Dojrzałe kobiety, czyli trzydziestolatki? Ja wciąż jestem dziewczyną...

Mam wrażenie (oraz nadzieję), że już nią zostanę. Nie sądzę, by nagle któregoś dnia zaszła we mnie jakaś wielka zmiana, która spowoduje, że zacznę o sobie myśleć per "dojrzała kobieta". Kiedyś się pomarszczę, wiadomo. Ale wciąż będę się czuła dziewczyną. Mogę?

Focha na ciuchy nieodpowiednie dla dojrzałych kobiet - czyli tych po trzydziestce - już strzeliłyśmy. Głównie na te ciuchowe disy z czapy, ale trzydziestoletniej dojrzałości też się dostało, no bo co to ma być?!

Strasznie mnie wkurza, gdy słyszę „jestem już na to za stara”. (Przyznaję, mówię to sama, gdy zapomnę, że kace po trzydziestce są inne, niż te przed...). Nie chcę jednak nigdy nawet pomyśleć w ten sposób o jakiejkolwiek aktywności. Oczywiście - jestem już za stara na to, by zostać - no nie wiem: baletnicą? Ale za tym stoją racjonalne przesłanki. Nie chcę nigdy ograniczyć siebie czy kogokolwiek takim frazesem.

Gdy miałam lat naście (i czułam się już bardzo dorosła, wiadomo), wydawało mi się, że trzydziestka to coś jak pierwsza prosta do schyłku życia. Będę pewnie już miała wówczas męża i dzieci, moja codzienność będzie nudna i skoncentrowana na pracy i „ognisku domowym”. Wszystko będzie się kręcić wokół rodziny, pracy i kuchni. Moim priorytetem będzie wycieranie gluta dzieciom, dbanie, by lodówka zapewniała się niemal samoistnie, a koszule mego męża zawsze miały elegancko wyprasowane przynajmniej przody i mankiety - elementy, które widać spod marynarki. Będę dążyć do perfekcji, by być wspaniałą panią domu, to oczywiste.

Będę się ubierać w poważne ubrania dla dorosłych pań - oczywiście eleganckie i ładne - żadne tam kolorki, falbanki, cekinki. Będę śmigać na obcasach. Będę wiedziała dokładnie jaka jestem, w małym palcu będę miała odpowiedzi na wszystkie ważne, życiowe pytania. Nie będę cierpieć na momenty zwątpienia, wszystko będzie oczywiste, ułożone, logicznie spójne. Będę mądrze gospodarować pieniędzmi. Na pewno nie będę się upijać z dziewczynami (przepraszam, z moimi „dojrzałymi” koleżankami) w środku tygodnia, a na przyjęciach - bo nie będę przecież chadzać już wówczas na domówki, to będą PRZYJĘCIA - będę rozmawiać o mądrych rzeczach.

Ogólnie rzecz biorąc - będę straszną nudziarą. Takimi wydawały mi się tak z fasady te poważne trzydziestolatki, które poznawałam - swoją drogą z rzadka, bo w rodzinie byli albo moi rówieśnicy, albo ci z pokolenia rodziców czy dziadków, a nie miałam starszego rodzeństwa, które by mnie wprowadzało w ten „świat starszych”. To taka straszna wizja przyszłości szesnastolatki, dla której dorosłe życie wiązało się bardziej z ograniczeniami niż wolnością.

Jak się ma naście lat i patrzy się na osoby starsze o co najmniej 10 - takie, co już pracują, wchodzą w związki małżeńskie, rodzą dzieci, to naprawdę wydaje się, że dzieli nas przepaść. Co ciekawe - z drugiego brzegu przepaści, tego na którym stoję dziś - dwudziestolatkowie jawią mi się jako przybysze z innej planety. Gdy rozmawiam z pokoleniem mojego osiem lat młodszego brata i z jego nieraz jeszcze młodszymi kolegami, mam wrażenie, że zostaliśmy tak zupełnie inaczej wychowani i ukształtowani, że nie jest łatwo znaleźć wspólne płaszczyzny do dyskusji.

Dziewczyńskie raszple to my!Dziewczyńskie raszple to my!

Kasia pisała ostatnio o rodzicach - o tym, że oni też byli/są młodzi. Mają swoje zwątpienia, zawahania, problemy. Nie mają na wszystko patentu. Gdy ja, dorastając, zdałam sobie sprawę, tak naocznie, z tego, że rodzice to poza tym, że są rodzicami, to są też ludźmi, takimi jak ja, napędzanymi podobnymi mechanizmami: lękiem, radością, nadzieją, ciekawością - było to dla mnie wielkie odkrycie. Bo sama się nad tym zastanawiam od pewnego czasu - czy ja już jestem tak serio serio dorosła?

Metrykalnie przecież już od dawna. Studia pokończone, życie ułożone. Dzieci jeszcze nie ma, ale ich wizja nie przeraża odpowiedzialnością już tak bardzo, jak jeszcze kilka lat temu. Samodzielność, odpowiedzialność za siebie i własne decyzje - to już od trwa tyle lat, że nie pamiętam za bardzo, jak było wcześniej. Ale przecież nie czuję się DOJRZAŁĄ KOBIETĄ, zupełnie tak o sobie nie myślę! Wciąż jeszcze się trochę zmieniam, docieram sama ze sobą, zastanawiam. Nie myślę o sobie i o moich przyjaciółkach, koleżankach, znajomych inaczej niż „dziewczyny”.

W ostatnich Wysokich Obcasach w rozmowie Sylwii Chutnik z Karoliną Sulej o książce Leny Dunham „Nie taka dziewczyna” padają takie słowa tej pierwszej:

Ciekawa jest ta idea "dziewczyńskości". Budowana nieco w kontrze do "kobiecości" rozumianej jako upupianie w stereotypach i opresja. Odzyskuje się kategorię dziewczyny, aby na nowo móc nadać jej znaczenie adekwatne do swoich zapatrywań względem miejsca i pozycji w kulturze i społeczeństwie. Nie jest to jednak "dziewczęcość" rozumiana jako młodość i niewinność. To coś znacznie bardziej wykraczającego poza wiek i metrykę. Spotkałam kiedyś starsze panie nawołujące się: "Ej, dziewczyny, jedzie nasz autobus!". To jest dziewczyńskość!

Ta kontra do kobiecości wydaje mi się tu szczególnie istotna. Bo chyba rzeczywiście co innego przystoi dziewczynie, a co innego kobiecie. Ja się w każdym razie czuję dziewczyną. A jak jadę sobie na babski wypad z mamą, to obie jesteśmy dziewczynami, choć moja mama używa kosmetyków do cery dojrzałej.

Wedle tych kryteriów - na szczęście - dziś „dojrzałe kobiety” żyją po dziewczyńsku, z fantazją, energią. Ich miejsce w kulturze i społeczeństwie jest rzeczywiście zupełnie inne, niż takie „zwyczajowo”, stereotypowo jeszcze w poprzednim pokoleniu rozumiane: skoro masz już więcej niż 50 lat, to się nadajesz do pilnowania wnuków i pieczenia ciast w zgrzebnym fartuchu, a te „dojrzałe”, co odnoszą sukcesy, to wyjątki potwierdzające regułę.

Jak mawia Rednacz: girl power! (Bo przecież nie: women power, co nie?).

Więcej o: