Przyjaźń w pracy - czy to możliwe?

Podobno trudno o prawdziwą przyjaźń w miejscu pracy. Bo tu liczą się zyski, efekty, wyniki, a nie jakieś sentymenty. Wszystkim rządzi Excel i to on pokazuje, kto stanie na podium jako pracownik miesiąca. A tam, gdzie liczy się rywalizacja, nie ma miejsca na przyjaźń. Serio?

Po pierwszych doświadczeniach pracy w urzędzie tak właśnie myślałam - że przyjaźń w pracy jest niemożliwa, że nie warto, a nawet nie można nikomu zaufać. Może dlatego, że na początku trafiłam do zespołu z osobami, z którymi nie potrafiłam się dogadać (niewykluczone, że było w tym trochę mojej winy). Diametralnie się od siebie różniliśmy. I nie chodziło o to, że słuchaliśmy innej muzyki, czy oglądaliśmy inne filmy, czyli dzieliły nas sprawy, które w czasach liceum, były kwestiami życia i śmierci społecznej. Różniło nas przede wszystkim podejście do pracy, sposób w jaki rozwiązywaliśmy problemy, sposób w jaki myśleliśmy.

Przyznaję, że po doświadczeniach w firmie prywatnej, praca w urzędzie była dla mnie szokiem. To straszne tempo, w którym załatwia się sprawy, jakieś absurdalne wewnętrzne wytyczne, które komplikują proces decyzyjny. Jeśli zaś mowa o procesie decyzyjnym, to trzeba tu koniecznie dodać słowa: rozwlekanie, duprokrytki oraz galimatias w interpretacjach aktów prawnych. Oraz wisienka na torcie: procedury, opisujące wszystko, w tym procedury regulujące sposób użycia muszli klozetowej z opisem przebiegu alternatywnego w przypadku braku papieru toaletowego. Jednym słowem biurwokracja w pełnej krasie. Miałam wrażenie, pracuję w resorcie, który jest genetyczną modyfikacją Ministerstwa Głupich Kroków i Policji Myśli z makabrycznej wizji Orwella.

Z excelem też można /fot. Magda AcerZ Excelem też można /fot. Magda Acer

Nie potrafiłam dogadać się ludźmi, którzy uznawali nowomowę za jedyny słuszny język. Nie umiałam uznać za normalne zasad, które były chore. I kiedy już całkiem poważnie myślałam, żeby rzucić to wszystko w cholerę okazało się, że w moim urzędzie pracują ludzie, którzy również dostrzegają Himalaje urzędniczych absurdów. I próbują walczyć ze skostniałym systemem. Czułam się jak podróżnik, który odnalazł zaginione plemię, którego istnienie było przez wiele lat negowane przez szanowanych naukowców. Nie jestem pewna, czy spotkałam ich na nerwowym fajku, który pozwalał mi odreagować wybuchy gniewu ówczesnej szefowej, czy przy automacie z kawą, krynicy biurowej energii.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to, co napiszę jest strasznie niepedagogiczne i niezdrowe, ale mało co tak ułatwia kontakty jak papierochy (których nie palę już od lat). To często od kolokwialnego „masz ognia?” albo „masz fajka?” zaczyna się biurowa znajomość. W każdym razie dało mi to motywację, żeby wyrwać się z kręgu ludzi, z którymi różniło mnie zbyt wiele. Bo, po pieniądzach, które radośnie zasilają konto, atmosfera w pracy, ogrywa kluczową rolę. W pracy spędzamy średnio 40 godzin tygodniowo, to często więcej niż z partnerami czy przyjaciółmi, których sobie sami wybieramy. Dlatego lepiej pracować przez osiem godzin dziennie z ludźmi, którymi można konie kraść, niż z takimi, przy których człowiek krępuje się zaśmiać.

Pracując w zespole, musimy sobie wypracować jak najlepsze relacje z ludźmi. Od siatki tych powiązań zależy nasz sukces. A przyjaźń w biurze może przybierać różne oblicza.

Towarzystwo wzajemnej adoracji. Ciebie oczywiście nie zaproszono i katujesz się pytaniem dlaczego? (Nie ta liga, nieświeży oddech, brak gumiaków o nazwie Hunter). Ze wzmożoną irytacją obserwujesz proceder spijania z dziubków. Wspólne kawusie, komplementy i landrynkową słodycz, która oblepia monitory komputerów. Jeszcze jedna mizianka i dostaniesz ataku womitalnego.

Przyjaźń biznesowa. Wymieniacie się długopisami, pożyczasz jej mleko do kawy w zamian za ekologiczne ziarna siemienia lnianego z najczystszych pól Lubelszczyzny. Barter kwitnie do momentu pożyczenia numeru kolegi, który bardzo ci się podoba.

Pamiętniki wampirów. Pomyśleliście o firmie windykacyjnej? No, ja też, przyznaję. Z grubsza chodzi o to, że jedna strona czerpie w tym związku większe korzyści. Taka huba, na pniu twego drzewa.

Mistrz i Małgorzata. To ten niepokojący układ mistrza i pilnego ucznia, lub uczennicy, która pilnie chłonie wiedzę. Któż nie marzy o merytorycznym mentorze?

Szczera do bólu (dupy) /fot. Magda AcerSzczera do bólu (dupy) /fot. Magda Acer

Zlew ma podwójne dno. Jest taka miła i pomocna. Służy radą i chętnie cię wysłucha. Nadstawia uszy jak radar zwłaszcza gdy kolejne zwierzenie, poprzedzasz zdaniem „ale zachowaj to tylko dla siebie”. Chwilę później obrobi ci tyłek u dyrektorki. Podstępna larwa.

Incydenty przy kawie. To takie niezobowiązujące spotkania, krótkie dziewczyńskie pogaduchy z kubkiem gorącego latte w łapce. Krótkie, intensywne i dające mnóstwo pozytywnej energii, jak espresso.

Braterstwo krwi. Wiecie o sobie wszystko i możecie na sobie całkowicie polegać. Rozumiecie się bez słów. Wasze cykle też są zsynchronizowane. Owszem kłóciłyście się wielokrotnie, ale nie było cichych dni, ani głupiego obrażalstwa. Spotykacie się po pracy i planujecie wspólny biznes.

Doświadczyłam różnych relacji w biurze. Udało mi się przenieść do departamentu, gdzie celem był rozwój, a nie kurczowe trzymanie się procedur. I tam poznałam ją. Na pierwszy rzut oka różniłyśmy się od siebie całkowicie. Miałyśmy inne zainteresowania, inny krąg znajomych. I zapewne nigdy byśmy na siebie na trafiły, gdyby nie praca. Nowy dyrektor przedstawił nas sobie i powiedział: od teraz będziecie pracować razem. Chemia pojawiła się od razu. Mentalnie mogłyśmy sobie przybijać piątkę. I tak jest już od dziesięciu lat. I takich przyjaźni w pracy i nie tylko, życzę Wam drodzy czytelnicy.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

 

Więcej o: