Wskrzeszanie serialowych trupów - dobra sprawa do Archiwum X

Powiedzmy to sobie wprost, z serialami są same kłopoty - albo mają poziom tak nierówny, że tracimy serce i cierpliwość, albo tak wysoki, że chcemy obejrzeć wszystko naraz. Są za długie, za krótkie. Najgorzej zaś jest wtedy, gdy kończą się w nieodpowiedni sposób.

Kto choć raz nie przeżył nagłego końca serialu, ten najpewniej niewiele wie o smutku, o poczuciu straty i takim ogólnym zagubieniu. Pół biedy, jeśli serial kończy się tak, jak duńskie „Forbrydelsen” - dobrze wiemy, że nie było innego wyjścia, resztę możemy sobie dopisać w wyobraźni, albo od biedy zacząć oglądać jeszcze raz wszystkie trzy sezony omijając szerokim łukiem amerykańską wersję. Wiele rzeczy można zrobić z tęsknoty za charakterną Sarah Lund i jej sweterkami, ale nie można psuć sobie krwi oglądając amerykańskie "The Killing".

Źle i jeszcze gorzej

Nie jest też wcale miło, gdy najpierw ktoś rozbudzi nasz serialowy apetyt, a potem porzuci nas wygłodniałych na środku pustkowia. Ja na przykład do dziś nie mogę odżałować, że niesamowity serial „Carnivale” urwał się ot tak, po prostu. Nie wspomnę nawet o „Firefly”, wszyscy dobrze wiemy do czego doprowadziło drastyczne przerwanie produkcji tego serialu - świat już nigdy nie był taki sam, populacja ludzi podzieliła się zaś na trzy grupy. Pierwsza: ludzie, którzy nie mieli, nie mają i nie będą mieć pojęcia czym jest „Firefly”. Druga: ludzie, którzy nie rozumieją o co ten raban, to tylko jakiś głupi serial. Trzecia: wyznawcy kapitana Mala Reynoldsa i jego współtowarzyszy. Co więcej - trzecia grupa dzieli się na dwie frakcje - liberałowie cieszą się, że dzięki wsparciu fanów powstał film „Serenity” i wiele wątków ledwie napoczętych przez Jossa Whedona mogło zostać dopowiedzianych. Ortodoksi twierdzą zaś, że czegoś tak koszmarnie złego, jak ten głupi i pozbawiony jakiegokolwiek sensu, a w dodatku nudny i słaby film „Serenity” nie było. To się nie zdarzyło, a nawet jeśli, to nie mówmy może o tej podłej profanacji, dobrze? Z zakonem wyznawców „Firefly” najlepiej nie zadzierać, serialowi psychofani to bowiem nerwowe plemię.

FireflyFirefly - materiały prasowe producenta

Powrót tasiemca

Jeśli jeszcze nie straciliście wątku, czas na ten moment, kiedy jest najgorzej. Najgorzej jest wtedy, gdy nasz serial zmienił się już dawno w wenezuelską telenowelę. Oglądamy go właściwie bez emocji, potem wszystko się kończy i nagle, po latach, wraca to specyficzne swędzenie z tyłu głowy. Te nerwowe odruchy. Gdzie on jest? Gdzie się podział? Zaraz, zaraz, a pamiętasz, jak dwadzieścia lat temu ekscytowałeś się czymś? Co to było? Coś, co chyba samo zdechło w jakiś nieciekawy sposób...

To jest ten moment, kiedy zaczynam znów opowiadać o swej miłości do serialu „Z Archiwum X”, o tym, jak zdobyłam autografy, jak zarywałam noce, żeby czytać śmieciowe książki, zbierałam czasopisma lub wycinki, założyłam stronę www poświęconą temu serialowi - a był rok 1998 i całość kodu html napisałam w notatniku. Potem chciałam zostać patologiem sądowym (bla, bla, bla).

Z ARCHIWUM X : CHCE WIERZYC   Z archiwum X : Chce wierzya ( The X-Files : I Want to Believe )  rez Chris Carter  wyst David Duchovny , Gillian Anderson    fantastyczno - naukowy  USA  dystrybutor Imperial - Cinepix  premiera 25.07.2008 SLOWA KLUCZOWE: FILMTak to miało wyglądać... (Fot. Imperial - Cinepix)

To jest ten sam moment, w którym przyznaję bez bicia, że porzuciłam oglądanie tego serialu w chwili, gdy zrobił się nazbyt komediowy, jak na moje poważne, nastoletnie podejście do życia. Wszystkie sezony „X-Files”, także te z agentką Reyes i agentem Doggetem obejrzałam dopiero kilka lat temu i poczułam się usatysfakcjonowana. Do czasu... Ostatnio na moim stole wylądował ciekawy okaz. Coś w rodzaju powrotu do przeszłości, ale w nieco innej formie - wydawnictwo Sine Qua Non postanowiło wydawać w Polsce komiks „Z Archiwum X”.

Najpierw zgrzytnęłam zębami, potem powiedziałam „rany, ale to będzie kaszana”, wreszcie wyłączyłam tryb maruda i zaczęłam czytać. I wiecie co? Rany, ależ to jest dobre! Przecież ja znów mam 13 lat i z wypiekami na twarzy śledzę losy Muldera i Scully! A oni? Och, chrzanić ich romans, całowanie się i inne takie trele-morele. Oni są znów starymi dobrymi agentami! To znaczy, nie do końca, ale nie chcę tutaj za dużo zdradzać. Scenariusz musiał pisać ktoś, kto pokochał ten serial tak jak my - nieznośni wyznawcy - bo wplótł w opowieść całe mnóstwo elementów fabularnych, znanych doskonale z pierwszych trzech serii. Rządowy spisek, tajemnicze morderstwa, dziwna sekta, kosmici, te urocze dialogi - och, czy to nie brzmi znajomo? Mało tego! Wraca Skinner, Palacz, Samotni Strzelcy! Czy można chcieć więcej?

Okładka komiksu Okładka komiksu "Z Archiwum X" (Fot. Sine Qua Non)

Ja wiem, nie każdy lubi medium jakim jest komiks, ale wierzcie mi - gdyby ktoś chciał mi wcisnąć tę samą opowieść w formie „ruchomych obrazków” najpewniej nie cieszyłabym się aż tak. A tu po pierwszym tomie chcę więcej! Skaczę, piszczę i się jaram. Państwo wybaczą, czasem trzeba się czuć dzieckiem, kiedy, jak nie po trzydziestce? Ze wszystkich możliwych serialowych wskrzeszeń to mi się najbardziej podoba. Jeśli więc są na sali inni czciciele Muldera, Scully i najeźdźców z kosmosu - pędźcie do księgarń po „Wyznawców”. Wiecie co jest w gratisach? TEN plakat.

Państwo wybaczą, przecież to jest najwspanialszy gratis dla kogoś, kto poświęcił pół swego młodzieńczego życia na marzenia o pracy w piwnicy FBI, a dziś siedzi w piwnicy nie-FBI, a zamiast kroić trupy, klei słowa.

Więcej o: