Ci wspaniali mężczyźni i ich prawdziwe dowody miłości

To nie musi być przewiązany wielką kokardą Ford Torino, basen wypełniony po brzegi płatkami róż, wycieczka do najromantyczniejszych stolic świata, czy pierścień z wielkim brylantem. O tym, że ktoś kocha, mogą świadczyć drobne rzeczy - to, że rano przyniesie do łóżka kawę albo zajmie się czymś, czego nienawidzisz. Warto te drobiazgi doceniać.

Ten tekst powstał trochę w kontrze, a raczej jako uzupełnienie tekstu Gosi o najgłupszych powodach kłótni w związku. Fakt, w wieloletnich związkach o kłótnie nietrudno. Wkurzają drobne wady, to że ktoś "nigdy" albo "zawsze"coś mówi i robi, do tego dochodzi zmęczenie, stresy i, eufemistycznie rzecz ujmując, różne poziomy tolerancji dla bałaganu w najbliższym otoczeniu. Ale jakie to ma znaczenie, gdy ludzie się kochają? Żadne! Dlatego warto zwracać uwagę na to, co miłe, dobre i ujmujące w drugim człowieku.

Zresztą, to warto robić w każdej relacji, nie tylko związku natury romantycznej. Dotyczy to także rodziców (może gderają, ale to z miłości, poza tym poświęcili wiele lat, energii i polskich złotych, żeby dziecię wyprowadzić na ludzi, więc chyba mogą coś powiedzieć), czy dzieci (może wkurzają, ale w końcu to niezależne jednostki ludzkie, gdzie mają się uczyć niezależności jak nie w domu, buntując się przeciwko rodzicom). I tak dalej, i tak dalej. Ale że odnoszę się do głupich i drobnych powodów kłótni w związkach, będzie o drobnych i wcale nie głupich powodach do zadowolenia z partnera.

Żeby nie było, że "my w Fochu to tylko na tych facetów narzekamy i nawet książę z bajki by nam nie pasował", przepytałam tę sama grupę, co Gosia, o to, jakie pozytywy dostrzegają w codziennym życiu pod jednym dachem z ukochanymi (tak, z tymi samymi, z którymi się kłócą o pojemniki i obcięte paznokcie). I wyszło na to, że mężczyźni dają bardzo dużo codziennych, drobnych dowodów miłości i powodów do szczęścia, które warto dostrzegać i doceniać, i które nasze skarlałe, czarne, feministyczne serduszka roztapiają.

Wspiera, wozi, pierze...Wspiera, wozi, pierze...

Pranie, gary, nocniki... czyli wszystko to, czego nie kocham

Nic tak nie wzrusza, jak zrobione (sam z siebie i bez proszenia!) i powieszone (sam z siebie i bez proszenia!) pranie. Szczególnie, jeżeli ty nienawidzisz tego cholernego segregowania kolorów, nigdy nie umiesz znaleźć skarpetek tak, żeby wyprać do pary, dotyk mokrego materiału cię obrzydza, rozkładanie suszarki wkurza, a zapach detergentu pozostający na rękach doprowadza do torsji. Albo mniej dramatycznie - po prostu nie przepadasz za robieniem prania.

Miłe jest także to, jak ktoś pomyśli o wyniesieniu śmieci, pozmywaniu, wyczyszczeniu kuwety, kupieniu jedzenia dla kota, starciu jego rzygów z podłogi... Wychodzenie z psami świątek, piątek i niedziela w deszcz i mróz to też rycerska domena mężczyzn, tak jak - ku mojemu zaskoczeniu - wynoszenie zawartości dziecięcych nocników. Jednym słowem, to bohaterowie od brudnej roboty. Niby niewiele, a jak wiele!

Słucha i mówi. Albo nie mówi

Czasami człowiek potrzebuje się wygadać. Czasami puszczają mu hamulce i zalewa interlokutora opowieściami bez ładu, składu i sensu. Szczególnie, jak ten człowiek ma na przykład PMS, a Kryśka z kadr go znowu tak strasznie wkurzyła, ta ruda wywłoka jedna. No i wtedy prawdziwym dowodem miłości jest to, że wspomniany interlokutor nie mówi znudzony "ale co mnie to obchodzi", nie olewa, klikając w telefon, wysłucha i uda nawet, że rozumie, co takiego strasznego ta nieszczęsna Kryśka powiedziała i odpowiednio skomentuje. Albo właśnie wcale nie skomentuje, bo co on wie! Tak, umiejętność milczenia w odpowiednich momentach jest nieoceniona.

Tak samo jak słuchanie i zapamiętywanie. Jeżeli mieszkasz z kimś pod jednym dachem od lat, to miło, jeśli pamięta jaką lubisz pić kawę i w którym kubeczku, albo że kupowanie serniczka (ukochanego!) z rodzynkami (trucizna!) nie ma sensu.

Nakarmi, napoi, zaopiekuje się

Jedna koleżanka powiedziała mi kiedyś, że jak chłopak upewnia się, czy dziewczynie nie jest zimno, to znaczy że mu zależy. Moja babcia z kolei niewerbalnie, a czynnie, wyznawała zasadę, że jak się kogoś kocha, to się go karmi. Te dwie, jakże prawdziwe, teorie można wrzucić do kolejnego zbioru: troska. Może to mało spektakularne, ale jakie miłe, gdy ktoś bez pytania zrobi kawę albo herbatę, ugotuje obiad, doleje wina, albo skoczy na stację w środku nocy po czekoladę.

Ci kochani mężczyźni także przywożą i odwożą, w razie gdy ukochana czuje się źle albo wypiła kilka drinków z koleżankami. No bo przecież nie będzie się tłukła po nocy sama i marzła, biedactwo. Przy okazji odwożą też koleżanki, bo co im zależy.

Potrafią też zająć się dziećmi. Sami! Przez kilka dni! Gdy ich matka w delegacji! Tak, tak, historia zna takie przypadki. Niby to takie oczywiste, ale wiele kobiet nie może pojechać w delegację bez angażowania mam i teściowych, "bo on sobie nie poradzi". A tu proszę, da się.

Chwali, wspiera, wierzy

Jak ktoś kogoś kocha, to wspiera i mówi, że w niego lub nią wierzy. Tak jak rodzic, który dopinguje, pomaga, kupi kredki, zapisze na balet czy do innej szkoły muzycznej i będzie odprowadzać, i czekać godzinami na korytarzu, bo wierzy w talent dziecka. Tak samo, w dorosłym życiu, warto otaczać się ludźmi, którzy wspierają, pomogą, wierzą w człowieka, mówią te wszystkie wytarte frazesy jak "dasz radę" i "kto miałby dostać ten awans, jak nie ty", "no pewnie, że wygrasz ten przetarg", "jesteś najlepszy". Takie drobne, czułe słówka.

miłośćfot. Shutterstock

Dowody miłości można dawać i dostrzegać na każdym kroku. Wystarczy nie wymagać ciągle fajerwerków. Kurt Vonnegut w opublikowanych niedawno w Polsce "Listach" zabawnie opisuje umowę, jaką zawarł ze swą ciężarną małżonką 26 stycznia 1947 roku:

Uzgodniwszy, że moja żona nie będzie mnie nękać, dręczyć ani w inny sposób zawracać mi głowy w tej kwestii, obiecuję raz na tydzień szorować podłogi w łazience i w kuchni w dniu i czasie przeze mnie wybranym. Co więcej, zrobię to porządnie i starannie, przez co moja żona rozumie, że wejdę pod wannę, za sedes, pod zlew, pod lodówkę oraz w kąty, a także podniosę i przestawię w inne miejsce wszystkie ruchome przedmioty, jakie znajdą się w owym momencie na rzeczonych podłogach, w celu sprzątnięcia powierzchni pod nimi, a nie tylko dookoła nich. Ponadto, wykonując powyższe czynności, powstrzymam się od wygłaszania uwag pokroju „jasna cholera”, „niech to szlag trafi” oraz podobnych przekleństw, albowiem tego typu język może działać na nerwy, gdy nie chodzi o nic bardziej drastycznego niż stawienie czoła Konieczności. Jeżeli nie wywiążę się z niniejszej umowy, moja żona może mnie do woli nękać, dręczyć lub w inny sposób zawracać mi głowę, dopóki tak czy inaczej nie wymyję podłogi - choćbym był bardzo zajęty.

I dalej:

"- nie będę bez potrzeby nanosił brudu do domu za pośrednictwem metod takich jak niewycieranie butów o wycieraczkę przed domem, wychodzenie w kapciach ze śmieciami, a także innych;


(...) zobowiązuję się nosić wspomniane rzeczy do pralni (...) ponadto przyniosę czyste rzeczy z pralni nie później niż dwa tygodnie po tym, gdy je tam zaniosłem, to znaczy te brudne;


(...) nie będę gasił papierosów o krawędzie ani wrzucał popiołu zarówno do czerwonego skórzanego kosza na śmiecie, jak i plecionego kosza na śmiecie, który moja ukochana żona wykonała dla mnie na Boże Narodzenie 1945 roku, jako że podobna praktyka szkodzi pięknu, a w dalszej perspektywie także przydatności rzeczonych koszy;


(...) byłoby miło, gdybym, naocznie odnotowawszy potrzebę wyniesienia śmieci, wykonał rzeczoną czynność z własnej inicjatywy, tym samym nie zmuszając żony do poruszenia tego tematu, który znajduje ona dość niesmacznym".

Żeby nie było zbyt uroczo, wszystko to do czasu, gdy żona po porodzie dojdzie do siebie i będzie już mogła powyższe czynności wykonywać na równi z mężem. Niby drobiazgi, niby oczywiste, a jednak - nie raz słyszałam mrożące krew w żyłach opowieści o tym, jak to panowie nie rozumieją, że ciężarna kobieta pewnych rzeczy nie powinna lub wręcz nie może robić. I nie mówię tu o wynoszeniu pralki na siódme piętro.

Czasami niewiele wystarczy - zamiast wdawać się w idiotyczną kłótnię, po prostu postarać się zmienić swoje zachowania albo dostrzec pozytywy zamiast skupiać się na wadach partnera. Na zasadzie: może i zostawia te cholerne pety w popielniczce i buty rozwalone w przedpokoju, za to ja ostatni raz byłam z psem na wieczornym spacerze jakoś późnym latem 2014. Nie sposób tego nie docenić.

Więcej o: