Założyli szkołę czarodziejów, teraz chcą kupić w Polsce zamek. Larpowcy - szaleńcy czy wizjonerzy?

Raz na kilka miesięcy spotykają się w wybranym miejscu, zrzucają codzienne stroje i przywdziewają kostiumy. Prowadzą zajęcia z obrony przed czarną magią, ćwiczą rzucanie uroków, a podczas spacerów spotykają magiczne stworzenia. Teraz Polacy i Duńczycy odpowiedzialni za zrekonstruowanie w realnym świecie fikcji rodem z książek J.K. Rowling zamierzają kupić własny zamek.

To, co robią, nazywa się LARP, od angielskiego sformułowania Live Action Role Play, gra fabularna rozgrywana na żywo - to taki kilkudziesięciogodzinny spektakl teatralny czerpiący inspiracje z popkultury. Uczestnicy nierzadko miesiącami dopracowują własnoręcznie projektowane ubrania, mistrzowie gry obmyślają fabułę i reguły, scenografowie dbają o najdrobniejsze detale wystroju wnętrz, a potem wszyscy się spotykają i przez kilka dni żyją wyłącznie w tym drugim, fikcyjnym świecie. To może być rzeczywistość rodem z "Gwiezdnych wojen", "Władcy Pierścieni", gier z serii S.T.A.L.K.E.R., ale może to być również forma odtworzenia realiów sowieckiej fabryki albo próba przedstawienia mechanizmów działania bezdusznej agencji reklamowej. Uczestnicy takich "gier" mogą też rekonstruować faktyczne wydarzenia historyczne. Ograniczać może ich budżet, nigdy zaś wyobraźnia.

(fot. Christina Molbech)Niektóre kostiumy nie są wyszukane, ale w tej grze przede wszystkim chodzi o wczucie się w rolę (fot. Christina Molbech)

Pewnie dlatego miłośników tej formy spędzania czasu nie dziwi, że duński mistrz gry Claus Raasted i aktywny polski larpowiec Dominik "Dracan" Dembiński wraz z przyjaciółmi najpierw zrealizowali wielkie marzenie o odtworzeniu realiów z książek J.K. Rowling w dolnośląskim zamku Czocha, obecnie zaś wystartowali ze zbiórką funduszy na kolejne imprezy tego typu, założenie szkoły czarodziejów (College of Wizardry), a - jeśli tylko uda się zebrać odpowiednią ilość pieniędzy - także kupno zamku. Tak, prawdziwego zamku, jednego z wielu pustostanów, które znaleźć można w południowo-zachodniej Polsce.

Po kilku dniach od rozpoczęcia akcji na popularnej platformie crodwfundingowej udało się im uzbierać 50 procent deklarowanej kwoty.

(fot. Christina Molbech)Zamek Czocha urzekł zagranicznych larpowców i pozwolił im odkryć magię całego regionu (fot. Christina Molbech)

Trzeba mieć fantazję

- Spełniamy marzenia, także te własne - mówi Dominik Dembiński. Gdy jako młody chłopak czytał serię książek o losach Harry'ego Pottera, pragnął zostać uczniem takiej szkoły, chodzić na lekcje czarodziejstwa, założyć tajne bractwo, skradać się ukrytymi przejściami. - W zeszłym roku zrealizowałem to marzenie dla ponad setki ludzi z całego świata. Jest to niesamowite - dodaje rozradowany.

LARP w zamku Czocha zorganizowany przez połączone siły ekip polskiej i duńskiej był wielkim sukcesem. Frekwencja dopisała, a zagraniczna prasa - od brytyjskiego "Guardiana" po "New York Times" - rozpisywała się o tym, że gdzieś w Polsce jest prawdziwy Hogwart. Wystarczyły też dwa dni, by wyprzedać bilety na następne dwa zjazdy zaplanowane na kwiecień tego roku.

(fot. Christina Molbech)Uczestnicy CoW ani na chwilę nie wychodzą ze swoich ról (fot. Christina Molbech)

Do zrealizowania marzenia o pierwszym tak wielkim spotkaniu czarodziejów w naszym kraju mogłoby nie dojść, gdyby Dembiński i Raasted nie trafili na siebie podczas ubiegłorocznej konferencji towarzyszącej jednemu z najważniejszych zjazdów fanów gier fabularnych, Nordic Larp.

- Właściwie wpadliśmy na siebie mimochodem, a kiedy o czwartej nad ranem podczas imprezy Dominik zaczął opowiadać o polskich zamkach i pałacach, nie dawałem wiary cenom, jakie podawał. Myślałem, że żartuje, kiedy mówił o wynajęciu całego zamku na weekend i zrobieniu tam zjazdu czarodziejów - wspomina Claus. Kiedy okazało się, że wszystko, co o stronie finansowej, jak i o samym zamku było prawdą, polsko-duńska ekipa przygotowała kosztorys, scenariusz, projekty, uruchomiła zapisy i... 48 godzin później sprzedała wszystkie bilety.

- Pracownicy zamku myśleli, że jesteśmy nieco dziwni, ale sympatyczni. Wciąż nie jestem do końca przekonany, czy oni wiedzieli, co zamierzamy zrobić z Czochą, dopóki nie przyjechaliśmy tam w listopadzie i nie urządziliśmy im tam niezłego Hogwartu, ale teraz pewnie już wiedzą wszystko doskonale - dodaje Raasted.

(fot. Christina Molbech)Marzenia o zajęciach poświęconych roślinom magicznym... (fot. Christina Molbech)

(fot. Christina Molbech)...wykłady z teorii transmutacji... (fot. Christina Molbech)

(fot. Christina Molbech)...wreszcie ćwiczenia z wykorzystaniem magicznych przedmiotów (fot. Christina Molbech)

Dla takich ludzi jak Claus czy Dominik zajęcie całego zamku na weekend, by 24 godziny na dobę żyć w fikcyjnym świecie, jest ukoronowaniem marzeń. Obydwaj działają w środowisku LARP-owym nie od dziś. Raasted zaczął jeszcze jako dzieciak.

- Był styczeń 1993 roku, miałem trzynaście lat i w RPG (gry fabularne takie jak "Lochy i Smoki") grałem już od pięciu lat. Dołączyłem do klubu graczy, dość rzadkiej inicjatywy jak na tamte czasy, i starsi koledzy opowiedzieli mi o LARP-ach. Pojechałem na takie spotkanie. Cóż, wszystko wyglądało znacznie prościej niż teraz, ot, sześćdziesięcioro młodych ludzi w wieku 13-20 lat zebrało się w jednej ze szkół wynajętych na weekend. Udawaliśmy, że budynek był miastem, a klasy były domami. Jedni grali włamywaczy, inni księży, a jeszcze inni czcicieli zła. Ja grałem złowrogiego alchemika ze złego kościoła. Choć wszystko wyglądało dość banalnie, brakowało takiej scenografii i kostiumów, a scenariusz był raczej głupawy, my mieliśmy niezły ubaw, a samo doświadczenie zaważyło na całym moim dalszym życiu - wspomina Claus. Od tamtego czasu wziął udział w dziesiątkach zjazdów i spotkań, sam stworzył kilka intrygujących światów, wreszcie założył własną organizację non-profit Rollespilsfabrikken, która odpowiada za organizowanie LARP-ów.

Nie tylko czary

- Robimy wiele różnych rodzajów gier. Myślę, że kilka naszych najciekawszych produkcji LARP-owych stworzonych w Rollespilsfabrikken, obok szkoły czarodziejów, to: "Panopticorp", którego fabuła rozgrywa się w bezdusznej agencji reklamowej, "What are you worth?", czyli LARP poświęcony wartości ludzkiego życia, "Przygody z 1001 kultury", gra wcieleniowa dla dzieci, dzięki której poznają mity i legendy z całego świata, i wreszcie "Motherland", w którym odgrywamy sceny z alternatywnej rzeczywistości, ukazując losy sowieckich żołnierzy w 1964 roku, ale po tym, jak Hitler wygrał drugą wojnę światową - opowiada Claus. Wraz ze swoimi znajomymi kilkukrotnie brał też udział w programach telewizyjnych, gdzie potrzebne było wsparcie ekip rekonstrukcyjnych.

Dominik ma nie mniejsze doświadczenie konwentowe. W polskim środowisku znany jest od lat nie tylko dlatego, że świetnie sprawdza się jako autor scenariuszy, ale też został jednym z teoretyków LARP-a. Od 2012 roku wraz z innymi znajomymi, aktywnymi postaciami ze środowiska miłośników i twórców gier fabularnych, prowadzi Liveform - własną organizację non-profit odpowiedzialną za tworzenie gier, przede wszystkim eksperymentalnych.

- Na czym te eksperymenty polegają? Nie boimy się popełniać błędów. Organizujemy gry, które świadomie są zaprojektowane w sposób ryzykowny, by sprawdzić, jak projekt wpłynie na przebieg i jakość rozgrywki. Nasza seria LARP-ów steampunkowych "New Age" była takim eksperymentem. Uczyliśmy się, jak przewidywać zachowania graczy, jak nauczyć graczy określonego stylu gry - dynamicznego, odważnego, filmowego, jak wykorzystywać technologię i efekty specjalne, pirotechnikę, wątki zaczerpnięte z innych dzieł kultury. Dzięki temu doświadczeniu, połączonemu z ponad 15-letnim stażem naszych duńskich partnerów, jesteśmy w stanie projektować gry takie jak "College of Wizardry", gdzie równocześnie wykorzystujemy różne style LARP. Nasze gry są filmowe, bohaterskie i spektakularne, oraz odporne na sytuacje losowe, dzięki czemu nawet w skrajnych warunkach mogą się udać - wyjaśnia Dembiński.

Dodaje też, że dla wielu osób pisanie scenariusza LARP-owego to bułka z masłem. Koniec końców jednak trzeba pamiętać, że organizatorzy zapraszają kilkadziesiąt, czy ponad setkę osób niebędących profesjonalnymi aktorami i zaprzęgają wszystkich do realizowania serii scenek rodzajowych i przygód od świtu do późnych godzin nocnych. Co może pójść nie tak? Właściwie wszystko. Dlatego doświadczenie, umiejętność przewidywania ludzkich zachowań, ale też ta żyłka ryzykanta i nieograniczona wyobraźnia bardzo się larpowcom przydają.

(fot. Christina Molbech)Tylko w LARP-ach bliskie spotkania z potworami są tak bezbolesne (fot. Christina Molbech)

Po co zbiórka?

Skoro twórcy są na tyle dobrze zorganizowani, że potrafią dzielić się pracą i stwarzać dzieła o takim rozmachu jak "College of Wizardry", a uczestnicy trzech pierwszych edycji udowodnili, że żadna cena nie powstrzyma ich od wykupienia wszystkich biletów na pniu, to po co w ogóle organizować zbiórkę crowdfundingową? Choćby po to, by odpowiedzieć na zapotrzebowanie uczestników. W dotychczasowej formule uczestnicy płacili za pobyt i wyżywienie.

Dzięki nagrodom i wyróżnieniom w kampanii na Indiegogo mogą nie tylko zdecydować, gdzie chcą spać - pojawiły się specjalne, tematyczne pokoje czteroosobowe - ale zyskają też wyjątkową rolę napisaną tylko dla siebie. Dzięki zbiórce ufundowane zostaną też podręczniki, albumy pamiątkowe i inne dodatki, na które dotychczas organizatorzy nie mogli sobie pozwolić. Zyskują też międzynarodową platformę do sprzedaży samych biletów. Przekroczenie progu 175 000 dolarów pozwoli na zorganizowanie aż trzech spotkań w "College of Wizardry". A jeśli uda się uzbierać milion dolarów...

(fot. Christina Molbech)Im więcej osób wczuwa się w konwencję, tym lepsza zabawa (fot. Christina Molbech)

Kupujemy zamek!

Może to brzmi jak wariactwo, ale to prawda. Duńsko-polskie towarzystwo marzy o tym, by kupić jeden z naszych zamków i zaadaptować go na siedzibę larpowców. Gdy spytać Clausa, dlaczego nasz kraj tak bardzo przypadł zagranicznym graczom do gustu, odpowiada bez wahania: - Because Poland is awesome! [Bo Polska jest świetna! - pol.]

- Polska jest wspaniała, świetni ludzie, przepiękne lokacje, wreszcie też centralne położenie samego kraju. W dodatku w porównaniu z północnymi rejonami Polska jest wciąż tanim miejscem, a co ważne, macie demokrację. Oczywiście są też problemy, a niektóre drogi są koszmarne, ale wiele rzeczy udaje się zrealizować. Większość Polaków, z którymi przyszło nam się kontaktować przy okazji prac organizacyjnych, może nie do końca rozumie, czym się zajmujemy, ale za to jest bardzo otwarta i uczynna - mówi Claus. Dominik wspomina, że gdy miesiąc temu Duńczycy z Rollespilsfabrikken przylecieli, by objechać Polskę południową w poszukiwaniu doskonałych miejsc na kolejne gry, odkryli, jak wiele skarbów można tu jeszcze znaleźć. Na przykład zamek w Mosznej idealnie nadaje się na lokację do gry ''Fairweather Manor'' zainspirowanej serialem "Downtown Abbey".

(fot. Christina Molbech)Wykładowcy dbają o styl (fot. Christina Molbech)

- Duńczycy spodziewali się po zamku Czocha fantastycznych rzeczy, a i tak zdołaliśmy ich jeszcze zaskoczyć. Mamy w naszym kraju ogromne, opuszczone, renesansowe klasztory, tajemnicze kompleksy budowli pozostawione po nazistach, średniowieczne zamki, barokowe pałace, a co najważniejsze - niemalże nieograniczone możliwości w bardzo przystępnych cenach. Polska w ciągu jednego roku stała się ziemią obiecaną dla zagranicznych graczy! - cieszy się Dracan. Zauważa też jeszcze jedną ważną rzecz.

- Przy okazji nakręcamy rodzimą gospodarkę. W organizację tak dużych LARP-ów, jak nasze, zaangażowani są liczni młodzi ludzie, często studenci, którym dajemy niepowtarzalną możliwość rozwoju przy międzynarodowych eventach artystycznych. Każda taka gra to setki tysięcy złotych, które trafiają do lokalnych firm. O ile my jesteśmy organizacją non-profit, to sklepy, w których się zaopatrujemy, lokacje, które wynajmujemy, i ludzie, których wspieramy, mają z tego wymierne zyski - wyjaśnia. Słuchając go i obserwując wspólne działania międzynarodowej ekipy, nie można się nie cieszyć. W kraju malkontentów i czarnowidzów znalazła się grupa szaleńców, którzy nie tylko się nim zachwycają, ale chcą tu realizować swoje nietuzinkowe wizje. Czy warto ich wspierać? Powiem jedno - sama perspektywa tego, że za kilkadziesiąt lat będzie można powiedzieć potomstwu: "A ten zamek kupiliśmy razem z takimi jednymi magikami", jest kusząca.

(fot. Christina Molbech)LARP to coś pomiędzy bardzo dobrą zabawą... (fot. Christina Molbech)

(fot. Christina Molbech)...a wymagającą pracą (fot. Christina Molbech)

(fot. Christina Molbech)Mistrz gry może wydawać się nieco niedzisiejszy (fot. Christina Molbech)

(fot. Christina Molbech)Wieczorne spotkania odbywają się przy zupełnie prawdziwym, dobrze uwarzonym piwie... (fot. Christina Molbech)

(fot. Christina Molbech)...po którym odczytanie run z tablicy jest prawdziwym wyzwaniem (fot. Christina Molbech)

Więcej o: