Dyskusja na trzy włosy: z grzywką czy bez?

Nie planowałam brać udziału w tej zasadniczej dla egzystencji ludzkiego gatunku dyskusji o włosach, ale - trach, bum, szarp, drap! - przydarzyła mi się grzywka z konieczności. I nie jest taka zła.

Pamiętam swoją pierwszą grzywkę. Towarzyszyła mi od dzieciństwa aż do czasów licealnych. Najpierw była gęsta i zakrywała całe czoło. Rewersem grzywki pierwotnie były kucyki, a gdy już dorosłam do pewnej powagi - pojawił się warkocz francuski pieczołowicie splatany przez moją matkę. Każdego ranka. Dzień po dniu... Tydzień po tygodniu... ROK PO CHOLERNYM ROKU.

Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych. Grzywka grozy i warkocz utrapienia. Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych. Grzywka grozy i warkocz utrapienia.

Moim buntem było chodzenie z rozpuszczonymi włosami („nieładnie ci się układają te rozpuszczone włosy”), następnie zaś ścięcie. Najpierw z długości mam-włosy-do-pasa do długości o-tak-do-ramion („byłaś wyjątkowa, teraz będziesz pospolita”), następnie zaś zrobienie CZEGOŚ z tą cholerną grzywką w klimatach grzecznej uczennicy francuskiego gimnazjum żeńskiego.

Moim ideałem stała się grzywa na Scully. To było dokładnie w siódmej klasie. Wtedy też zamierzałam zostać patologiem sądowym, więc w porównaniu ze studiami medycznymi ten finezyjny zaczes był ledwie błahym i banalnym do spełnienia kaprysem.

Prawie jak Dana Scully? Mhm... Prawie robi wielką różnicę. Grzywka grozy z drugiej połowy lat 90.Prawie jak Dana Scully? Mhm... Prawie robi wielką różnicę. Grzywka grozy z drugiej połowy lat 90.

Czasem usiłowałam nawijać włosy na papiloty, ale był to pomysł tyleż głupi, co pozbawiony sensu. Przez pierwszych 10 minut wyglądałam jak wesoły pudel, przez resztę dnia moje ciężkie, kasztanowe pukle wracały do tradycyjnego nieładu („wyglądasz wiedźmio”). Najważniejsze jednak, że w pewnym momencie życia udało mi się wreszcie ZNIKNĄĆ GRZYWKĘ. Byłam zachwycona możliwościami stwarzanymi przez opadające całościowo na twarz włosy. Choć mówi się, że to grzywka jest naszą tajną bronią w walce z „niedoskonałościami twarzy”, moją sekretną bronią był po prostu cały taki dywan, zasłona, stora, kotara, żelazna kurtyna z włosów. Nie było zza niej widać ani kawałka blizny. Wmawiałam sobie też, że zawsze jest szansa, iż dzięki tej zmyślnej zasłonie nikt nie zauważy, że jestem gruba.

Niestety włosy rosły za wolno - o ile podbródek udawało się nieźle zamaskować, to już wałków na brzuchu, rozbudowanych bioder oraz masywnych łydek już nie. No trudno. Do grzywki jednak nie wracałam. Raz jedna fryzjerka zaszalała i zrobiła mi wyrzyn w klimacie „głupia, spięta dresiara”, lub - jak kto woli - stylizację na klasyczną skinhead girl, oczywiście w założeniu miała to być „porcelanowa laleczka”. Wiecie, szłam w tej grzywuni do ślubu. Niestety moje pochodzenie sprawiało, że po dołożeniu do tego fryzu „eleganckiego makijażu” wyglądałam, jakbym miała zaraz komuś wyjebać w ryj. Czyli w sumie wszystko się zgadzało, bo wcale nie byłam zachwycona efektem. Wtedy to postanowiłam nigdy nie wracać do grzywiszcza.

Porcelanowa laleczka znana także jako Porcelanowa laleczka znana także jako "A wyjechać ci z dyńki?"

Temat wrócił sam. W zeszły piątek. Zachwycona oceanem możliwości stworzonym przez dobrodziejstwo techniki zwane suszarką do włosów (Hurra! Mam już własną suszarkę!) sięgnęłam po pierwszą z dwóch szczotek do nawijania i nawinęłam sobie włosy znad czoła. Dość definitywnie, jak się okazało. Jedynym sposobem na wyzwolenie się z objęć tego cholernego Hellraisera wśród szczotek było cięcie. Uważam za prawdziwy akt heroizmu wyszarpanie tylu włosów, by starczyło na grzywkę, a nie na równiuteńko przystrzyżony przy czółku trawniczek.

Tak oto skończyłam z grzywką grozy. Grubsza o kilka lat bałam się spojrzeć w lustro lękając się tego, co tam ujrzę. Jakaż to potwora uwydatniła się dzięki tym kilku prostym cięciom. Jakież to mankamenty twarzy mej zyskały na wyrazistości... I wiecie co? Nie wyszło źle.

Nowa grzywka nie jest złaNowa grzywka nie jest zła.

Postanowiłam nawet nie korygować tego zjawiska u weterynarza, ani tym bardziej fryzjera. Przekonałam się, że mojej krągłej, niczym pyzy z Różyca, twarzy wyszła na dobre ta zmiana. Tak mi się zdaje. Na pewno czuję się weselej. Codziennie rano ze zdziwieniem patrze w lustro pozdrawiając swą wesołą przypadłość słowami „o kurwa, zapomniałam, że to ja”. Przez moment pomyślałam nawet, że spróbuję to bydle jakoś utrzymać. Najważniejsze, że po pierwszym myciu, suszeniu i czesaniu grzywa nie uległa transformacji w rosochate dziwadełko. Jak powiedział Archimedes - nie ciesz się, bo i tak odrosną i już za miesiąc wcale nie będzie tak fajnie, a jak je potem znów przytniesz, to ci się nie uda, a potem pójdziesz do fryzjera i wszystko spieprzy jeszcze bardziej. Może nie jest to najzgrabniejsza złota myśl Archimedesa, ale powiem wam jedno - nowa grzywka OK.

Więcej o: