Strefa bezpieczeństwa, czyli co robić jak dopadają nas smutki

Są dni, gdy czujemy się gorzej. Stronimy od rodziny i przyjaciół, uciekamy w samotność, mamy ochotę zwinąć się w kulkę i zniknąć. W tych gorszych dniach sięgamy po metody, które mają nas z powrotem postawić na nogi.

Potrzeba samotności i wyciszenia są tymi, na które czasami trudno znaleźć nam czas w ciągu dnia. Praca, rodzina, pośpiech, wiele spraw na głowie i człowiek nie ma czasu na pobycie samemu ze sobą. Niektórzy nie odczuwają w ogóle takiej potrzeby, lubią być wśród ludzi, lubią jak non stop coś się dzieje. Osobiście należę do tej pierwszej grupy, a także jestem wyznawczynią strefy bezpieczeństwa.

Mówiąc o strefie bezpieczeństwa, mam na myśli miejsca i sytuacje w których uspokajam się, mogę się wyciszyć, albo po prostu nie myśleć i nie analizować pewnych rzeczy. Do strefy bezpieczeństwa udaję się, kiedy dopadają mnie smutki i wątpliwości. Wyćwiczyłam w sobie mechanizm samoukojenia i w jakiś sposób się on sprawdza. Nie pamiętam dokładnie, kiedy zdałam sobie sprawę, że to daje pozytywny rezultat. Byłam chyba wtedy jeszcze dzieckiem.

Mój sposób na strefę bezpieczeństwa, to ułożenie się w pozycji embrionalnej i wyobrażanie sobie, że jestem kulą. Tak, wiem, że brzmi to dziwnie, ale na mnie to po prostu działa. Wystarczy, że pobędę kulą z pół godziny i wszystko wydaje mi się jakieś mniej skomplikowane i nie takie złe jak wcześniej myślałam. Oczywiście, bycie kulą jest możliwe tylko w domu, w łóżku, które samo w sobie jest przedsionkiem bezpieczeństwa. Umówmy się, łóżko jest wspaniałe. W łóżku się kochamy, śpimy i leniuchujemy. Jak jesteśmy chorzy, jedyne o czym marzymy, to nasze łóżko, kołdra i poducha. No i może rosół, najlepiej ten domowy, co go robiła babcia albo mama.

Jak już jestem przy rosole, to chyba warto wspomnieć o jedzeniu, które nas uspokaja i daje poczucie bezpieczeństwa. Niektórzy sięgają po czekoladę, która podobno nie osądza, a rozumie. Bezpieczeństwo przywołują smaki dzieciństwa, które zawsze będą dobrze się nam kojarzyły.

 

Fot. 123rf.comCzekolada kocha... Fot. 123rf.com

 

Są też osoby, które za strefę bezpieczeństwa uważają uprawianie sportu. Dla nich ćwiczenia są tym co sprawia, że się wyciszają i uspokajają, a złe myśli idą sobie precz. Pobudzenie organizmu do wysiłku wyzwala hormony szczęścia, więc to całkiem dobra metoda na samopomoc.

Osobiście, nie łączę strefy bezpieczeństwa z relaksem. To są dla mnie dwie odrębne sprawy. Relaks mam wtedy, gdy jestem w dobrym nastroju i chcę wyciągać z tego ile się tylko da. Cieszą mnie wtedy małe przyjemności: książka, przyroda, rozmowy z przyjaciółmi, serial, film. Zauważyłam, że z wiekiem przestaje mnie relaksować słuchanie muzyki. Uciekam w ciszę, albo odgłosy otoczenia, a muzyka wręcz mi przeszkadza. Wolę nie sprawdzać w doktorze Google co to może znaczyć, bo jeszcze się okaże, że to początki tetryczenia i wtedy już tylko pozostanie mi przywdzianie łososiowej garsonki i zrobienie trwałej ondulacji.

Zdaję sobie sprawę, że ucieczka w bycie kulą, czy w jedzenie pysznego rosołu nie rozwiąże tak naprawdę problemu z którym się zmagam. Tyle tylko, że czasami wcale nie o to chodzi, żeby problem rozwiązać, ale żeby wrzucić na luz. Jak się człowiek wewnętrznie uspokoi, to może spojrzeć na niemiłą sytuację z innej strony. Może nie ma wcale takiego dramatu jak sądziliśmy, a życie ma nam jeszcze coś fajnego do zaoferowania.

Więcej o: