "frontmanka, ale nie królowa" zespołu Maja Olenderek Ensemble, który właśnie wydał płytę "Bubble Town" - opowiada o komponowaniu piosenek, wymykaniu się z szufladek rynku muzycznego i dlaczego jest "najgorsza na świecie w autopromocji".

Przeczytałam kilka wywiadów z tobą i odniosłam wrażenie, że nie lubisz mówić o sobie.

- To zależy, jakie zadasz pytanie. Nie mam problemu w zwykłej rozmowie na tematy różne, nawet prywatne. Ale gdy mnie ktoś prosi, bym na przykład ujęła w słowa, jaką robię muzykę, jak bym się otagowała w systemie - to wtedy jest mi dość trudno. Nie lubię siebie określać i wartościować, nie umiem. Wydaje mi się zresztą, że nie ja to powinnam robić. Lepiej po prostu posłuchać, przyjść na koncert.

Przekonać się na własne uszy.

- Tak jest najbardziej obiektywnie. Wszystko teraz jest tak strasznie przereklamowane dookoła... Dotyczy to też często świata muzyki. Słyszysz peany na cześć jakiegoś artysty, a potem idziesz na koncert i zupełnie nie widzisz pokrycia tych słów w rzeczywistości. Nie chciałabym być takim przypadkiem. Wolę, żeby czyjeś oczekiwania były na poziomie neutralnym, niż żeby ktoś poczuł się oszukany. Dlatego lubię używać określeń, które są faktami. Np. że gramy akustycznie, że nasza muzyka jest eklektyczna, melodyjna. To bezpieczne terminy, nie wartościują.

Maja Olenderek (fot. Paulina Gedymin)Maja Olenderek (fot. Paulina Gedymin)

Żyjemy w takim świecie, że trzeba się też pokazać na okładce czasopisma, by sprzedać płyty.

- Ja jestem najgorsza na świecie w autopromocji. Przyznaję, że nieraz jest mi trudno o sobie mówić. A takie promowanie siebie polega na ekshibicjonizmie. To, co się dzieje na Facebooku, Instagramie... Jeśli nie wrzucasz czegoś non stop, jeśli to nie jest fajne czy śmieszne albo inne, albo sexy, albo cokolwiek - to nie masz siły przebicia. Ja nie potrafię się w taki medialny sposób czymkolwiek dzielić. A jeśli już muszę coś zrobić, „spostować”, to kosztuje mnie to bardzo dużo energii. A fanpejdże trzeba apdejtować trzy razy w tygodniu.

Minimum!

- Nie zawsze trzy razy w tygodniu wydarza się coś, o czym warto ludzi informować. I to jest dla mnie moment niekomfortowy, bo zakłada pewną nienaturalność. Możliwe, że powinnam się w tym względzie wyluzować i nauczyć dzielić się z ludźmi pierdołami, codziennością. Ale widzisz... Ja od razu mam w głowie pytaniozałożenie: czy kogoś to w ogóle obchodzi? Artysta, oprócz tego, że ma wrażliwość i jest na przykład świetnym kompozytorem, w dzisiejszych czasach musi być świetnym marketingowcem. Trochę mnie to niepokoi. Są tacy, którzy w tym szumie informacyjnym nie zdołają się przebić, bo są stworzeni tylko do tego, by robić muzykę.

Mam nadzieję, że nie zostałaś zmuszona przez menedżera do spotkania ze mną?

- Nie. Ja lubię wywiady, choć drażni mnie, że czasem po spisaniu to wygląda zupełnie inaczej. Rozumiem, że coś może zostać wycięte. Ale bywa tak, że są zmienione moje słowa. Każdy w życiu wykształca swój sposób wypowiedzi, ma sformułowania, które lubi, ale też takie, których nigdy, przenigdy by nie użył. No i właśnie bywa tak, że dostaję wywiad ze mną, a to jest jakaś postać, która mówi zupełnie innym językiem.

Jesteś bardzo wrażliwa na słowa?

- Słowa, oprócz znaczeń, mają dla mnie swoją melodię.

(fot. Paulina Myśliwiec)(fot. Paulina Myśliwiec)

Dlatego wolisz śpiewać po angielsku?

- Tak, bo ładniej mi się śpiewa. Czasami sama próbuję się doszukiwać w tym jakiegoś większego sensu. Ale odpowiedź jest prosta: ładniej mi się zestawiają słowa w melodię. Kiedy próbuję pisać po polsku, nagle śpiewam w jakiś koślawy sposób, który mnie nie przekonuje. Ale dotyczy to tylko utworów, które piszę sama. Bo śpiewam czasem covery po polsku i tu nie ma problemu. Ale siebie - swoje problemy, swoje emocje - lepiej wyrażam, a raczej lepiej śpiewam, po angielsku.

Piosenki po angielsku po prostu lepiej brzmią, co tu kryć.

- Moje na pewno. Drugi powód jest taki, że angielski jest językiem mniej wymagającym. Po angielsku proste sformułowanie brzmi dobrze, a po polsku często jest banalne, śmieszne. Podobnie jak idiotycznie brzmi po polsku wyrażanie bardzo zwyczajnych myśli - nie brzmi jak piosenka. A to samo zdanie zaśpiewane po angielsku? Nikt nie mrugnie okiem. Podsumowując: ja się nie czuję poetką. Czuję się jak osoba, która śpiewając, wyraża swoje myśli. Kiedy piszę po polsku, od razu się stresuję. Mam wrażenie, że to musi być bardzo „jakieś”. Bardziej poetyckie, bardziej przemyślane. Nie mogę wyrazić się w prosty sposób, bo to po prostu brzmi dla mnie za mało dobrze, niewystarczająco finezyjnie. A z drugiej strony - po co silić się na jakąś finezję, skoro moja myśl była prosta? No ale cóż... Wiem, że ludzie chcą słuchać muzyki w Polsce po polsku, więc staram się pracować nad tą swoją przypadłością. Idzie mi średnio.

Ale pomysł rodzi się po polsku i potem rzeźbisz po angielsku czy myślisz od razu po angielsku?

- Na początku spisywałam taki - nazwijmy to - ciąg świadomości, myśli po polsku. Potem tłumaczyłam. Teraz jest różnie. Piosenka zaczyna się u mnie od jednego wersu. Czasem ten wers sam w sobie już jest tematem, czasem muszę sama przekonać się w dalszej części, co nim jest. Jeśli ten pierwszy wers powstał po angielsku, to potem w głowie doklejają się do niego inne wersy, słowa - raczej też po angielsku. Bywa, że połowę notatek robię po polsku, połowę po angielsku. Słowa - paradoksalnie - to jest trudny do zwerbalizowania temat (śmiech).

A jak wygląda proces powstawania piosenki?

- To nie jest tak, że siadam i piszę piosenkę. Mam nieskończoną liczbę notesów, które mi się walają po różnych torebkach. Zazwyczaj je gubię, potem znajduję. Te myśli, na które trafiam, gdy znów mam dany notes w ręku, są z różnych okresów. Patrzę na jakąś kartkę, na następną, zapisaną np. rok później, to łączy mi się z jakąś sytuacją, w której tkwię obecnie, albo z myślą, którą miałam w głowie jeszcze innego dnia. Jest zapisana jeszcze w innym notesie... I wtedy często po prostu pracuję z takim materiałem, formułuję to w jedną rzeźbę.

Nie nazywasz siebie poetką, ale to, co właśnie opowiedziałaś, pachnie poetycką duszą.

- Może mam poetycką duszę (śmiech). Ale poezja jest czymś zdecydowanie piękniejszym, wyraźnym i niewyraźnym, kolorowym, utkanym z czegoś delikatniejszego niż materiał słowny, który ja mam w moich piosenkach.

Zawsze do czegoś dążysz? Zamiast uznać: jest świetnie!

- Może właśnie tego mi brakuje, żeby zrobić błyskotliwą karierę: większej wyrozumiałości wobec siebie. Gdy piszę jakiś tekst - bardzo rzadko jest tak, że jestem od razu do niego przekonana. Na ogół wysyłam go do przyjaciół. Dopiero jak usłyszę słowa aprobaty czy krytyki, to jestem w stanie sformułować czy też ugruntować swoją opinię. Myślę, że to nie jest najlepsza cecha w życiu, bardzo utrudnia pracę i rozwój.

Perfekcjonizm?

- Nigdy w życiu bym nie pomyślała o sobie, że jestem perfekcjonistką, ale nie wiem... Trochę to tak wygląda. Albo jestem niepewna siebie. Jedno z dwojga.

Zespół Maja Olenderek Ensemble (fot. Paulina Gedymin)Zespół Maja Olenderek Ensemble (fot. Paulina Gedymin)

Nie zdecydowałabyś się na sesję w kolorowym czasopiśmie?

- Czemu nie? Dlaczego myślisz, że bym się nie zdecydowała?

Myślę o tym, o czym rozmawiałyśmy na początku - że nie lubisz mówić o sobie. I myślę o cechach osobowości, które pomagają zostać gwiazdą.

- Ja nie mam problemu z pojawianiem się publicznie. Nie lubię tylko, kiedy coś mi się narzuca. Nie widzę zagrożenia w tym, że ktoś mi zrobi parę ładnych zdjęć, na których się dobrze czuję. Ale wszystko, co zmusza mnie do zachowania, które nie jest dla mnie naturalne, jest dla mnie bardzo dużym problemem.

Telewizja?

- Byłam w kilku programach i bardzo to przeżyłam.

Próbuję sobie ułożyć to wszystko w całość - jak to się ma do sceny? Rozumiem, że grałabyś sobie na przykład na hangu, na którym ponoć marzysz, by grać: siedzisz sobie w kącie sceny, nikt cię niemal tam nie widzi. Ale ty jesteś przecież na przedzie!

- Jest w tym sprzeczność, fakt. Może to paradoks mojej osoby? Ludziom, którzy najpierw mnie poznali, a dopiero później przyszli na mój koncert - często trudno jest zestawić ze sobą te dwie postaci. Faktycznie jest tak, że ja na co dzień w rozmowie potrafię być dość flegmatyczna, mało energetyczna. Na scenie czuję się inaczej. Tam jestem pewna siebie. Nie mam lęku przed pokazywaniem siebie światu. Ale lubię pokazywać to, do czego jestem przekonana, a do pstrykania sobie „selfie”, jak na przykład jem chipsa w trasie, nie jestem.

Może jestem bardziej sobą na scenie niż w prawdziwym życiu? Wiadomo, że każdy z nas jest ukształtowany przez dziesiątki różnych wydarzeń: rodzina, związki, codzienne problemy, a to przekłada się na jakieś spięcia, obciążenia. Ja w świecie muzyki nigdy nie czułam się straumatyzowana, to zawsze była czysta przyjemność. Oprócz wieloletniego epizodu z graniem na skrzypcach - samo granie bardzo sobie cenię, aczkolwiek wszystkie publiczne egzaminy i występy przeżywałam nerwowo. Śpiewanie to mój właściwy kanał.

Pamiętam, jak z pięć lat temu byłam na waszym koncercie i stałam oczarowana. Nic o was nie wiedziałam, trafiłam na ten koncert przypadkiem. I byłam pod wrażeniem, że to takie wszystko szczere... Widać było, że robicie to, co naprawdę lubicie.

- Faktycznie jest tak, że z grupą ludzi, z którymi gram na scenie, znam się bardzo dobrze. I wszyscy grają dlatego, że chcą. Niektórzy mają swoje dobrze płatne prace, rodziny, dzieci czy dzieci w drodze. Oni czasem rezygnują z tej dobrze płatnej pracy, żeby zagrać razem. Bardzo mnie to wzrusza. To przedstawia relacje między nami: nam zależy na projekcie i na sobie nawzajem. I to się przekłada na to, jacy jesteśmy na scenie. Mamy do siebie strasznie duże zaufanie. Funkcjonujemy też na zasadach przyjacielskich, potrafię się zwierzać chłopakom ze swoich prywatnych problemów.

Jesteście taką orkiestrą wrażliwych, zdolnych ludzi, którzy radzą sobie bez dyrygenta?

- Wydaje mi się, że to, jak śpiewam, jest też dyrygowaniem. Ekspresja wyraźnie sugeruje kierunek. Ale to działa i w drugą stronę. Jestem frontmanką, ale nie jestem królową. Słucham mojego zespołu, reaguję na to, jak grają.

Jak wygląda komponowanie takiego kawałka w takiej zgranej grupie?

- To wygląda jak rozmowa. Spotykasz się ze znajomymi, rozmawiacie, albo ktoś ma coś do powiedzenia, albo nie. I też jest dobrze. Robicie coś razem. Teksty piszę ja. Potrzebuję pomocy od strony technicznej, z harmonią. Są takie numery, które pisaliśmy we trójkę z Adamem [Świtałą] i Wiktorem [Stokowskim], niektóre napisał sam Adam, niektóre ja. Nie mam monopolu na muzykę, ale ponieważ teksty są moje, to często też komponuję, bo nie mogę się opanować. Ale potem jest czas na aranż, a to jest w moim odczuciu bardzo ważna część procesu twórczego. Dla mnie numer powstał dopiero, gdy ma już swój aranż. Aranż traktuję jako część kompozycji. Dlatego nie chciałabym odmówić chłopakom, którzy nawet - teoretycznie - nie skomponowali danego utworu, współudziału w procesie jego powstania. Jest na przykład taki numer „Bee”, Adam napisał muzę. Na początku graliśmy go inaczej, a potem dwa lata temu zmieniliśmy mu zupełnie aranż, Martin i Kuba dodali dosyć agresywną sekcję rytmiczną. I to jest dla mnie w zasadzie zupełnie nowy kawałek.

Jesteś przykładem na to, że można połączyć pasję i pracę.

- Chciałabym móc powiedzieć, że rynek muzyczny w Polsce jest tak wspaniały, że ja żyję ze śpiewania. Ale prawda jest taka, że mam kilka różnych prac, codziennie jestem w innym miejscu. Uczę śpiewać, prowadzę zespół wokalny. Nie powiem, bym jakoś przemożnie cierpiała. Ale przyznaję - robię to po to, by móc robić swoją muzykę. Zarabiam dość małe pieniądze, które pozwalają mi przeżyć. A nie chcę pracować więcej, bo nie starczy mi czasu i energii, żeby tworzyć. Teraz zaczynają się problemy, bo mamy coraz więcej koncertów i nie wiem, jak uda mi się to pogodzić z pracą. Mam ciągle coraz to nowe pomysły na zarobek pozostawiający mi przestrzeń na muzykę. Chyba wszystkie są złe. Ostatnio chciałam zajmować się importem ubrań, pięć dni temu postanowiłam spróbować swoich sił w hazardzie, przez chwilę próbowałam dystrybuować włoskie wino. Żadnej pracy się nie boję!

Masz świadomość, że sposób na życie, który sobie wybrałaś, nie przyniesie ci domu z basenem w perspektywie najbliższych paru lat?

- Ja nie mam w ogóle takich potrzeb. Byłabym zadowolona, gdybym mogła wynająć własne mieszkanie, a nie tylko pokój. Mieć pieniądze na zdrowe jedzenie i sport. Gdybym jeszcze mogła sobie raz w roku wyjechać na wakacje... Ba, byłoby miło mieć dużo pieniędzy, ale to nie jest cel. Gdybym miała wybrać pomiędzy domem z basenem a tym, że mam dużo koncertów z salą wypełnioną ludźmi, którzy czerpią wielką przyjemność z tego, że wpadli na koncert - to mogę nigdy tego domu z basenem nie mieć. Już byłabym szczęśliwa. Niestety nie jest mi łatwo osiągnąć taki pułap, żeby się nie martwić o to, czy mam na czynsz w tym miesiącu. Więc gdy mi mówisz o domu z basenem, to ja powiem tak: mam zupełnie inną strefę komfortu w głowie, do której dążę.

Energia, która jest w waszym graniu, kojarzy mi się z muzyką wschodnioeuropejską. Masz swoje korzenie za wschodnią granicą.

- W samej muzyce nie czuję tych korzeni. Moja mama jest Ukrainką. Ale ten fakt nie wnosi wiele do muzyki. Bardziej to, że byłam zawsze otwarta na różnorodność - bo jak na tamte czasy dużo podróżowaliśmy - to jest chyba ważne. Mam wrażenie, że kiedy podróżuje dziecko, jeszcze silniej niż osoba dorosła odbiera różnice i chłonie to, co inne i piękne. Często wracam do swoich wspomnień stamtąd, właśnie z czasów, kiedy byłam mała i wszystko wydawało mi się tam takie wspaniałe i magiczne. To, co przeżywałam, było zawsze na pograniczu dwóch kultur. To jest ważna część mojego życia, te wszystkie tereny, zapachy, ludzie... Jeśli mówisz, że w mojej muzyce pobrzmiewa coś wschodniego, to znaczy, że może to immanentna część mnie. Nie odnoszę się świadomie do ukraińskiego folkloru... Ale może mam tę energię gdzieś w żyłach (śmiech).

Masz muzykalną rodzinę?

- Poza bardzo daleką rodziną, do której należał ukraiński kompozytor Witalij Kirejko, raczej nikt nie jest intensywnie muzykalny. Ale ta część rodziny możliwe, że może nie wiedzieć nawet o moim istnieniu, więc nie wiem, na ile to rodzina... Moja mama skończyła podstawową szkołę muzyczną na fortepianie, a teraz nie pamięta już, jak się gra. Podobno cioteczna prababcia miała śliczny głos i jak śpiewała, to schodzili się z okolicy, żeby posłuchać. O. To najmuzykalniejsze fakty z życia moich najbliższych. Wszyscy poza moją siostrą (przepraszam Liza!) mają jednakowoż dobry słuch.

Nie każdy może się pochwalić, że ma w rodzinie szeptuchę...

- Zawsze byłam podniecona tym faktem. Każda mała dziewczynka marzy o tym, żeby mieć jakieś nadprzyrodzone moce, umieć panować w niespotykany sposób nad siłami natury. Większość osób z tego wyrasta i pojmuje rzeczywistość w dosyć sztywny sposób. A przez to, że miałam taką postać w swojej rodzinie, mogłam właśnie nie wyrosnąć. Mogę śmiało być przywiązana do magicznej strony życia. W imię rodzinnej tradycji (śmiech).

Płyta pojawiła się kilka dni temu. Gdybyś miała złotą rybkę i mogła ją poprosić o spełnienie trzech marzeń w związku z tym...?

- Po pierwsze: żeby zaczęły grać nas radia, co wcale nie jest takie oczywiste, przez to, że nie śpiewam po polsku. To pozwoli nam się przekonać, jaką mamy siłę rażenia. Jak wspomniałam - czasami jest mi trudno, chociażby ze względów finansowych, robić to, co robię, ale nie mam podstawy, żeby się poddać, powiedzieć: to się po prostu ludziom nie podoba. W momencie, gdy radiostacje zaczną nas puszczać, będę miała szansę dowiedzieć się, czy to, co robię, rzeczywiście ma sens. Mam dobre przeczucia w tym względzie. Może rybka będzie tu zbędna...

Drugie?

- Zagranie naszych numerów z orkiestrą symfoniczną. Jak sobie to wyobrażę, to aż mam dreszcze!

A trzecie?

- A trzecie to dwa. Mogę? Nagrać następny krążek z tą samą energią i zapałem co ten (niechże może tylko trochę szybciej tym razem) i powodzenie tajemniczego projektu, który przygotowujemy na lato.

(fot. Jacek Szycht / prześwietleni.com)(fot. Jacek Szycht / prześwietleni.com)

Na tę pierwszą płytę długo kazaliście czekać.

- Względy ekonomiczne, niestety.

Pomogli wam... Polacy. Zebraliście pieniądze na płytę dzięki polakpotrafi.pl.

- Tak, bardzo jestem zadowolona, że podjęliśmy taką decyzję, choć długo nie wierzyłam, że się uda. Zebraliśmy znacznie więcej, niż się spodziewałam. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Fajne jest to, że taka akcja przestaje się kojarzyć z amatorstwem - że ktoś jest niedoceniany przez wszystkich, to chociaż spróbuje zebrać pieniądze w dziwny sposób. Dziś to naturalna droga.

Wrażenia po premierze płyty?

- Świeżo, żeby wyrokować, ale tendencja jest bardzo dobra! Odbiór wśród słuchaczy jest wymarzony, w WIMP'ie trafiliśmy już po kilku dniach do TOP 20 słuchanych i kupowanych płyt. Jak odbiorą nas media - zobaczymy już niebawem. Dopiero wczoraj, z tego co wiem, nasz management rozesłał krążki do rozgłośni, magazynów, dziennikarzy i krytyków. Cieszę się, że przyszedł nareszcie taki czas, kiedy mogę trochę odsapnąć po wykańczającym i długim procesie produkcyjnym. I poobserwować. Czuję się jak po trudnym i długim porodzie... Chociaż pewnie przy okazji prawdziwego porodu od razu zrelatywizuję odczucia (śmiech). W każdym razie z błogością będę patrzeć na reakcje świata, bo ja w tym, co wspólnie zrodziliśmy, jestem i tak zakochana.

Album Album "Bubble Town" (fot. Paulina Gedymin)

Foch.pl jest BARDZO dumnym patronem tej płyty!

Maja Olenderek. Wokalistka, autorka tekstów i muzyki, z wykształcenia muzykolog. Na polskiej scenie działa od 5 lat, jest frontmanką formacji o nazwie Maja Olenderek Ensemble. Jej muzyka to wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju mieszanka piosenki autorskiej, folku, bluesa i ambitnego popu. W lutym 2015 roku ukazał się debiutancki album Mai, zatytułowany "Bubble Town".

Więcej o: