Oszczędzanie: jak to zrobić?

Podobno 60 procent Polaków nie ma żadnych oszczędności, nawet rezerwowego tysiąca złotych na naprawę dachu, aparat ortodontyczny dla dziecka czy nową rurę wydechową do samochodu. A przecież oszczędności na koncie dają poczucie bezpieczeństwa, wiec może warto wyrobić w sobie nawyk oszczędzania?

„Tysiąca? Phi! Ja nie mam nawet stówy” - mówi pracująca matka dwójki dzieci. „Jak tu oszczędzać, jak mam kredyt? Upłynnić lokatę? Chyba rozbić świnkę skarbonkę mojej córki!”, mówi koleżanka freelancerka. „Ja zaczęłam oszczędzać, żeby nigdy nie znaleźć się w sytuacji takiej, jak moi rodzice, którzy stracili wszystko”, mówi zapobiegliwa znajoma. „Jak mój facet straci pracę, jesteśmy ugotowani”, dodaje zwolniona z korporacji. Mądre tygodniki opinii radzą, jak inwestować w nieruchomości, kiedy kupować akcje, którą lokatę długoterminową wybrać. Ale co, jeśli nie ma co na nią włożyć, a mieszkanie spłacamy od dwudziestu lat?

Mam znajomych z różnych światów - z korporacji, wolnych zawodów, z uczelni, artystów, dziennikarzy, prawników. Większość z nich ma kredyt na mieszkanie, dwie pensje na utrzymanie i dzieci w planach. Utrzymuje się na powierzchni, czasem jeździ na wakacje, lubi fajne ubrania i dobre jedzenie. Czasem kupi wino za drogie o 20 zł, czasem sprawi sobie prezent, który nie jest w planach, czasem zapędzi się w kupowaniu książek. Większość żyje pięknie i ponad stan. Pozostali w lęku przed demaskacją. Nieliczni wygodnie, ale za cenę harówki, pożyczania od tatusia, życia na mężowskim garnuszku.

Dane są bezlitosne: średnia krajowa wzrosła i wynosi już 4379,26 zł netto, czyli 3117 zł na rękę. Dodając do siebie dwie takie pensje otrzymujemy ponad 6000 zł miesięcznie. Nawet jeśli 2000 zł idą na spłatę kredytu, 500 zł na opłaty, 1500 zł na jedzenie, 400 zł na benzynę i bilety, wciąż jeszcze zostaje procent, który warto odłożyć i pomnożyć. Ale może nie mam racji. Może paradoksalnie najgorzej mają się właśnie ludzie w zawodach podobnych do mojego - pracująca i żyjąca z miesiąca na miesiąc inteligencja nie dorastająca do swoich własnych oczekiwań.

Dlatego wolę mówić za siebie. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale oszczędzam od zawsze. Kieszonkowe od rodziców, marki, a potem euro od dziadków, pierwsze własne zarobki. Moi rodzice uważają mnie za wyrodną córkę, gdy z uporem maniaka w każdym europejskim mieście przeliczam cenę kawy na złotówki i gdy wychodzi powyżej 15, zamawiam wodę niegazowaną. Mojego byłego szlag trafiał, gdy nie chciałam sobie czegoś kupić, bo czułam, że mnie nie stać. „Masz tyle i tyle na koncie, stać cię na piętnaście takich rzeczy”, zgrzytał zębami. Moje przyjaciółki często się dziwią, że jako "dziewczyna z mody" mam szafę wypchaną, ale głównie H&M-em, lumpem i Zarą.

Zarabiam na niewydawaniu (Rys. Magda Danaj)Zarabiam na niewydawaniu (Rys. Magda Danaj)

I tu jest pies pogrzebany. Nie szczycę się swoim skąpstwem. Nawet lekko siebie potępiam. Ale wiem, że łatwo nie ulec pokusie, gdy ulegnięcie nic albo niewiele kosztuje. Łatwiej pomnażać, gdy się ma. Lepiej odkładać, gdy nie ma na co wydać, bo wszystko jest. Może nie rozumiem polskiej zasady „zastaw się, a postaw się”. Może nie mam dzieci. Ani męża na zasiłku. Ani chorych rodziców. Może żyję w bańce mydlanej. Ale od kilku lat zarabiam sama, oglądam może nie każdą złotówkę, ale każdą dychę, gotuję i sprzątam sama, nie wydaje "na mieście". Czasem mam dosyć własnego spięcia pośladków. Chciałabym pojechać na koniec świata i niczym się nie martwić. Rzucić pracę, przejść na freelance, poleżeć trochę w łóżku. Kupić chanelkę, bez wyrzutów sumienia jeść steki z polędwicy Angus i zmienić mieszkanie na większe. Ale wolę mieć więcej na czarną godzinę niż wydać wszystko w jasną.

Banki też rzadko przychodzą nam z pomocą. Wciąż dzwonią do mnie ludzie z biur obsługi klienta, że najwyższy czas wziąć kredyt. Gdy mówię, że z zasady się nie zadłużam i kupuję tylko to, na co mnie stać, konsultanci nabierają wody w usta. Sporo osób daje im się pewnie zbajerować. A przecież chwilówki to zło. Banki powinny uczyć oszczędności. Ale przecież jeśli stopy procentowe są tak niskie, to hulaj dusza, piekła nie ma. Wydajemy, bo na emeryturę i tak nie starczy. Pomyślimy o tym jutro, gdy nasze dzieci będą pracować na powiększające się wciąż szeregi starego pokolenia.

A więc oszczędzanie: jak to zrobić? „To się ma w genach”, mówi jedna Foszanka. „Po prostu lubię tanie rzeczy. Po co mieć coś na lata? Nie wiadomo, co będzie za te mityczne lata!”, wtóruje inna. „Można, jak dzieci nie chcą ciągle nowych zabawek”. Minimum to oszczędności, które w razie „awarii” (całkiem niewinnego rozkraczenia się samochodu i bardzo poważnych eksperymentalnych terapii śmiertelnych chorób) pozwolą na przeżycie. Luksusem jest podzielenie wszystkiego na kilka kont, wzorem moich dobrych przyjaciół. Jedna kupka na choroby, druga na dom, trzecia na przyjemności, czwarta na codzienne życie. Jeśli kupki trudno wydzielić, plan priorytetów można rozpisać. Najpierw dom, potem dzieci, potem emerytura. I gdzieś pomiędzy drobne przyjemności. Warto przekonać się do zasady ekwiwalencji - Lidl zamiast Almy choć w drewnie i zieleni kupuje się przyjemniej, podstawowe ubrania lepszej jakości zamiast sezonowych trendów, wakacje poza sezonem zamiast Włoch w sierpniu.

A co nas ogranicza? Stare domy, psujące się samochody, kredyty we frankach, dzieci. Wiadomo, że najłatwiej nic nie chcieć. Książki z biblioteki wypożyczać, ciuchami wymieniać się z koleżankami, kosmetyki kupować hurtowo. Wtedy na stan konta patrzymy z przyjemnością równą tej, z jaką lubieżni starcy obserwują nastoletnie kelnerki, popijając kawę po turecku. I tak - większym stresem niż odmówienie sobie muffinki w Starbucksie, mydelniczki w Tigerze i kolczyków w H&M może być pozbycie się dwóch tysięcy za jednym zamachem na zepsuty komin, pompę, silnik. Oszczędność to praktyka, która powinna wejść nam w krew. Codzienny zwyczaj, który pozwala na bieżąco obcinać wydatki, żeby zostało na potem.

Co jeszcze jest ważne? Partnerstwo. Ostatnio pisałam o mezaliansie. Zapomniałam wtedy o jednym. Najgorszym mezaliansem nie jest wyjście za mąż za biedaka, tylko za utracjusza. Za takiego, którego kasa się nie trzyma. A to flaszka wódki dla kumpli, a to burger za pięć dych, bo chce się jeść, a to nowy iPhone, bo stary już stary. Partner z podobnym podejściem do pieniędzy to podstawa. Wtedy nawet wspólne konto nie kojarzy się z konserwatywnym zniewoleniem tylko racjonalną inwestycją. Gdy wiem, że tajemniczo nie zniknie mi z karty kilka tysięcy na fanaberię i kaprysy, gdy wiem, że on woli kupować w Biedzie i Lidlu, żeby potem sprezentować mi perły, gdy z szacunkiem odnosi się do mojej pracy i moich zarobków, wszystko jest okej.

Więcej o: