5 polskich raperek, które musisz znać

Rap to świetne narzędzie do opowiadania o rzeczywistości. Dlaczego jednak tak dużo jest tekstów o relacjach z dziewczynami, a tak mało miejsca na scenie dla samych kobiet? Bo to, kochani, szowinistyczna impreza. I czas to zmienić.

Ostatnio temat "kobiety w rapie", zwłaszcza rodzimym, wraca do mnie jak źle zaadresowany list polecony. Kwestia jest ważka, ale daję słowo, że każda nagabywana o to raperka bierze głęboki wdech, potem robi długi wydech, a jej spojrzenie wrzeszczy "NIE CHCĘ JUŻ WAŁKOWAĆ TEGO TEMATU!". Przez wiele lat byłam jednym z kilkorga w miarę cenionych autorów publikacji o tej muzyce, współtworzyłam zespół redakcyjny Ślizgu, pracowałam z kolegami nad koncepcją i zawartością merytoryczną magazynu LOOP, pisywałam do kolejnych tytułów, a jednak mój udział jako współautorki "Antologii Polskiego Rapu" - przez niektórych recenzentów traktowany jest jako miły ukłon w stronę płci pięknej, wiecie, taki parytet. Taki jest wizerunek tej kultury - nie ma w niej miejsca dla bab!

Dla mnie rap stanowił zawsze jedno z najlepszych narzędzi do opowiadania o rzeczywistości i szalenie pojemny gatunek muzyczny. Wiem co teraz pomyślicie - staną wam przed oczyma obrazy wszystkich tych przymułów machających łapami i wykrzykujących jakieś banały. Nie moja wina, że w mediach najfajniej promować jest ćwierćmózgów. Umówmy się - kiedy ostatni raz widzieliście w programie śniadaniowym sztukę Jerzego Grotowskiego, a kiedy widzieliście Wendzikowską robiącą z siebie pośmiewisko nieznajomością Grotowskiego? Rachunek jest prosty.

Wracając do samego rapu - to taki muzyczny reportaż ze świata wewnętrznego i zewnętrznego. Jest w nim miejsce na awangardę i na klepanie wersów o prostym życiu. Dlaczego w takim razie jest w tym pięknym, eklektycznym świecie jest tak mało rapujących kobiet? Bo scena rapowa jest jak ekscentryczny wieczór kawalerski - trochę poezji, trochę prozy, wielkie uczucia i małe romanse, rozmowy o polityce, gdzie ściera się lewactwo z narodowcami, są proste chłopaki z osiedla i zarobieni biznesmeni, jest wódka, narkotyki, dziwki, hajs - często cudzy, są przechwałki, kto umie lepiej i ta ponura rozmowa z barmanem o trzeciej rano, kiedy ona cię rzuciła dla innego.

Porozmawiajmy jednak o polskich raperkach. Często są paskudnie zmanierowane. Jęczą, mizdrzą się i ciskają tak, jakby nie mogły się zdecydować, czy być mokrym snem każdego nastolatka, czy jednak wyzwoloną, asertywną "szmulą", albo wręcz srogim, huczącym do mikrofonu babochłopem. Gdzieś w to spektrum wpisują się jeszcze dziewczyny, które w pogoni za własnym stylem zaczęły jazgotliwie ujadać, albo zamieniły się w żeńskie klony Magika z rozchwianym głosem. Efekt? Wszystkich takich raperek trudno słuchać dłużej niż przez jeden utwór.

I tu pojawia się kolejna interesująca kwestia - z jakiegoś powodu publika woli posłuchać słabego rapera niż dobrej raperki. To taki sam syndrom, jak ukrywanie się z sympatią do My Little Pony, kiedy twoi koledzy koncentrują się na wyrzynaniu przeciwników w prostej strzelance komputerowej - dopiero jak ważysz 130 kilo, masz mnóstwo tatuaży i wielkiego Harleya nie wstyd ci powiedzieć na głos "Celestia rządzi, a kto twierdzi inaczej, wylatuje z baru!". Co ciekawe - o ile nie było obciachem przyznanie się do sympatii do amerykańskich raperek, to już kibicowanie polskim, siłą rzeczy słabszym - bo mniej doświadczonym, mającym słabszy akompaniament (fuj, mam robić muzykę dla raperki?) artystkom, by mogły poczuć się pewniej i rozwijać skrzydła - to był szczyt obciachu.

W rapowym świecie wiele dziewczyn musiało się dwa razy bardziej napracować nad tekstami i stylem, by osiągnąć choćby minimum szacunku, jakim darzono przeciętnego rapera. Przy okazji musiały znosić nieustanne posądzenia o karierę przez łóżko - czy to nie klasyka gatunku w dowolnym zmaskulinizowanym środowisku? Jednym ze sztandarowych tekstów, jakie męska publika potrafiła rzucać widząc wychodzącą na scenę młodą raperkę było: pokaż cyce!. Przyznacie, że w takiej sytuacji trzeba niekiedy mieć niezły hart ducha i miłość do samej muzyki, by brnąć dalej?

Cóż, kultura hip-hopowa ma swój etos, jednym z jego fundamentów jest ciężka praca, innym - zajawka. W etos hiphopowca wpisana jest też rywalizacja. Ta działała zgubnie na żeńską część sceny. Dziewczyny zamiast się jednoczyć i pokazywać siłę - obrażały się na siebie i gardziły sobą nawzajem - "to JA będę JEDYNĄ raperką w moim mieście". "JA MAM SIĘ DOGADYWAĆ Z INNĄ DZIEWCZYNĄ? GRRRL POWER?! Chyba żartujesz, goń się!". Wiele dziewczyn wolało też słuchać rapującego kolesia, choćby w swoich wersach był paskudnym szowinistą i nawijał tylko o tym, że "każda laska to głupia szmata" i opowiadał o najbardziej nieżyciowych farmazonach, niż mówiącej o sprawach bliskich ich sercu panny.

Tym większy szacunek dla dziewczyn, które w polskim rapie nie tylko znalazły sobie miejsce, zagrzały je, ale też są po prostu dobre. Zamiast silić się na zdzirowatość potrafią być zabawnie ironiczne, zadziorne, kobiece, silne, czasem poważne, niekiedy zdystansowane. To może ja po prostu podam kilka przykładów.

WDOWA

Jedna z najważniejszych i najlepszych polskich raperek. Obecna na scenie od kilkunastu lat; długo też pracowała na swoją pozycję. Wydawała albumy w drugim obiegu, pojawiała się gościnnie na płytach wielu artystów - mam nadzieję, że jak wymienię Pezeta, donGuralesko i Tedego, to nawet ci z was, którzy nie mają bladego pojęcia jak jeść braggadocio załapią, że nie chodzi o byle Zenka z podwórka. Oficjalnie ma na swoim koncie dwie płyty długogrające. Nie upieram się, że obydwie są świetne, nie będę mówić, że słuchanie numerów Wdowy od samego początku sprawiało mi frajdę, ale mam kilka ulubionych numerów jej autorstwa i doceniam Wdowę za talent, upór, kobiecość, za to, że kiedy trzeba potrafi być uszczypliwa, no i miała niezłe jaja, żeby zaprosić do wspólnego numeru Czesława Mozila. A teraz dostać oficjalne błogosławieństwo Kasi Nosowskiej za użycie fragmentu piosenki "Jeśli wiesz co chcę powiedzieć" zespołu Hey w singlu nagranym z DJ Spoxem. Waszej uwadze polecam na przykład utwór "Mamacita" - bo to, jak sama Wdowa nawija - to dla wszystkich dziewczyn:

Dla tych sztuk , które są silne, dla tych sztuk które są inne/ Nie obchodzą ich opinie, więc nie zrobią z siebie Minge / I nie robią się na siksę żeby błyszczeć w towarzystwie (...) To dla super sztuk, które same pchają wózki / To dla moich dziewczyn bo gdzieś mamy kompleksy / I mamy na czym siedzieć i co powiedzieć, wierz mi.


LILU

Może być rozsądna i liryczna, ma poczucie humoru, bywa przewrotna. Czego nie powie, to sobie dośpiewa aksamitnym głosem. Od dawna wydeptuje swój szlak w polskim rapie, na koncie ma dwie oficjalne płyty oraz niezliczoną ilość gościnnych występów. Jest też jedną z tych raperek, które chętnie wspierały wszelkie kobiece inicjatywy. Myślę, że najrozsądniej będzie po prostu zostawić wam tu jakiś teledysk Lilu, złapcie przynętę i podążcie dalej za jej głosem.



RYFA RI

Ta kobieta to wulkan energii. Podziwiam ją za siłę, rozsądek i za profesjonalne podejście. Jest utytułowana breakdancerką - zaczęła tańczyć jeszcze jako siedmiolatka, obecnie oprócz wielu tytułów mistrzowskich może się poszczycić byciem zawodową jurorką i instruktorką. Jako raperka jest jedną z niewielu sensownych reprezentantek nurtu, który kilkanaście lat temu zwykliśmy określać mianem "ciemnej strony rapu" tudzież "rapem ulicznym". Oczywiście dziś takie kategorie nie mają znaczenia, ale Ryfa Ri jest związana z DIIL gangiem, ekipą kojarzoną z Hemp Gru, tak wiem, dużo nazw, to ja po prostu zostawię was z twórczością Ryfy i dodam, że artystka ma póki co w dorobku jedną płytę stanowiącą podsumowanie jej dotychczasowej działalności, a ja liczę na to, że jej aktualne, pełnowymiarowe wydawnictwo przebije wszystko, co do tej pory pokazała, nawet mój ulubiony "Towar". Wy możecie sobie jeszcze obejrzeć jak Ryfa radzi sobie w towarzystwie innych dziewczyn - Dellis i Ziuty.

GUOVA

Kogo jeszcze możecie posłuchać? Na przykład Guovy. Trzy lata temu koresondowałam z nią przygotowując materiał na temat jej debiutanckiej płyty "Śmietnik". Co się zmieniło od tego czasu? Nagrała całkiem pokaźną ilość utworów, wydała pierwszą płytę, a w grudniu ubiegłego roku udostępniła za darmo w internecie mini-album, który ma stanowić przedsmak drugiej płyty. Chociaż to skromne wydawnictwo nosi tytuł "Jestem kotem", to artystka nie miauczy... Na szczęście.

Co innego GONIX - choć potrafi wyprowadzić człowieka z równowagi pomiaukiwaniem, ma  inne zalety. Jej twórczość przywodzi na myśl landrynki posypane chilli. Jest słodko - ostra, trochę pyskata, zgrywa smarkulę, ale niech was nie zmyli jej poza. Gonix ma zdecydowanie więcej niż szesnaście lat, długo działała w rapowym podziemiu, nie mogę nie doceniać faktu, że ma pomysł na swój rap, nie mogę też z czystym sumieniem powiedzieć, że sprawia mi frajdę słuchanie jej nagrań ciągiem. Jednego nie mogę jej odmówić - nagrała taki singiel, że choć ukazał się w 2012 roku do dzisiaj mnie potrafi męczyć, wracają w pamięci konkretne wersy i obrazy z teledysku, No nic, trudna sprawa i "Trudne słowa".

Więcej o: