Krótka opowieść o (nie)pielęgnowaniu włosów

Pielęgnacja włosów to coś więcej, niż systematyczne używanie szamponu i odżywki. Istotną rolę w pielęgnacji włosów odgrywają między innymi takie zabiegi, jak olejowanie, wcierki czy peelingi skóry głowy. Pora odkryć całkiem nowy pielęgnacyjny ląd...

Poczułam się wywołana do tablicy przez dwugłos Miss Olgu i Red Nacz o włosach. A jeszcze bardziej przez komentarz Madzika pod tekstem Miss Olgu: „7 min na umycie i wysuszenie? Chyba żart.... rozczesywanie, mycie x 2, odżywka, czesanie, suszenie. Razem 30-40 minut. Do tego 2 x w tyg olejowanie na noc olejem kokosowym. Długie włosy wymagają CZASU i pielęgnacji.”

Od siebie dodam, że krótkie włosy też wymagają pielęgnacji. Zazdroszczę kobietom, które minimalnym nakładem środków (umycie włosów raz na jakiś czas JAKIMŚ szamponem) i pozostawienie mokrych do wyschnięcia uzyskują piękną lśniącą fryzurę. A jeśli dodatkowo jest to fryzura złożona z wijących się kosmyków, kędziorków, czy co najgorsze - loków - zalewam się żółcią. Pocieszające jest jedynie to, że niewiele, jak sądzę, jest kobiet uzyskujących tak wspaniały efekt małym nakładem środków i wysiłków. A może się mylę, może jest was dużo i tylko ja jedna z moimi krótkimi, ulizanymi, mysimi włoskami, które ostatnio mogę określić jeszcze jednym mianem - wysokoporowate?

Pielęgnacja włosów nigdy nie była moją mocną stroną. Coś zaczęło mi kiełkować w mózgownicy że obszar mojej głowy należało by staranniej pielęgnować, kiedy moja leciwa ciotka, kobieta DBAJĄCA o swoją urodę, przemierzała warszawskie apteki w poszukiwaniu TEGO JEDYNEGO szamponu, a kupiwszy zapas, rozdawała go rodzinie, bo „najlepszy”. Pierwszy raz umyłam nim włosy dwa lata temu i od tego czasu jesteśmy nierozłączni - ja i mój Revalid. Dzięki Revalidowi przekonałam się, że istnieją dobre szampony i że włosy dają się rozczesać nawet jeśli nie zaimpregnuje ich gruba warstwa silikonów. Nie, nie potępiam silikonów w kosmetykach do pielęgnacji włosów, używam ich od czasu do czasu, bo silikony tworzą na włosach potrzebną ochronną warstwę no i zabezpieczają te wymęczone łuski włosów wysokoporowatych. I nie jest to moja autorska koncepcja, a pomysł zaczerpnięty z literatury przedmiotu.

Ulubieńcyfot. Marta Lewin

Oczywiście, nawet taki ignorant jak ja wie, że po myciu na włosy nakłada się odżywki. Wieloletnie doświadczenia z czasów przed szamponem Revalid nauczyły mnie, że odżywka jest niezbędna, żeby po myciu rozczesać splątany kłąb z tyłu głowy. Bardzo długo używałam jedwabiu w płynie Biosilk Silk Therapy. Porzuciłam go, aby przetestować zasadność hasła „olej arganowy” umieszczanego na opakowaniach odżywek. Szczerze polubiłam Bioelixire Argan Oil Hair Mask. A jeszcze bardziej obłędnie pachnącą odżywkę arganową Argan-Keratin Eveline. Potem, przypadkiem (bo w wielkim pośpiechu) zakupiłam odżywkę z drobinkami L'Oreal Elseve Magiczna Moc Olejków i jest to jeden z nielicznych produktów z drobinkami, które uwielbiam. Sprawia bowiem, że nawet bardzo wymęczone włosy lśnią. Szkoda tylko, że nie własnym blaskiem...

W końcu wreszcie dobiłam do przytani Biochemia Urody i tam doznając prawdziwego oświecenia nabyłam Łagodzący żel hialuronowy z pantenolem 5%. I to był strzał w dziesiątkę. Produkt uwielbiam za wygodę stosowania (w odróżnieniu od naturalnych olejów) i najprawdziwsze na świecie nawilżanie. Włosy są gładkie, dobrze się rozczesują i lśnią (a przecież żel nie zawiera drobinek - dziwne). Oczywiście, podobny efekt poślizgu dawały odżywki z silikonami, z tym, że silikony za mocno na dłuższą metę obciążały moje włosy, a mam wrażenie, że delikatny Revalid nie radził sobie z ich solidnym usuwaniem.

Wspomniałam o olejach naturalnych - próbowałam olejowania. Używałam do tego celu oleju arganowego i kokosowego. Niestety, efekty mnie nie satysfakcjonowały. Przypuszczam, że wybrałam nieodpowiednie oleje do pielęgnacji moich wysokoporowatych włosów. Zresztą, nigdy nie lubiłam koncepcji pozostawiania naolejowanych włosów na kilka godzin.

pexels.com CCpexels.com CC

W zamierzchłych czasach próbowałam nakładać sobie na głowę tradycyjne mikstury z nafty kosmetycznej, żółtek, oleju rycynowego... Moje włosy jednak buntowały się przeciwko naturalnej pielęgnacji. A sprzeciw wyrażały niesamowitym kołtunieniem, które to kołtunienie niemalże uniemożliwiało zmycie z nich mikstury. Dużo lepiej (aczkolwiek bez większych efektów) szło mi płukanie włosów rumiankiem. Nieco gorzej piwem, bo spożywałam je ukradkiem. I jeśli chodzi o moje zgłębianie arkanów sztuki pielęgnacji włosów to by było na tyle... aż trafiłam na słynny „włosiarski” blog Anwen.

No i troszkę zdębiałam... olejowanie i wcierki nie były już oczywiście dla mnie zaskoczeniem. Ale peeling skóry głowy?! Cóż, wszystko dla ludzi. A jak dla ludzi, to co ja nie wypróbuję? Oczywiście, że wypróbuję i jak tylko wejdę na wyższy stopień pielęgnacji niż szampon i odżywka (i wytrwam na nim odpowiednio długo), to na pewno napiszę o efektach. Tymczasem układam plan pielęgnacji i wybieram produkty. Oraz zastanawiam się, czy po nałożeniu maski z miodu będę musiała zgolić sobie włosy tuż przy powierzchni skóry, czy tylko wyciąć mój tradycyjny kołtun z tyłu głowy wzmocniony odżywczym miodkiem.

Na dziś, plan pielęgnacji ułożony na podstawie zaleceń Anven mam taki:

- poza rutynowym myciem delikatnym szamponem, raz na tydzień lub na dwa umyć szamponem z SLES (Sodium Laureth Sulfate) i zrobić peeling skóry głowy;

- raz w tygodniu zrobię włosom przyjemność i nałożę na nie maskę (na co najmniej dwadzieścia minut) i ku uciesze domowników, okręcę sobie głowę gustownym turbanem z ręcznika;

- wiem, że raz w tygodniu powinnam przed myciem nałożyć na włosy olej, ale coś czuję, że ten punkt pominę, zamiast tego zacznę robić wcierki.

Jestem bardzo ciekawa, jak wy pielęgnujecie włosy. Czy wiecie, co to WCIERKI, jakie oleje nakładacie na włosy? I czy robicie swojej głowie peelingi?!

Więcej o: