Wszyscy robimy głupie rzeczy w internecie

Twój mąż w statusach na Facebooku cytuje kibolskie piosenki, przyjaciółka zwierza się, że "50 twarzy Greya" to jej ukochana powieść, a mama wrzuca zdjęcia taty przed telewizorem? Nie przestawajmy kochać naszych najbliższych, nawet jeśli w sieci są obciachowi, bo przecież sami dostajemy w internecie małpiego rozumu.

Wczoraj kliknęłam na Facebooku, że lubię program „Keeping Up With The Kardashians”. Trochę dla beki, a trochę dlatego, że naprawdę lubię być na bieżaco z Kim i jej siostrami o imionach także na literkę K. Zaraz później wpadłam w panikę. Że zobaczy to mój mąż, moja najlepsza przyjaciółka, moja szefowa. No bo to trochę wstyd lajkować szmirę, w której jedna nadmuchana do granic możliwości laska mówi drugiej, że jest zdzirą. Ale chyba nie ma już powrotu z krainy kiczu. Mój profil wskazuje, że lubię także Martę Żmudę Trzebiatowską, Dawida Wolińskiego i Dodę.

Podobnie jak większość moich znajomych mam problem z oddzieleniem blogowego, fejsbukowego, internetowego awatara ode mnie takiej, jaką w prawdziwym życiu staram się być. Moją obroną jest unik. Nie wrzucam na Facebooka zdjęć, nie zmieniam statusów, nie pokazuję, z kim sypiam, a kogo już nie lubię. Czasem zalajkuję jakąś przeklętą stronę albo czyjś status w nadziei, że nikt nie zauważy. Nie dlatego, że nie chcę, żeby ktoś o mnie wiedział za dużo. Zwierzam się moim przyjaciołom bez przerwy. Ale internet jest podstępny. Nawet jeśli jego użytkownicy deklarują, że rozumieją, że fotki w bikini, pijackie kłótnie i głupie gierki, to tylko część pieczołowicie rozpisanej strategii podboju świata, z upodobaniem wyśmiewają się z pretensjonalnych znajomych i nabożnie śledzą wspomnianą już Kim, bo przecież ona pokazuje na Instagramie swoje „prawdziwe” życie.

Tak ładnie biurka wyglądają tylko na zdjęciach w internecie (Fot. Jeff Sheldon/unsplash.com, CC0)Tak ładnie biurka wyglądają tylko na zdjęciach w internecie (Fot. Jeff Sheldon/unsplash.com, CC0)

Każdy z nas ma w znajomych byłego, którego się wstydzi, bo głosuje na Korwina, linkuje do demotywatorów i lajkuje prawicowe portale. Albo parę przyjaciół, których uwielbiamy, ale wiemy, że trochę już przeginają z tymi selfikami w górach, na plaży i w łóżku. Albo, nie daj boże, rodziców, którzy przesyłają nam pozdrowienia na tablicy. Ale najgorzej, gdy internetowym zdrajcą okazuje się być nasz aktualny ukochany, który przytulając nas mocno, wrzuca nieautoryzowane zdjęcia, dowcipy o blondynkach albo wyniki z Endomondo. Może powinno być tak, jak ze wspólnym kontem i wspólnym kredytem - umawiamy się wcześniej, jak razem i osobno funkcjonujemy na Facebooku. Czy wrzucamy zdjęcia z wakacji, czy piszemy do siebie na wallu, że się kochamy, czy zamiast rozmawiać na żywo, spijamy sobie z dzióbków w komentarzach. Na liście „nigdy przenigdy” powinny znaleźć się przezabawne zdjęcia, w których między palcami trzymacie Wieżę Eiffla. Komentarze liczące więcej niż dziesięć linijek tekstu. Statusy składające się z samych emotikonów, emojików i znaków interpunkcyjnych. Selfiki, wyznania miłosne, ogłoszenia parafialne, nieuzgodnione wcześniej i burzące wasz z trudem tworzony wizerunek.

Uff. To wszystko jest mocno męczące. Nie dość, że w pracy, wśród znajomych i w domu musimy dbać o to, żeby zachować twarz, to jeszcze pozostaje przestrzeń internetu, w której jesteśmy bezbronni wobec samych siebie. Trudno opanować nasze niecne alter ego, które każe nam lubić Kardashian, Korwina i Krupę. Bądźmy więc dla siebie dobrzy. Pomyłki, śmiesznostki i wpadki popełnione w sieci traktujmy z przymrużeniem oka, bo nikt nie jest taki, jakim objawia się w internecie. Taki dowcipny, taki piękny, taki zadowolony ze swoich sukcesów. Ale na szczęście zazwyczaj także równie bufoniasty, pretensjonalny i zblazowany. Cóż, internet pokazuje nas w krzywym zwierciadle, nawet jeśli wydaje nam się, że mamy nad nim kontrolę. Wyolbrzymia, wynaturza, wyśmiewa. Dlatego średnio wierzę tym wszystkim social media ninjas, którzy wmawiają nam, że wykreowana przez nas w sieci persona może załatwić nam kochanka marzeń, podwyżkę, sławę i chwałę. Niestety, najczęściej zamiast służyć nam wiernie, wyrywa się na wolność i zaczyna żyć własnym życiem. Jak dzieło doktora Frankensteina - wizerunek polepiony z pozornie doskonałych elementów jest tylko pokręconym kolażem, a nigdy pełnym obrazem nas samych.

Moja przyjaciółka, gdy była w ciąży, wypisała się z Facebooka. Miała dosyć oglądania kadrów skrzydeł samolotu nad Teneryfą, linków do artykułów o awansach, nagrodach i sukcesach znajomych, a nawet tagowania się w nowych klubach. Gdy ona czuła, że poza domem i rodziną nie ma życia, nie chciała, żeby Facebook kusił ją cudzym i z butami wchodził w jej. Wolała spotkać się na kawę. I posłuchać o życiu, bez pompy i ściemy, a nie oglądać życie przepuszczone przez instagramowe Amaro, choć podpisane kłamliwie #nofilter.

Więcej o: