Mezalians XXI wieku: zanim powiesz "tak", sprawdź skąd pochodzi twój facet

Ona piękna i z bogatej rodziny. On dobry, ale biedny jak mysz kościelna. Do XX wieku miłość ponad podziałami klasowymi była tematem romansów. Dziś nikt nie chce słyszeć, że różnice pochodzenia mają znaczenie w małżeństwie, seksie i związku. Ale najnowsze badania dowodzą, że nawet dzisiaj trudno przeskoczyć klasy, sfery i statusy.

Lizzy Bennet, bohaterka „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen, choć pochodziła ze szlacheckiej rodziny, nie mogła liczyć na solidny posag ani spadek, więc w końcu zdecydowała się na małżeństwo z miłości (i trochę z rozsądku) z bogatym panem Darcym. W „Nad Niemnem”, „Trędowatej” i „Lalce” piękne szlachcianki rzucały się w ramiona plebejuszy albo odwrotnie - możni panowie zakochiwali się w pięknościach z ludu. Teraz staramy się nie definiować siebie przez pryzmat tego, co robią i ile zarabiają nasi rodzice, ani nawet czy pochodzimy z wielkiego czy mniejszego miasta. Wychodzimy za mąż z miłości, namiętności, sympatii. Punktujemy piękne oczy, dobroć dla psów i kotów, poczucie humoru. Czasem przyznajemy się, że naszemu mężczyźnie sprawdzamy stan konta, przeglądamy CV, testujemy wiedzę ogólną. Rzadziej kierujemy się tym, skąd ukochany pochodzi, kim są jego rodzice i czy nie zaskoczy nas prowincjonalnymi przyzwyczajeniami. W końcu w Warszawie i tak wszyscy są z Łomży albo innego Łowicza dlatego szok przychodzi przy poznaniu (przyszłych) teściów. Bo słoma komuś z butów wychodzi. Albo nie potrafi zachować się przy stole. Albo źle się ubiera. Albo wręcz przeciwnie - końca teściów domu nie widać, banknoty wypadają z każdej szuflady, a dyplomy wiszą na każdej ścianie. I robi się problem. Bo przecież dziewczyny najczęściej wychodzą za mąż za lepszą wersję swoich tatusiów (złagodzonych odrobiną cech maminych) i odwrotnie. Jeśli jednak okazuje się, że różnice są nie do przyjęcia, związek może się łatwo rozpaść. Niektórzy uważają, że „różnice klas” widać w tym, jak ktoś trzyma widelec, ile ma w domu książek i czy oboje rodzice mają co najmniej jednego magistra. Inni, że chodzi o ilość zer na koncie. Jeszcze inni idealistycznie odrzucają podliczanie i egzaminowanie, uważając, że para tworzy nową komórkę rodzinną, a nie bazuje na starych.

"Duma i uprzedzenie" (BBC Materiały promocyjne)

Jessi Streib, młoda socjolożka z Uniwersytetu Duke w Stanach Zjednoczonych przeprowadziła pozornie niewinne badania. Rozmawiała z 42 heteroseksualnymi małżeństwami. W 32 z nich małżonkowie pochodzili z rodzin o odmiennym statusie - jeden ze współmałżonków miał rodziców z „blue collar”, czyli środowiska bez wyższego wykształcenia, drugi z „white collar”, czyli środowiska pracowników intelektualnych, korporacyjnych, przedstawicieli wolnych zawodów. Pozostałe dziesięć małżeństw miało podobne zaplecze rodzinne. Chociaż chcielibyśmy, podobnie jak oburzeni na Streib badani, uważać, że klasy społeczne nie mają już racji bytu, wnioski z badań są pouczające. Streib rozmawiała z każdym z małżonków osobno, a potem razem. Zadawała im podstawowe pytania o życie rodzinne, zarobki, stosunek do pieniędzy, karierę, wychowanie dzieci. Interpretując wyniki badań w książce „The Power of the Past: Understanding Cross-Class Marriages” socjolożka wskazuje na to, że osoby, które pochodzą z rodzin z klasy średniej mają tendencję do planowania i organizowania życia (także domowego), a ci ze środowiska bez wykształcenia wolą żyć chwilą. Różnice w podejściu zmieniają dynamikę stosunków małżeńskich. Na etapie randek przeciwieństwa się przyciągają, ale potem prowadzą do konfliktów, bo małżonkowie próbują nawzajem się zmienić, przekonując, że postawa spięcia jest lepsza od luzu albo odwrotnie.

Ale jak ostatnio mądrze napisał John Grisham w niewydanej jeszcze w Polsce powieści „Gray Mountain”, „Kobiety wychodzą za mąż z myślą, że mężczyznę zmienią, a mężczyźni żenią się, marząc, żeby kobiety nigdy się nie zmieniały”. Streib wydaje się z tym bon motem zgadzać. „Na początku kobiety z biedniejszych rodzin, które całe życie czuły się oceniane, cenią poczucie bezpieczeństwa, jakie daje im zamożniejszy mężczyzna. To działa też w drugą stronę: osoby z bogatszych rodzin tęsknią za ciepłem, które często jest większe w rodzinach o gorszym statusie. Ale z różnic mogą wynikać konflikty trudne do zażegnania”, mówi Streib w wywiadzie dla Nymag.com. Nie wieszczy jednak wszystkim parom o zróżnicowanym statusie rozwodu, a raczej optymistycznie zakłada, że mogą wypracować wspólne rytuały. Co wciąż nie zmienia faktu, że przyzwyczajenia z samej definicji bazują na rytuale, tradycji, zwyczaju.

W filmie „Aktorzy prowincjonalni” Agnieszki Holland, który oglądałam ostatnio w ramach powtórki z klasyki PRL-u, Halina Łabonarska i Tadeusz Huk prowadzą wstrząsającą małżeńską kłótnię o to, że „on je łapczywie jak jego ojciec, a to nie wypada”. Tak, ludzie naprawdę tak ze sobą rozmawiają, przeplatając manipulacje z ostrymi szpilami. Dlatego warto sięgnąć po książkę „Kochać wystarczająco dobrze”, w której Agnieszka Jucewicz i Grzegorz Sroczyński rozmawiają z psychoterapeutami o tym, że miłość nie jest idealna. A w każdym razie szybko przestaje być. I potem najważniejsze jest to, jak ludzie się ze sobą dogadują. Oczywiście dogadywanie ułatwia wspólny ulubiony film z dzieciństwa, podobne podejście do pieniędzy, podobna intuicja do ludzi. Wiele z tego wynosi się z domu. Może warto więc postawić problem Streib bardziej miękko. Nie wszystkie różnice w parach są klasowe, zgoda. Ale często wygodniej żyć na co dzień z kimś, kto może sobie pozwolić na takie same wakacje, też woli Picassa od Rothko albo odwrotnie, też od dziecka uczył się angielskiego/gry na pianinie/tenisa. Gdy zauroczenie opada i okazuje się, że nasz wybranek ma zupełnie inne oczekiwania co do zasobności wspólnego portfela, planowania rodziny i rozwoju kariery, związek może skończyć się rozstaniem. To nie znaczy, że mamy wychodzić za mąż bogato, szukać chłopaków, którzy mają w rodzinie jakiś Radziwiłłów albo zakochiwać się tylko w intelektualistach. Ale warto sprawdzić, czy to, co wyniesione z rodzinnego domu, nie popsuje naszego wspólnego domu. Choć czasy Jane Austen minęły bezpowrotnie, widmo Marksa wciąż krąży po Europie.

Więcej o: