Mariusz Urbanek: "Kiedyś za granicą mówiło się: to dobry matematyk, z pewnością Polak"

Spotykali się w kawiarniach i piwiarniach, a przełomowe obliczenia matematyczne zapisywali na blatach stolików. Najwybitniejszy z nich ledwo został profesorem, bo nie widział powodu, by pisać prace i naginać się do akademickich norm. Inny został współtwórcą bomby atomowej. Stefan Banach, Hugo Steinhaus, Stanisław Ulam, Stanisław Mazur. O ich burzliwych losach opowiada biograf Mariusz Urbanek, autor książki "Genialni. Lwowska Szkoła Matematyczna".

Co sprawiło, że po biografiach twórców - Tyrmanda, Kisielewskiego, Broniewskiego, Tuwima - zajął się pan matematykami?

- Moje „wchodzenie” w matematykę, temat pozornie bardzo odległy od dotychczasowych zainteresowań, odbywało się przez literaturę, bo zaczęło się od Hugona Steinhausa. Jeszcze w czasie studiów czytałem jego "Słownik racjonalny", czyli zbiór aforyzmów porównywanych z aforyzmami Tuwima, Shawa, Leca, Wilde'a. Żeby przytoczyć kilka: "Geniusz - gen i już" czy "Ziemia - kula u nogi". Czytając "Słownik" i wstęp do niego autorstwa Stanisława Hartmana, po raz pierwszy zetknąłem się z nazwą "Lwowska Szkoła Matematyczna” - i to był impuls. Oto człowiek, którego znałem jako autora aforyzmów, znawca i ortodoksyjny wręcz wyznawca reguł języka polskiego, okazał się być również wybitnym matematykiem. W Polsce to niemal się wyklucza, tymczasem Steinhaus, twórca szkoły matematycznej, rygorystycznie przestrzegał reguł języka polskiego. Listów adresowanych „Steinhaus Hugo” w ogóle nie otwierał. Dziś może to dziwić, bo ta maniera się upowszechnia, ale wymienianie najpierw nazwiska, a dopiero potem imienia pozostaje błędem. Zacząłem szukać informacji o lwowskich matematykach i nagle otworzyła się przede mną nieznana przestrzeń - przestrzeń Banacha, mówiąc metaforycznie.

Pojawiły się w niej takie postaci jak właśnie Stefan Banach, nieślubne dziecko niepiśmiennej góralki i żołnierza armii austro-węgierskiej na przepustce, więc właściwie nie miał prawa w ówczesnych realiach dojść tam, gdzie się znalazł - a trafił na absolutne szczyty naukowej kariery. Był Steinhaus, był Stanisław Ulam, "nasz człowiek” w Projekcie Manhattan - grupie kilkudziesięciu najwybitniejszych umysłów świata lat 40. XX wieku, fizyków i matematyków, którzy zgrupowani w ośrodku w Los Alamos mieli tylko jedno zadanie: wygrać z Hitlerem wyścig o to, kto pierwszy stworzy bombę atomową, zwycięsko zakończy wojnę i podyktuje nowe reguły urządzenia świata. Co nazwisko, to równie fascynująca historia, setki anegdot, setki przygód. Okazało się, że Lwowską Szkołę Matematyczną tworzyli nie tylko wybitni matematycy, ale także ludzie o bardzo ciekawych życiorysach, będący dla biografa wyzwaniem.

"Genialni" - okładka książki (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014)

Jak się pisze biografię zbiorową? Pisał pan wcześniej o Kisielewskich, ale to jednak co innego - historia członków jednej rodziny, których losy się przeplatają. Jak się pisze o czterech zupełnie różnych postaciach?

- Oczywiście to bardziej skomplikowane niż pojedyncza biografia. Lwowska Szkoła Matematyczna to dwudziestu kilku matematyków, z których każdy czy prawie każdy zasługuje na odrębną opowieść. Ja wybrałem czterech: Banacha i Steinhausa jako ojców założycieli, Ulama - współtwórcę bomby atomowej i Stanisława Mazura, najbardziej politycznego z nich wszystkich. Oczywiście pojawiają się także pozostali, ale na tych czterech biografiach oparłem historię „Szkotów ze Lwowa” - opowieść nie tylko o ludziach, ale też o bardzo szczególnym mieście, Lwowie, niezwykłym miejscu, czyli kawiarni "Szkockiej”, gdzie uczeni się spotykali i wyjątkowym przedmiocie, który wziął od niej nazwę - Księdze Szkockiej.

Postanowiłem opowiadać historie czterech bohaterów od dzieciństwa, żeby pokazać jak doszło do ich spotkania, jak trafili do Lwowa, który ich połączył, z jakich wyszli środowisk, co ich ukształtowało - bo to były zupełnie różne światy. O Banachu już mówiłem, Steinhaus pochodził z bogatej żydowskiej rodziny, o dużych tradycjach, zakorzenionej w historii Polski i Austro-Węgier. Ulam wywodził się z rodziny adwokackiej i oczekiwano, że przejmie po ojcu prosperującą kancelarię i będzie robił pieniądze. Mazur z kolei był potomkiem lwowskiej rodziny cukierników, podobnie jak Ulam - bez większych tradycji matematycznych. Te ścieżki w pewnym momencie połączyły się we Lwowie.

Czy, Pana zdaniem, to, co łączyło tę czwórkę, to była przyjaźń?

- Banacha, Mazura, Ulama łączyła przyjaźń. Steinhaus był z nich czterech najbardziej profesorski, on także najrzadziej uczestniczył w sesjach w kawiarni Szkockiej. Nie pił w ogóle, a pijący go irytowali. W przypadku jego relacji z innymi matematykami trudno mówić o przyjaźni, jest to raczej lojalność, podziw, porozumienie uczonych, docenienie talentu. Relacja Banach-Steinhaus była do pewnego momentu relacją mistrz-uczeń, mimo że między nimi było raptem 5 lat różnicy. Tylko że kiedy się spotkali, Steinhaus był już docentem, a za chwilę profesorem z własną katedrą, a Banach przerwał studia po zaledwie dwóch latach Politechniki Lwowskiej. Później to już była relacja dwóch mistrzów, którzy jednak nie konkurują, bo mają wspólny cel.

Czy konieczne było jakieś szkolenie matematyczne?

- "Genialni” to książka o matematykach, a nie o matematyce. Matematyka jest w tle. Zrozumienie matematyki na poziomie, na jakim uprawiali ją moi bohaterowie, dla człowieka bez przygotowania uniwersyteckiego jest po prostu niemożliwe. Oczywiście próbowałem, sięgnąłem do rozpraw matematycznych moich bohaterów i poległem. Myślę jednak, że to dobrze, iż nie jestem matematycznym ekspertem, bo zbyt głębokie wchodzenie w kwestie naukowe mogłoby zabić opowieść i zniechęcić czytelników. Lwowska Szkoła Matematyczna jest, według historyków nauki, obok dokonań Marii Skłodowskiej-Curie, największym wkładem polskiej nauki do nauki światowej. Jest obecna w encyklopediach na całym świecie. To, używając matematycznego języka, aksjomat, a ja przyjmując ten aksjomat postanowiłem pokazać czytelnikom, kim byli ludzie, którzy tę szkołę stworzyli. Pokazać uczonych, którzy nie zamykali się w swoich gabinetach, w wieżach z kości słoniowej, ale byli żywymi ludźmi, o fascynujących biografie, zmagającymi się z historią. Wszystko to przecież działo się w XX wieku, w koszmarnie trudnym dla nich czasie. Lwowska Szkoła Matematyczna zawieszona była pomiędzy dwoma wojnami światowymi. Dwa największe totalitaryzmy, jakie dotknęły ludzkość, nazizm i stalinizm, miały na nią wpływ dosłownie morderczy. W takich warunkach budowała się legenda. To o wiele ciekawsze niż tłumaczenie na czym polegała analiza funkcjonalna, czyli to, co lwowiacy wnieśli do światowej matematyki.

Lwowska szkoła matematyczna, rok 1930. 1. Leon Chwistek, ojciec Aliny Dawidowiczowej, również wybitnej matematyczki,  2. Stefan Banach, 3. Juliusz Paweł Schauder, 4. Stanisław UlamLwowska Szkoła Matematyczna (Fot. Reprodukcja z książki Kazimierza Kuratowskiego, Wikimedia CC)

Dlaczego zatem Maria Skłodowska-Curie jest powszechnie znana i mówi się o niej w szkołach, a o Lwowskiej Szkole Matematycznej nie, choć są to równie istotne postaci dla polskiej nauki? Dlaczego nazwisko Banacha jest bardziej kojarzone z jego synem, kardiochirurgiem?

- To właśnie starałem się naprawić. Po pierwsze, Maria Skłodowska-Curie to legenda wzmocniona podwójnym Noblem, a po drugie jest w nas coś takiego, że już na sam dźwięk słowa "matematyka” lekko się cofamy. Matematyka - to pewnie trudne, nudne, niezrozumiałe, dla wybranych. Steinhaus pisał, że za granicą mówi się „X to dobry matematyk, z pewnością Polak”, a w Polsce odwrotnie: „Y to prawdziwy Polak, z pewnością słaby matematyk”. Próbuję to przekonanie zmienić.

Jest też tak, że matematyk w powszechnym przekonaniu to jakiś nudziarz, wiecznie zadumany albo roztrzepany pan z rozwianym włosem. A pan pokazuje fascynujące postaci. Banach: imprezowicz, lubiący pić, o dwunastej w południe wychodzący z uniwersytetu, bo już go nudziło, co tam się działo. Matematycy lwowscy to nietypowe postaci, rock'and'roll-owe wręcz jak na tamto środowisko i czasy, w których koszula z krótkim rękawem budziła zgorszenie na ulicach.

- Banach był na pewno głównym sprawcą tego, że Lwowska Szkoła Matematyczna przeszła do legendy. Słysząc "szkoła naukowa”, wyobrażamy sobie grupę uczonych, którzy w zaciszu swoich gabinetów pracują nad tym samym tematem, potem spotykają się na seminariach, gdzie wymieniają się wynikami swoich prac, wysłuchują referatów i znów rozchodzą się do swoich gabinetów. Banach przez swoją magnetyczną osobowość potrafił narzucić pracującym z nim uczonym zupełnie inny rodzaj pracy - podczas spotkań w „Szkockiej”, a czasem w zwykłej knajpie albo piwiarni na lwowskim dworcu kolejowym, bo tylko ona była czynna dwadzieścia cztery godziny na dobę. Spowodował, że ten tryb pracy, który jemu odpowiadał, przyjęli także inni. Nie przeszkadzał mu gwar, grająca obok muzyka, przechodzący kelnerzy, a inni, chcąc pracować z Banachem, musieli się do tego dostosować.

Myślę, że bez tego niezwykłego klimatu Lwowska Szkoła Matematyczna być może dopracowałaby się podobnych sukcesów, ale nie stałaby się legendą. Podobnie, jak "Szkocka”, gdzie odbywały się sesje matematyczne trwające godzinami - najdłuższa, jak wspominał Stanisława Ulama, aż siedemnaście godzin. Te spotkania dla osób przyglądających się im z zewnątrz, przypominały jakieś sabaty ludzi niespełna rozumu. Matematycy siedzieli naprzeciwko siebie jak my teraz, patrzyli sobie w oczy, pozornie bezmyślnie, i milczeli: godzinę, czasem dwie. Nagle któryś wybuchał szaleńczym śmiechem i zaczynał coś bazgrać na marmurowym blacie stolika - tak rodziło się twierdzenie, które przechodziło później do historii.

Pod warunkiem, że sprzątaczka nie zmyła blatu szmatą.

- Pod szmatami pań sprzątających - Bogu ducha winnych, bo przecież robiły tylko to, co do nich należało - część dorobku Lwowskiej Szkoły Matematycznej prawdopodobnie przepadła. Nigdy nie dowiemy się: co i ile. Ale paradoksalnie to dzięki gorliwemu wykonywaniu obowiązków przez anonimowe sprzątaczki, zrodziła się znana na całym świecie "Księga Szkocka”, przedmiot niezwykły. Słysząc słowo "księga” wyobrażamy sobie wielkie tomisko, oprawione w skórę, z metalowymi okuciami. Tymczasem to był zwykły zeszyt, kupiony 17 lipca 1935 roku przez żonę Banacha w sklepie z materiałami piśmiennymi, po tym, jak owoc całonocnego spotkania został kolejny raz zmyty.

Słynna Księga Szkocka została wywieziona ze Lwowa przez Łucję Banachową i trafiła do Międzynarodowego Centrum Badań Matematycznych im. Stefana Banacha w Warszawie. Ale we Wrocławiu jest Nowa Księga Szkocka Księga Szkocka - czyli zeszyt w kratkę z zadaniami do rozwiązania

Czy "Księga” została wydana w Polsce?

- Po wojnie trafiła do Polski, przywieziona w 1946 roku przez Łucję Banachową do Wrocławia. Steinhaus skopiował ją i wysłał do Ameryki, do Ulama. Ulam przetłumaczył całą księgę - są w niej zadania po polsku, francusku, angielsku, niemiecku i rosyjsku - na angielski, i rozesłał do ośrodków matematycznych na całym świecie, gdzie wzbudziła furorę. Niestety, w Polsce nie została dotąd wydana. Pewnie nie byłaby bestsellerem, to jednak zbiór skomplikowanych matematycznych problemów, których nikt poza matematykami nie zrozumie, ale mogłaby stać się bibliofilskim rarytasem. Myślę, że powinna zostać wydana, bo jest częścią historii polskiej nauki. Przykładem niezwykłej kariery, jaką zrobił zwykły zeszyt, w którym po jednej stronie matematycy wpisywali zadania do rozwiązania przez kolegów i umieszczali propozycje nagród za rozwiązanie tych zadań, a drugą pozostawiali pustą, by było gdzie rozwiązania wpisywać. Nagrody były różne: od małej czarnej kawy i małego piwa, po kolacje w eleganckich lokalach i legendarną gęś, którą Stanisław Mazur obiecał ufundować matematykowi, który rozwiąże jego zadanie. Zadanie czekało na rozwiązanie trzydzieści sześć lat. Zrobił to dopiero w roku 1972 matematyk ze Szwecji Per Enflö, gęś została wręczona, a potem zjedzona.

Stanisłam Mazur wręcza żywą gęś - nagrodę dla matematyka, który rozwiązał jego zadanie z Stanisłam Mazur wręcza żywą gęś - nagrodę dla matematyka, który rozwiązał jego zadanie z "Księgi Szkockiej" (Fot. Wikimedia Commons)

Opisuje pan zupełnie inny świat. Świat ogromnego szacunku i szczerego podziwu dla intelektu, dla geniuszu. Chociażby to, że wszyscy wspierają Banacha, który jest bardzo oporny jeżeli chodzi o robienie kariery naukowej, jest dla mnie niezwykłe. Jego mentor, zdając sobie sprawę z tego, że uczeń go przerośnie, mimo wszystko pomaga, wiedząc, że ma do czynienia z nieoszlifowanym diamentem.

- To był świat, w którym słowo „profesor” znaczyło o wiele więcej niż dziś, bo też było to zjawisko dużo rzadsze. Oznaczało własną katedrę, będącą zwieńczeniem naukowej drogi i wiązało się z bardzo wysokim statusem społecznym, który jednak zobowiązywał do określonych zachowań i kultury. Bez katedry na uczelni można było być, jak Steinhaus, kiedy poznał Banacha, „privatdocentem” po habilitacji, z prawem do wykładania na uniwersytecie, ale za darmo. Dlatego wielu wybitnych uczonych, także matematyków, żeby się utrzymać dorabiało w gimnazjach. A to, o czym pani mówi, było dla mnie fascynujące. Umiejętność wzniesienia się lwowskich uczonych ponad, mówiąc ładnie, brak gotowości pomagania innym, gdy ma się pewność, że okażą się lepsi. Większość lwowskich matematyków, już z tytułami profesorskimi, wiedziało dobrze, że Banach ich przerasta i to on będzie świecił na firmamencie nauki światłem najjaśniejszym. Po prostu przyćmi ich. Mimo tego nie starali się go schować, stłamsić, wykorzystać, czy przeszkodzić w karierze. Zrobili wszystko, żeby zmienić diament w brylant, pozwolić mu zabłysnąć, czasem wbrew niemu samemu! Banach nie miał łatwego charakteru i niechętnie poddawał się uniwersyteckim regułom, dlatego we Lwowie w pewnym sensie zawiązał się spisek uczonych, którzy postanowili pomóc mu, nawet mimo jego oporu.

Aby zostać doktorem należało podobnie jak dziś napisać rozprawę doktorską i poddać ją publicznej obronie. Banach nie bardzo miał ochotę poddawać się tym formalnym wymogom. „Robienie” matematyki oznaczało dla niego przedstawianie nowych pomysłów i dyskusję, przelewanie tego na papier nudziło go. Bo właściwie po co, twierdził, przecież w każdym momencie mógł wymyślić coś jeszcze lepszego.

Spisek lwowskich uczonych polegał na tym, by przeprowadzić Banacha przez te formalne procedury, mimo, że oznaczało to co najmniej naciąganie prawa. Tym bardziej, że przecież Banach nie miał ukończonych studiów i nigdy ich nie skończył. Miał zaliczone dwa lata Politechniki Lwowskiej! To, że dano mu możliwość pracy w charakterze asystenta i zrobienia doktoratu wymagało nie tylko spisku i odwagi, ale i pewnego rysu szaleństwa. Wszystkie decyzje musiały uzyskać formalną pieczęć Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, więc uczeni musieli zadbać, żeby także urzędnicy zgodzili się nagiąć przepisy do człowieka, a nie oczekiwać, że to człowiek nagnie się do przepisów.

Jakim cudem ten spisek się udał?

- Hugo Steinaus załatwił Banachowi pracę na Politechnice Lwowskiej. Zrobił to wbrew sceptycznemu podejściu części uczelnianej profesury, która, owszem, zgodziła się, ale pod warunkiem, że Banach w rok zrobieni doktorat. Było to zadanie praktycznie niewykonalne, więc tym, którzy je postawili wydawało się, że postawią na swoim. Spełnią oczekiwania profesora Steinhausa, ale Banach doktoratu nie zrobi, więc po roku spokojnie się go pozbędą. Zawiedli się. Promotor doktoratu Banacha wysyłał za nim - do knajp, piwiarni, wszędzie, gdzie Banach się pojawiał - asystenta, który miał za zadanie notować jego pomysły i wypytywać. Banach następnie notatki zaakceptował i w ten sposób powstała jego rozprawa. Drugim etapem była publiczna obrona, do której Banach też się nie kwapił. Znów posłużono się fortelem: któregoś dnia zaprosił go dziekan, mówiąc, że przyjechało kilku panów z Warszawy, którzy chcieliby porozmawiać o jakimś ważnym problemie matematycznym. Dla Banacha to był komunikat zrozumiały: są ludzie, którzy chcą rozmawiać o matematyce, więc warto się z nimi spotkać. Po rozmowie dowiedział się, że właśnie odbyła się obrona jego rozprawy doktorskiej. Dalej poszło już gładko: rozprawa została opublikowana, jego teksty zaczęły pojawiać się drukiem na całym świecie, zaczął być zapraszany na kongresy matematyczne jako gwiazda. Legenda rosła.

Stefan Banach - absolutny geniusz, prywatnie człowiek lubiący się zabawić (Fot. Wikimedia Commons)Stefan Banach - absolutny geniusz, prywatnie człowiek lubiący się zabawić (Fot. Wikimedia Commons)

Czy on z tej czwórki jest Pana ulubionym bohaterem?

- To pewnie słychać? Tak, bo... on w istocie nie miał prawa znaleźć się w tym miejscu, gdzie się w końcu znalazł. Został porzucony przez matkę, ojciec, który nie mógł zająć się dzieckiem, oddał go na wychowanie właścicielce zakładu pralniczego w Krakowie Franciszce Płowej. To ona zapewniła mu dom i gimnazjalne wykształcenie. Później rozpoczął drogie studia, jednocześnie pracując. Pieniędzy wystarczyło tylko na dwa lata i musiał naukę przerwać. I tu właściwie powinna się skończyć historia Banacha. Byłby jednym z wielu ludzi z podstawowymi uprawnieniami inżynieryjnymi i być może pracował w tym fachu przez resztę życia. Nie było właściwie żadnych przesłanek, żeby jego losy mogło potoczyć się tak, jak się potoczyły. I tu pojawił się przypadek, jak powiedzą jedni, albo palec Pana Boga, wedle innych, czyli spotkanie na krakowskich Plantach latem 1916 roku Steinhausa i Banacha. Sytuacja, jak sobie to wyobrazić, dość absurdalna.

Bo kto normalny zaczepia zupełnie obcego człowieka na Plantach?

- Jest środek wojny, ktoś idący Plantami, łowi uchem słowa "całka Lebesgue'a”. Ten ktoś, to Hugo Steinhaus, który podchodzi do ławki, żeby zobaczyć, któż to rozmawia o czymś, o czym wiedzą wyłącznie zaawansowani matematycy. A to był właśnie Banach. Ten przypadek, czy też palec boży, i oczywiście szósty zmysł Steinhausa, który dostrzegł geniusz Banacha, powodują, że oto otwarła się przed nim droga na naukowy Parnas. Bez tego spotkania nie byłoby całej reszty: spisku uczonych, żeby z diamentu zrobić brylant i nie byłoby Lwowskiej Szkoły Matematycznej.

Tak samo jak bez księdza i matematyka, dzięki którym Banach, geniusz, w ogóle zdał maturę. Bo z pozostałych przedmiotów maturalnych był nogą.

- Pewnie mu się nie chciało. Z matematyki był cały czas wybitnym uczniem, ale oprócz tego akurat przed maturą dojrzewa się do innych przyjemności związanych z nadchodzącą dorosłością: swoboda, dziewczyny... Nie oszukujmy się, wszystko wtedy jest bardziej interesujące niż szkoła, więc w ostatnich klasach gimnazjum na świadectwach Banacha złych ocen było sporo. No, ale na szczęście, jak to się często dzieje, znalazł życzliwych ludzi, którzy pomogli mu gimnazjum skończyć.

Ja w ogóle po lekturze "Genialnych” myślę, że określiłabym ich wszystkich - poza Steinhausem - mianem, jakie często słyszy się w podstawówce: zdolny, ale leniwy.

- Lenistwo jest w ogóle motorem postępu, mnóstwo wynalazków powstało, żeby ułatwić ludziom leniuchowanie. Ale dla Szkotów ze Lwowa wspólnym mianownikiem była matematyka. To byli ludzie, dla których matematyka była rzeczą najważniejszą na świecie i pewnie jedną z niewielu naprawdę wartych zainteresowania. Była rodzajem religii. Na Uniwersytecie Wrocławskim powtarzana jest anegdota, jak to kiedyś pękła rura, został wezwany hydraulik, a profesor Steinhaus powiedział "Ale po co? Matematyk zrobi to lepiej”. Bo matematyk po prostu wszystko robi lepiej, bo matematyka to coś wyjątkowego. Coś na pograniczu nauki i sztuki, do czego potrzeba ogromnej wyobraźni. David Hilbert, jeden z największych matematyków na początku XX wieku i promotor rozprawy doktorskiej Steinhausa, jest bohaterem pewnej charakterystycznej anegdoty. Zapytano go kiedyś o jednego z byłych uczniów, nieźle się zapowiadającego, który gdzieś przepadł. ”Ach, ten? - przypomniał sobie Hilbert. - Jak na matematyka miał za słabą wyobraźnię. Został poetą”.

Hugo Steinhaus - mistrz (Fot. Wikimedia Commons)Hugo Steinhaus - mistrz (Fot. Wikimedia Commons)

We wspomnianym przez Pana Wrocławiu funkcjonuje mit założycielski Lwowskiej Szkoły Matematycznej, bo związani z nią uczeni tam właśnie po wojnie trafili.

- Banach niestety nie zdążył wrócić do Polski. Przeżył niemiecką okupację Lwowa pracując jako karmiciel wszy w Instytucie profesora Rudolfa Weigla, gdzie produkowano szczepionkę przeciwko tyfusowi, ale zmarł na raka płuc w sierpniu 1945 roku. On zresztą raczej nie trafiłby do Wrocławia, czekała na niego katedra na Uniwersytecie Jagiellońskim. Natomiast drugi z ojców założycieli, czyli Steinhaus, pojawił się po wojnie we Wrocławiu, stąd przyjmuje się, że to tam kontynuowane były tradycje szkoły lwowskiej. Stworzono nawet we Wrocławiu coś, co nazwano najpierw Nową Księgą Szkocką, a później Księgą Wrocławską. Próbowano też kontynuować ten szczególny lwowski sposób pracy, czyli wyprowadzić matematykę z sal wykładowych i z bibliotek do kawiarni, ale bez Banacha i bez tego szczególnego ducha, który przyświecał spotkaniom we Lwowie to nie zadziałało...

Nic dwa razy się nie zdarza.

- Tak. Fenomen Lwowskiej Szkoły matematycznej nie polegał na tym, że oto umówimy się w knajpie i tam będziemy pracować. Najpierw musiał być dobry powód, żeby spotykać się właśnie w tej knajpie. A tym powodem był Banach.

Czy myśli Pan, że to wszystko mogłoby się w ogóle wydarzyć poza Lwowem?

- Na to się złożyły co najmniej trzy okoliczności. Po pierwsze: ludzie. Ale ludzie mogą się przenosić, można więc sobie wyobrazić, że spotykają się w innym miejscu. Po drugie: klimat Lwowa, miasta szczególnego, o którego atmosferze, otwartości, duchu do dziś słyszymy legendy. Po trzecie: podrażnione ambicje miasta, które w Austro-Węgrach był stolicą całej Galicji, a w nowej Polsce stało się zaledwie jednym z kilkunastu miast wojewódzkich. Lwów bardzo chciał podkreślić swoją wcześniejszą stołeczność, budowa silnego ośrodka naukowego temu służyła. No i kolejna rzecz, po ludziach i mieście: środowisko, gotowe zaakceptować ten, jak pani powiedziała, rockandrollowy styl pracy, który na przykład w Krakowie byłby chyba niewyobrażalny.

Wszystko zmieniła wojna.

Przede wszystkim bardzo wielu matematyków nie przeżyło. Hugo Steinhaus ocenił straty polskiej matematyki w wyniku wojny na 70 proc. Banach nie zdążył wrócić do Polski, jest pochowany we Lwowie, Ulama wojna zaskoczyła w Stanach Zjednoczonych, gdzie popłynął w sierpniu 1939 roku. Będąc pochodzenia żydowskiego nie miał po co do Polski wracać. Po Projekcie Manhattan został w USA. Stanisław Mazur był po wojnie najpierw w Łodzi, potem w Warszawie. On był najbardziej zaangażowany politycznie ze wszystkich matematyków, był członkiem Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, o czym nikt nie wiedział. Wyszło to na jaw dopiero w czasie wojny. Po 1945 był posłem do Sejmu Ustawodawczego PRL, potem do sejmu I kadencji i sekretarzem generalnym Polskiej Akademii Nauk, ale cały czas pracował naukowo. Steinhaus znalazł się we Wrocławiu, Władysław Orlicz w Poznaniu. Szkoła się rozjechała, każdy pracował już na swoje konto.

Interesujące jest też to, jak oni dosyć biernie poddali się zawierusze historycznej, znów - matematyka była najważniejsza, a możliwość pracy istotniejsza, niż to co się dzieje poza pracą.

- Tak, to jest pytanie, które się zawsze w takich momentach pojawia: dlaczego? Nie było wcale od początku jasne, że armie hitlerowska i sowiecka, atakujące Polskę we wrześniu 1939 roku, to tacy sami okupanci, nawet rozkazy dowódców wojska nie były jednoznaczne. We Lwowie i Wilnie pod sowietami działały polskie teatry, kina, gazety, pod kontrolą, ale były. Z punktu widzenia matematyków zmieniło się jeszcze mniej. Owszem, Uniwersytet Jana Kazimierza stał się formalnie uczelnią ukraińską, na jej czele stanął rektor Ukrainiec, ale na wydziale matematycznym dziekanem pozostał Banach, na sześć katedr matematycznych, pięcioma kierowali dalej Polacy, wykładano po polsku. Dopiero w momencie, gdy okupacja sowiecka zmieniła się na hitlerowską, wróg zaczął być oczywisty. Niemcy zamknęli uniwersytet, Żydzi musieli uciekać, Banach został karmicielem wszy. Nie próbuję ich usprawiedliwiać, próbuję zrozumieć - dlaczego? Bo mnie to też zaskoczyło. Nie znalazłem odpowiedzi na to, czy na pewno Banach i Mazur musieli w 1940 roku zostać członkami lwowskiej rady miejskiej, skoro w polskich czasach nie angażowali się w taki sposób? To oczywiście był rodzaj koniunkturalizmu, ale także próba ochrony przed unicestwieniem tego, co uważali za najważniejsze: życia i matematycznego dorobku.

Czy trafił Pan na jakiekolwiek ślady wątpliwości moralnych, czy Banacha, czy pracującego nad śmiercionośną bronią, Ulama?

- Ulamowi zadawano te pytania za życia. Mówił, że w momencie, kiedy został zaproszony do współpracy przy Projekcie Manhattan, nie wiedział jeszcze jakie będą skutki użycia broni atomowej. Nikt zresztą nie wiedział. Uczonym w Los Alamos wydawało się, że produkują bombę, która jest po prostu tylko dużo silniejsza niż inne bomby, tzw. „bombę wielokrotną”. Wtedy najważniejsze było, żeby zdążyć przed Hitlerem. Dopiero w momencie, kiedy świat się przekonał, jak tragiczna jest to broń, pojawiły się wątpliwości. Ale jak widać nie zmieniły tego, że Ulam pracował nadal i to nad bronią jeszcze straszniejszą - bombą wodorową, która może zakończyć istnienie ludzkości raz na zawsze. Pytany o to, tłumaczył, że paradoksalnie istnienie broni tak straszliwej jest gwarancją, że nigdy nie zostanie użyta. To jest myślenie, które może być racjonalne pod warunkiem, że ta broń nigdy nie dostanie się w ręce wariata.

Stanisław Ulam - Stanisław Ulam - "nasz człowiek" w Projekcie Manhattan (Fot. Wikimedia Commons)

To jest bardzo filozoficzna dywagacja.

- Jest. Ale jak widać nawet ludziom o największej wyobraźni czasem jej brakuje. Inna sprawa, że nauki nic nie jest w stanie powstrzymać. Ktoś tę broń i tak by wyprodukował.

Ciągle mówi Pan o tym, że matematyka była dla nich najważniejsza. Co z kobietami w świecie, w którym idealna małżonka jest wybierana na podstawie sprawdzianu szybkości pisania na maszynie i tego, czy może pomóc w spisywaniu notatek?

- Kobiety miały nie przeszkadzać, dobrze jeśli pomagały. Anegdota, do której pani się odwołuje, dotyczy Juliusza Schaudera, jednego z najwybitniejszych matematyków w drugim pokoleniu szkoły lwowskiej, niestety został przez Niemców zastrzelony w 1943. Szukając żony dokonał po prostu przeglądu studentek matematyki. Kryteria były proste: kandydatka musi znać języki obce i umieć redagować teksty do druku. Kiedy zostały dwie i nie mógł się zdecydować, poprosił o radę Banacha i ożenił z tą, którą mistrz mu wskazał. Oczywiście, podejrzewam, że mogły pojawiać się w życiu przynajmniej niektórych lwowskich matematyków także inne kobiety, oprócz żon, ale nigdy nie miało to aż takiego znaczenia, żeby przyćmić matematykę.

Banach jest po Euklidesie najczęściej cytowanym matematykiem, a w Polsce postacią powszechnie mało znaną. Mam wrażenie że to w ogóle większy problem polskiej kultury, czy też nawet popkultury - że nie "wykorzystuje” takich postaci. Przypuszczam, że w Anglii na kanwie jego historii powstałby film na miarę "Tajemnicy Enigmy”.

- Albo "Pięknego Umysłu”.

Albo serial o losach całej czwórki. Wojna, Projekt Manhattan, wielkie odkrycia, to jest fantastyczna historia, która w ogóle nie jest w żaden sposób - nazwijmy to nieładnie - kapitalizowana.

- Po pierwsze wynika to z niewiedzy. Do tej pory nie potrafiliśmy "sprzedać” tej historii i jej bohaterów w taki sposób, żeby było to inspirujące na przykład dla kina. Mam nadzieję, że moja książka chociaż w części tę lukę wypełnia, bo zainteresowanie już się pojawiło. Są plany, żeby spróbować wokół lwowskich matematyków zbudować opowieść filmową.

Fantastycznie! Jeszcze jeden "filmowy” rys, który mnie w ich historiach urzekł, to to, że choć - inaczej niż dziś - matematyk nie był dobrym zawodem, oni i tak chcieli się nią zajmować, z miłości.

- Pochodzili z bardzo różnych środowisk, nie mieli matematycznych korzeni rodzinnych, więc gdyby nie matematyka, pewnie nigdy by się nie spotkali. Nagle pojawiło się coś, co spowodowało, że byli w stanie złamać opór stawiany przez rodzinę. Ulama rodzice zmusili, żeby - skoro już nie zamierza być prawnikiem i robić pieniędzy - został "chociaż inżynierem”. Uległ, poszedł na Politechnikę, ale i tak w końcu wylądował na matematyce. Co zdecydowało? Chyba właśnie to, od czego zaczęliśmy. Jak napisał Hugo Steinhaus: geniusz, czyli gen - i już. Bez tego matematycznego genu nie byłoby tej historii.

Mariusz Urbanek - biograf, autor kilkunastu książek, m.in. biografii generała Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego - "Wieniawa. Szwoleżer na Pegazie" (1991), Leopolda Tyrmanda - "Zły Tyrmand" (1992), Stefana Kisielewskiego - "Kisiel" (1997) i Juliana Tuwima - "Tuwim" (2004), oraz wyboru felietonów publikowanych w miesięczniku "Odra” - "Przecieki niekontrolowane" (2001).

Mariusz Urbanek był gościem twórców audycji "Homo science". Rozmowa już dziś (w sobotę 28 lutego) po 21.00 w radiu TOK FM. Książkę "Genialni. Lwowska Szkoła Matematyczna" możecie kupić na Publio.pl.

Więcej o: