Religia w szkole - nauka wywyższania się, obłudy i czas, by grać na smartfonach

Głupio wyszło z tą religią w szkołach. Mam poczucie, że nie tyle wylano dziecko z kąpielą, co wyniesiono je z wanną na cokół, który wcześniej zajmował złoty cielec. Metafora może zawiła i bez sensu, ale czy sens ma ureligijnianie dzieci w taki sposób, w jaki jest to robione obecnie? Nie mam przekonania.

Właściwie religia w szkołach zgrzyta już na wstępie. Wielu rodziców zapisuje dzieci na zajęcia z religii nie z przekonania, że wiara katolicka (bo przecież lekcje religii = lekcje religii katolickiej) jest istotnym fundamentem ich systemu etycznego, a dlatego, że wypada. "Co powie babcia? Będzie ciężko wziąć ślub kościelny. Taka tradycja". Tradycje są ważne, to nasz fundament, baza, gniazdo, z którego śmiało i pewnie wyfruwamy, by tworzyć coś nowego. Bez tradycji też można, ale z tradycją jest dobrze. Ja na przykład lubię tradycję. Mam też spory szacunek dla wielu przedstawicieli Kościoła Katolickiego. Tych, których znam osobiście. Kilku moich kolegów dziś nosi koloratki, o żadnym nie dam złego słowa powiedzieć. Kilku moich niegdysiejszych wykładowców to księża i nawet ksiądz Mazanka, nasze utrapienie, profesor, który robił nam testy wyboru z filozofii Immanuela Kanta, (co doprowadzało nas do słusznego gniewu, bo gdzie miejsce na dyskusję?!) - otóż nawet on ma u mnie szacun, jak mawiają blokersi. Natomiast z tą religią w szkołach jest coś nie tak.

Grupa dzieci, które nie zawsze mają w domu okazję obserwować rodziców postępujących zgodnie z dziesięciorgiem przykazań, dzieci, które niespecjalnie potrafią się zachować w kościele, bo bywają tam rzadko i najczęściej pod przymusem zdobywania jakichś pieczątek, odznak, czy wpisów w celu uzyskania tego, czy owego sakramentu, na lekcjach religii często przekonuje się, że świat to ostoja obłudy. Ta sama gromadka utwierdza się też w przekonaniu, że stanowiąc większość, jest po prostu lepsza.

Nabożeństwo pierwszokomunijne, fot. Adam Golec/ AGNabożeństwo pierwszokomunijne, fot. Adam Golec/ AG

Często słyszę, że ludzie religijni mają z góry określony system wartości, a gwarantem stosowania go jest Bóg Ojciec, surowy acz troskliwy Pan. A kto poręczy za moralność ateistów? Nie wiem, sami za siebie ręczą zapewne. Ja na przykład staram się być po prostu dobrym człowiekiem niezależnie od okoliczności. Czynienie dobra i niesienie pomocy innym jest jakoś tak zwyczajnie przyjemniejsze od czynienia zła. Natomiast mali moralni uczniowie uczęszczający na lekcje religii niespecjalnie odczuwają bojaźń i drżenie na myśl o Bogu. Wolą gardzić niechodzącymi na lekcje religii kolegami. Kto im zabroni? Bóg? Bóg im nawet nie zabronił urwać się w połowie rekolekcji, pod nosem bezsilnego opiekuna... Mój syn był „żalowy”, bo nie szedł do komunii, a komunia w definicji młodych ludzi uczęszczających na religię to w wielu przypadkach nie ten akt wyjątkowego spotkania z Bogiem, tylko kilkadziesiąt dodatkowych godzin w kościele (można pograć na komórce, tylko trzeba pamiętać, by wyłączyć dźwięk), kilka durnych formułek do wyklepania (mama pomoże, będzie podpowiadała, jak trzeba), rodzinny zjazd i prezenty.

Są jeszcze rekolekcje. Temat aktualny, bo właśnie przeżyliśmy trzy dość absurdalne dni. Nie pierwszy i nie ostatni raz, ale w tym roku jakoś tak wyszło, że mój wewnętrzny ogródek ZEN został wystawiony na mały sztorm. Plan zajęć w świeckiej szkole w tygodniu rekolekcji wyglądał następująco: 8:30 początek lekcji (zgodnie z planem zajęć, sprawdzana lista obecności), 8:50 wyjście do kościoła, 10:50 powrót z kościoła, zajęcia świetlicowe. Wiem dobrze, że trzy dni bez nauki tylko ucieszą większość dzieci, nie jestem aż tak szalona, by w to nie uwierzyć. Cieszą niemal tak mocno jak kolejne wolne dni: Wielki Czwartek, Wielki Piątek, potem Wielka Sobota i Niedziela Wielkanocna, po niej lany poniedziałek i wolny wtorek, ani wielki, ani świąteczny. Po prostu wolny. Więcej czasu na granie na konsoli i inne rozrywki.

Nauka religii w szkole, pełne zaangażowanie uczniów. fot. AGNauka religii w szkole, pełne zaangażowanie uczniów. fot. AG

Wiecie co mi nie odpowiada? To dość bezceremonialne wejście z butami w świat normalnych zajęć szkolnych. Niech będą rekolekcje, niech będą lekcje religii, ale PO LEKCJACH W SZKOLE. Tak, jestem okrutna, odbieram dzieciom dzieciństwo i radość z wolnych dni. Wolnych, bo jak się okazuje poranne spotkanie jest formalnością, w kościele i tak większość nie umie się zachować, a potem się urywają, albo po prostu wracają do domów zgodnie z wolą rodziców. Szczerze wątpię, by któregokolwiek z uczestników masowych rekolekcji w kościele aktualnie to jakkolwiek ubogacało duchowo.

Ale może właśnie przez to nieustanne wątpienie i nadmiar racjonalnego myślenia nie należę do wspólnoty zwanej Kościołem Katolickim. Może się czepiam, ale jako reprezentant mniejszości nieustannie oskarżanej o bycie represjonującą katolików większością (tak, tak, uwielbiam tę komentatorską retorykę) czuję, że to wszystko, co się wyrabia wokół religii w szkole, po pierwsze wzmacnia podziały między uczniami, po drugie buduje fałszywy obraz tego, czym jest religia, po trzecie już na wstępie pokazuje dzieciom, że są w ci, których jest więcej i oni mają zajęcia z religii w czasie zajęć lekcyjnych; oraz ci, których jest garstka, jakaś zbieranina dzieci w różnym wieku, które muszą na etykę przychodzić raz w tygodniu popołudniu. Czyli są równi i równiejsi...

Zaraz, czy ja właśnie nie dokopałam się do prawdziwego skarbu, złotego Graala polskiej edukacji? Czy właśnie nie okazało się, że dzięki tym wszystkim zajęciom z religii, komuniom tak mocno wpisanym w harmonogram nauczania szkolnego, dzięki rekolekcjom i innym takim atrakcjom religijnym dzieci uczą się czegoś praktycznego i prawdziwego o dorosłym życiu? Na przykład tego czym jest hipokryzja w praktyce, czym jest sprawiedliwość i jej brak, czym jest podwójna moralność i właściwie - czym jest demokracja, bo czymże jest demokracja, jeśli nie rządami większości? Jako skromna mniejszość pozbawiona pieniackiego zacięcia nie mam wielkich żądań, ani radykalnych postulatów, chciałabym tylko, aby zajęcia z religii nie były takim ekspansywnym buldożerem rozjeżdżającym naszą szkolną egzystencję.

Na szczęście nie tylko ja przy okazji rekolekcyjnych perypetii z religią zauważam pewien kłopot związany z obecnością lekcji religii w szkole.

Rekolekcje dla młodzieży to w ogóle trudny temat. Odbywają się niestety w zupełnie innych okolicznościach niż kiedyś. Gdy lekcje religii odbywały się przy kościele, to była inna bajka. Teraz, kiedy katecheta przyprowadza do kościoła całą klasę lub szkołę, są duże problemy, żeby do nich mówić.

Tak w rozmowie z Katarzyną Wiśniewską powiedział ojciec Norbert Oczkowski, dominikanin, duszpasterz młodzieży we Wrocławiu. Zmuszanie dzieci i młodzieży do uczestnictwa w takich spotkaniach nie ma sensu - tak też powiedział. Odsyłam do całego wywiadu, warto. Warto też przemyśleć raz jeszcze całą koncepcję nauczania religii. Wygląda na to, że nie służy to ani młodym wiernym, ani młodym nienależącym do wspólnoty Kościoła Katolickiego. Nikt nie stanie się lepszym katolikiem, albo katolikiem w ogóle w takiej atmosferze.

Więcej o: