Pracoholizm jest zły! Koniec kultu pracy i pieniądza?

Uwaga, uwaga, odkrycie roku. Pracoholizm jest zły. Siedzenie po godzinach będzie karalne, szef osobiście będzie wpychał was do windy o 16, bo idzie nowe w kulturze pracy!

Przeczytałam w Newsweeku artykuł o tym, że pracoholik, to zły pracownik. Przemęczony, mało wydajny, gorzej zorganizowany. Newsweek za brytyjskim The Economist wskazuje na początek nowego trendu w 2015 roku w kulturze pracy. Trendu, który docenia osoby, potrafiące tak zorganizować sobie pracę, żeby zmieścić się w przysłowiowych ośmiu godzinach. Ameryki, to żeście drodzy państwo nie odkryli. Ale w sumie lepiej późno niż wcale.

Jakkolwiek zastanawiam się, czy faktycznie w artykule jest mowa o prawdziwym pracoholizmie, w sensie uzależnienia od pracy, czy raczej chodzi o zwykłe siedzenie po godzinach, które jest skutkiem kiepskiego sposobu zarządzania. W większości przypadków zabieranie pracy do domu i zostawanie po godzinach jest, niestety, wynikiem nie najlepszej organizacji pracy. Oznacza to, że pracownik dostał za dużą dawkę zadań, ponieważ na przykład przejął obowiązki kolegi na urlopie, albo szef nie potrafi sensownie rozdzielić pracy. Pozostaje też inna opcja (ta do której trudno się przyznać) - pracownik jest powolny i nie wyrabia się ze swoimi sprawami w czasie wyznaczonym przez pracodawcę. Jasne, czasem trzeba posiedzieć po godzinach. Każdemu się to przytrafia. Czasem trzeba zabrać papierzyska do domu. Ale jeśli staję się to normą, to robi się już słabo.

Może czas już pójść do domu?Może czas już pójść do domu? /fot. Magda Acer

Pracoholizm, jak każde uzależnienie, trudno u siebie zauważyć i trudno się do niego przyznać. Bo kult pracy i pieniądza jest przecież taki pociągający. I jak w ogóle można potępić ten nałóg, skoro pracoholik świetnie zarabia i nie wyrządza nikomu krzywdy? Przynajmniej tak na pierwszy rzut oka. Osoby zapracowane są stawiane za wzór do naśladowania, jako zaradne i zdolne do poświeceń rekiny biznesu. Jednak cena tego nałogu jest wysoka. Pracoholik w domu bywa gościem, dzieci widuje na zdjęciach. Weekend dłuży mu się niemiłosiernie, więc i tak ucieka do pracy. Jednym z objawów pracoholizmu jest przekonanie, że w pracy nic nie może się dziać bez naszej kontroli, że nikt lepiej nie dopilnuje projektu niż my sami. Też się kiedyś na tym złapałam i nazwałam to „syndromem filara”. Miałam to złudne poczucie niezastępowalności. Na szczęście to mija.

W tekście w Newsweeku zaintrygowała mnie jedna kwestia, mianowicie związek między pracoholizmem a determinacją w sporcie. Zdaniem ekspertów z The Economist, "Wraz z rozpowszechnieniem trendu na intensywny, ośmiogodzinny tryb pracy, na popularności zyska hasło „umiarkowanie” w innych aspektach życia. Dotyczyć to będzie między innymi aktywności fizycznej. Zaangażowanie w sport idzie bowiem zwykle ramię w ramię w pracoholizmem. Według obserwacji, osoby, które zatracają się w pracy, dają z siebie także 100 procent w ćwiczeniach. I tak, maratony zostaną zastąpione przez półmaratony albo nawet przez powolny trucht przez park". Żartujecie, prawda?

Niewykluczone, że nie znam się ani na pracoholizmie, ani na sporcie, ale coś mi zalatuje bazarową chińszczyzną ta teza. Pierwszy zgrzyt dotyczy tego, że prawdziwy pracoholik nie ma czasu na sport i tym bardziej na te wszystkie modne maratony, do których trzeba się przygotować, bo ponieważ intensywnie wyrabia kolejną turbo normę. Po drugie, to, czy ktoś daje z siebie wszystko w podczas treningu, nie zależy od tego jak bardzo jest pracowity. Jeśli lubię dany sport i chcę się ścigać, to się ścigam, niezależnie od tego ile raportów trzasnęłam w tygodniu.

Dla mnie wybór jest prostyDla mnie wybór jest prosty /fot. Magda Acer

Wyznam szczerze, że pracoholizm mi nie grozi. I to nie dlatego, że pracuję w urzędzie, który z definicji uniemożliwia stan przepracowania. Przewartościowałam sobie pewne sprawy i umiem postawić granicę między sprawami zawodowymi, a życiowymi. Lubię swoje prace i staram się im poświecić w 100% w odpowiednich godzinach, ale mam czas dla rodziny i przyjaciół. Mam czas na życie poza pracą, na swoje pasje, na sytuacje bez białej, zapiętej pod szyję koszuli. Bo to drugie życie po pracy jest dla mnie ważniejsze. Nie mam lęku przed wyjazdem na wakacje, w obawie, że podczas mojej nieobecności coś się dokumentnie posypie. Jeśli popełnię błąd, a zdarza mi się to jak każdemu, to staram się go jak najszybciej naprawić. Błędy mnie stresują, ale nie tnę się z ich powodu i nie posypuję ran solą, żeby bardziej bolało.

Praca jest istotną częścią składową mojej egzystencji, ale nie jest moim życiowym celem. Lubię pracować, lecz najbardziej lubię wychodzić z biura w piątek po południu. Wychodząc z pracy jestem jak moja pupa w rajstopach Gatta By Cellulite - radosna i uniesiona. Na marginesie dodam, że te rajtki to moje prywatne odkrycie tej zimy. Może nie miałam jakichś wielkich zastrzeżeń do tylnej części swojego ciała, ale nie da się ukryć, że w pewnym wieku grawitacja robi swoje. Natomiast po naciągnięciu na kończyny tej czarnej powłoki dokonują się czary i zmieniają się zasady dynamiki czy czegoś. Zresztą, nieważne jakie to zjawisko. Efekt jest fantastyczny. Podobnie jak piątkowe popołudnie na kanapie z kubkiem herbaty i porywającą książką, albo na spacerze w lesie. A dla wszystkich mniej i bardziej zapracowanych - piosenka, która sponsorowała ten felieton.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: