Faceci chcą mieć dzieci, dziewczyny niekoniecznie

W Stanach aż 80 procent mężczyzn chce mieć dzieci. O dziesięć procent więcej niż kobiet, które coraz częściej deklarują, że do szczęścia nie potrzebują macierzyństwa. Czy nasi chłopcy, narzeczeni i mężowie mogą nam dyktować kiedy, ile i jak mamy rodzić?

Ostatnio słyszałam historię młodej, cierpliwej, zakochanej w swym rocznym synku mamy. Szczęśliwej, dodajmy. Jej mąż dużo pracuje. Niektórzy powiedzieliby, że za dużo, ale jest dorosły, ma prawo wracać do domu po dobranocce. On też kocha swojego synka. I chce mieć drugie dziecko, najlepiej jak najszybciej. Ona myśli o powrocie do pracy.

Synek mojej drugiej przyjaciółki niedługo skończy dwa latka, a ona dopiero co wróciła do pracy. „Chcę mieć córkę. Nie ma na co czekać” - mówi jej mąż, który osiąga sukcesy zawodowe, świetnie zarabia i... zgadliście: prawie nie ma go w domu.

„Będziemy mieć co najmniej trójkę” - mówi kumpel, którego pierwszy synek uczy się mówić. Jego żona po urlopie macierzyńskim dostała awans, świetnie radzi sobie w pracy, ma apetyt na więcej. Więcej wyzwań zawodowych, a niekoniecznie więcej dzieci. A w każdym razie nie teraz, gdy niedawno przestała karmić, a synek nadal jest tak absorbujący, że od jego narodzin nie była w kinie.

"Bo miłość to patrzeć razem w tym samym kierunku..." (Rys. Magda Danaj)

Wszystkie znane mi młode mamy mają po trzydzieści lat, oddanych partnerów oraz mądre, piękne i zdrowe dzieci. Nie narzekają na brudne pieluchy, przerwane kariery, zarwane noce. Ale cieszą się, gdy mogą zrobić coś dla siebie - niezależnie od tego, czy to kawa z przyjaciółką, manikiur czy negocjacje na szczycie w ambitnych, dobrze płatnych, potrzebnych pracach. Co je jeszcze łączy? To, że nie chcą znowu mieć brzucha, rodzić i wychowywać. W przyszłości może marzy im się drugie, a nawet trzecie i czwarte dziecko. Bo dlaczego nie? Przecież mężowie zarabiają bardzo dobrze, one same też potrafią się utrzymać, rodziny chętnie im pomagają, a mały Krzyś, Staś czy Michaś na pewno pragnie braciszka lub siostrzyczki.

Dlaczego więc nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy słyszę, że to mężczyźni, kochający nieobecni, chcą decydować o tym, że już czas na rodzinę 2+2?

Nie ma sensu znów rozpętywać dyskusji o tych złych kobietach, które nie chcą dzieci, bo wybierają karierę. Sama dzieci nie mam. Jeszcze. Ale wiem, że gdy w bólach (mnie wszystko boli, więc na pewno łatwo nie pójdzie) urodzę, pokocham i odchowam, nie będę chciała natychmiast przenosić miłości, uwagi i wysiłku na dziecko numer dwa.

Mężczyźni myślą, że jeśli jest miłość, są pieniądze i lubicie dzieci (optymistyczna wersja wydarzeń), najlepiej pójść za ciosem. Zapominają o tym, że gdy oni przekręcają klucz w zamku i wychodzą do swoich bardzo ważnych prac, my zostajemy z naszymi najmilszymi, najsłodszymi, najukochańszymi dziećmi. I to jest wspaniałe doświadczenie. Żadna znana mi dziewczyna nie zamieniłaby go na żadne inne. Ale żadna też nie buntuje się specjalnie przed powrotem do pracy po roku siedzenia w domu. Nie dlatego, że są karierowiczkami, pracoholiczkami, złymi matkami, tylko zwyczajnie - chcą odnaleźć się znów w innej roli.

Ciesząc się więc z tego, że współcześni tatusiowie naprawdę dzielą się z nami obowiązkami i kochają swoje dzieci do szaleństwa, dajmy im pod rozwagę, że mamy, albo przynajmniej miewamy - gorzej. I na nic zdają się tłumaczenia, że gdyby mogli to przecież też by nosili, rodzili i karmili. Biologii nie przeskoczymy, więc postarajmy się przekroczyć gender i decyzję o dziecku pierwszym, drugim, trzecim, itd. podejmujmy wspólnie. Bo gdy facet mówi: „ja chcę”, to sam zachowuje się jak dziecko.

Więcej o: