Kołomyja: z wizytą w stolicy pisanek i mieście pięknych cerkwi

Ludowe i prezydenckie, indyjskie, australijskie i kenijskie, malowane, drapane, wytrawiane i owijane. W zbiorach kołomyjskiego muzeum pisanki można znaleźć najróżniejsze zdobione jajka, warto tu jednak przyjechać także dla innych atrakcji.

W słowniku synonimów rzeczownik kołomyja ma kilkadziesiąt równoznaczników, między innymi gwar, rejwach, zamieszanie, młyn, kołowrót, bałagan, nieład. Żadne z nich nie oddaje obecnej atmosfery miasta Kołomyja.

Opisankowanie

Kołomyja była niegdyś jednym z ważnych ośrodków historycznej krainy Pokucie. Dziś uważana jest za bramę Karpat i Huculszczyzny. Tędy przejeżdżają - tak szybko, jak tylko pozwalają na to ukraińskie drogi - ci, którzy chcą doświadczyć magii okolic Czarnohory i uroku Bukovelu. Jeśli już ktoś się tu zatrzymuje na dłużej, to głównie po to, by odwiedzić jedyne na świecie, jak dumnie podkreślają mieszkańcy, Muzeum Pisanki.

Muzeum Pisanki w Kołomyi - trudno je przeoczyć; fot. Dominika WęcławekMuzeum Pisanki w Kołomyi - trudno je przeoczyć; fot. Dominika Węcławek

Spacerując uliczkami centrum nie sposób przeoczyć tego budynku. Oparta o geometryczne kształty, skromna, funkcjonalistyczna biała bryła ukrywa się za gigantyczną pisanką, w której odbywają się spotkania i warsztaty. Taka konstrukcja nie pozostawia nikogo obojętnym. O ile jednak zewnętrze może niektórych estetów przyprawiać o drgawki, o tyle wnętrze zachwyca każdego.

Kołomyjska kolekcja pisanek; fot. Dominika WęcławekKołomyjska kolekcja pisanek; fot. Dominika Węcławek

Kolekcja pisanek, kraszanek, wydrapywanek, wytrawianek i innych zdobionych jajek kurzych, przepiórczych czy strusich zadziwia różnorodnością. Z pozoru dość monotematyczna wystawa po wnikliwej obserwacji kolejnych wystawionych egzemplarzy ujawnia całe swe piękno. Właścicielom udało się tu zebrać malowane jajka z najróżniejszych zakątków globu. Duże wrażenie zrobiły na mnie pisanki indyjskie - ze względu na umieszczenie na skorupkach obrazków z postaciami rodem z hinduskich przypowieści.

Indyjskie cuda z kolekcji muzeum; fot. Dominika WęcławekIndyjskie cuda z kolekcji muzeum; fot. Dominika Węcławek

Najsilniej w pamięci zapisały się jednak jajka wytrawiane. Ci, którzy posługiwali się kwasem po to, by zamienić zwykłą wapienną otoczkę jajka w misterny, przypominający koronkę pejzaż miasta z cerkwiami, drzewami i kamienicami, muszą być cholernie cierpliwymi ludźmi. Mnie ręka drży już przy prostym „pisaniu” najprostszych tradycyjnych bojkowsko-huculksich wzorów geometrycznych. Zamiast chwalić się swoimi wprawkami przedstawiłam wam więc niedawno poradnik „krok po kroku” z kołomyjską mistrzynią pisankopisania w roli głównej. Tu zaś zostawiam zdjęcie filigranowych, misternie zdobionych wydmuszek.

koronkowe wytrawianki z kolekcji muzeum; fot. Dominika Węcławekkoronkowe wytrawianki z kolekcji muzeum; fot. Dominika Węcławek

W muzeum pisanki znajdziecie nie tylko obszerne zbiory jajek, także z autografami oficjeli, ale też rekonstrukcję wnętrza tradycyjnej huculskiej chaty. By zyskać pełniejszy obraz tego, czym charakteryzuje się kultura Hucułów i jak mocno na ich tle wyróżnia się wzornictwo ludowe żyjących po sąsiedzku Bojków polecam wizytę w Muzeum Pokucia i Huculszczyzny.

Witraż inspirowany motywami ludowymi w Muzeum Pokucia i Huculszczyzny; fot. Dominika WęcławekWitraż inspirowany motywami ludowymi w Muzeum Pokucia i Huculszczyzny; fot. Dominika Węcławek

Już sama siedziba robi wrażenie - to zabytkowa kamienica z końca XIX wieku. Pierwotnie mieścił się tu Ukraiński Dom Ludowy, na ścianach nie brak więc inspirowanych lokalnym folklorem ozdób i kafli czerpiących z symboli wiejskich terenów Pokucia.

Ozdobne kafle; fot. Dominika WęcławekOzdobne kafle; fot. Dominika Węcławek

W salach ukryte są skarby - drewniane krokwie ocalone ze zrujnowanych chat, na których znaleźć można obok siebie rzeźbione symbole pogańskie i katolickie, barwione na zielono talerze, które mieszkańcom okolicznych przysiółków służyły za obrazy, ale i książki. Wreszcie obrazki na talerzach, które niekiedy układały się w dłuższe historie.

Rekonstrukcja chaty z Pokucia; fot. Dominika WęcławekRekonstrukcja chaty z Pokucia; fot. Dominika Węcławek

W muzeum zebrano także przepiękne haftowane koszule. Warto przyjrzeć się precyzyjnym geometrycznym wzorom na rękawach i na froncie - przed laty stanowiły rodzaj dowodu osobistego określając przynależność nie tylko do konkretnej wsi, ale i do rodziny.

Hafty i korale; fot. Dominika WęcławekHafty i korale; fot. Dominika Węcławek

Dziś - inaczej niż u nas - noszenie haftowanych ręcznie koszul nie należy u naszych sąsiadów do rzadkości, nie jest też kwestią jakiejś mody na etno. Wiele osób po prostu wciąż się nosi w taki sposób, jak przyznało mi kilkoro ukraińskich kolegów i koleżanek, a w miastach jest to postrzegane jako przejaw patriotyzmu.

Sama historia Kołomyi jest o tyle ciekawa, że miasto, choć dziś przede wszystkim podkreśla swą ukraińskość, przez setki lat było ważnym ośrodkiem zarówno dla Polaków, mniejszości żydowskiej, elity austrowęgierskiej, jak i Rumunów. W miejskim muzeum są więc bogate judaica, są barwne wycinki z prasy polskiej, kolekcja płyt gramofonowych w tym sporo winyli z polskiej Syreny. I tylko do piwnicy strach schodzić... Dobrze, dość już tych muzeów, bo jestem skłonna uwierzyć, że zasnęliście w połowie wyliczanki.

Huculskie dziewczyny przed muzeum miejskim; fot. Dominika WęcławekHuculskie dziewczyny przed muzeum miejskim; fot. Dominika Węcławek

Nie ma czasu na ekspres

Samo miasto zadziwia spokojem, choć trudno usłyszeć tu osławiony w przyśpiewce szum Prutu przepływającego przez miejscowość. Rzeka ma się nieźle, ale dziś głośniej dudnią opony samochodów toczących się brukowanymi ulicami. Jeszcze sto lat temu największy rumor robiły wagony kolejki. Na starych fotografiach widać, jak przez centralny plac miasta toczą się (ponoć piekielnie niespieszne) pociągi. Jedna z anegdot z tamtych czasów mówi o tym, jak maszynista wychylił się z lokomotywy widząc obładowaną tobołami starszą kobietę i zawołał „Babciu! Może babcię podwieźć?”, na co umęczona kobiecina odparła „Dziękuję synku, ale nie mam dzisiaj czasu, spieszę się”. Tak właśnie działał słynny „ekspres” Kołomyja - Peczeniżyn. Jeszcze Stanisław Sławomir Nicieja w swej „Kresowej Atlantydzie” pisał, że kolejka wożąca robotników i ropę naftową z szybów w Peczeniżyna i Słobody Rungurskiej do kołomyjskiej rafinerii przecinając całe miasto, wpisała się na stałe w panoramę Kołomyi. Cóż... Atlantydy już dawno nikt nie widział, a po ekspresie zostały stare zdjęcia i zapomniane piosenki.

Nie ma już ekspresu, są tylko marszrutki; fot. Dominika WęcławekNie ma już ekspresu, są tylko marszrutki; fot. Dominika Węcławek

Jeśli chodzi o pośpiech - gdy spacerowaliśmy po Kołomyi wyglądaliśmy jak jedyna grupa osób, którym dziś zależy na czasie. Miasto zachęca raczej do snucia się. Mając za punkt orientacyjny wieżę wybijającego się nad dwupiętrową zabudowę neorenesansowego ratusza można spróbować po prostu schować mapę i zagubić się w plątaninie uliczek.

Charakterystyczny kołomyjski ratusz; fot. Dominika WęcławekCharakterystyczny kołomyjski ratusz; fot. Dominika Węcławek

W czasie takiej swobodnej wędrówki raz wpadniesz na dawne gimnazjum polskie, które zbudowano na ruinach kołomyjskiego zamku, innym razem odwiedzisz miejscowy odpowiednik Hard Rock Cafe, by przekonać się, że miejscowi też lubią się bawić, niekoniecznie przy kołomyjkach. Może nogi poniosą cię do Uniwermagu „Kołomyja”, który zachodnim przyjezdnym przypomina żywy skansen socrealu. Wzdłuż szerszych ulic babunie w chustach handlują mlekiem, w cerkwiach co jakiś czas cisze przerywają pojedyncze kroki. Każda ze świątyń ma swoją osobną ścianę pamięci - ze zdjęciami „dobrych chłopców”, którzy nie wrócili z Donbasu. Opuszczając ścisłe centrum warto dotrzeć w okolice dworca autobusowego.

Opiekunka cerkwi; fot. Dominika WęcławekOpiekunka cerkwi; fot. Dominika Węcławek

Tam, w sercu maleńkiego cmentarza stoi piękna drewniana cerkiew pod wezwaniem Zwiastowania Najświętszej Marii Panny i istnieje w tym miejscu od ponad czterystu lat (choć na przełomie XVIII i XIX wieku została przebudowana.

Drugą godną uwagi cerkiew znacznie trudniej jest odnaleźć, zwłaszcza nie mając własnego samochodu. Obity srebrzącym się w słońcu cynkiem drewniany budynek stoi bowiem na wzgórzu za miastem, na obrzeżach przyklejonej do Kołomyi wsi Wierbiąż Niżny. Według niektórych źródeł, świątynię zaczęto wznosić już w 1756 roku. Jedno, co dziś jest pewne - całość została oddana do użytku w 1808 roku.

Srebrna cerkiew w Wierbiążu; fot. Dominika WęcławekSrebrna cerkiew w Wierbiążu; fot. Dominika Węcławek

Jeśli wcześniej odwiedzaliście już inne drewniane cerkwie zrębowe łemkowszczyzny i huculszczyzny możecie zauważyć, że ta konkretna różni się od nich. Jeśli nie widzieliście - musicie mi wierzyć na słowo, albo sięgnąć do źródeł w języku ukraińskim. Badacze architektury tradycyjnej zauważyli, że Cerkiew Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Wierbiążu stylem nawiązuje do typowych świątyń Ukrainy Słobodzkiej, regionu, który znajduje się hen na przeciwległym końcu kraju - na granicy z Białorusią i Rosją. Wnętrze zapełniają dziesiątki ikon i zdobień. Jako dziecko ziem zachodnich częściej mające styczność z protestantyzmem niż z prawosławiem, zawsze nie mogę się nadziwić jak mocno przeładowane są wszystkimi detalami takie cerkiewne wnętrza.

We wnętrzu cerkwi jest miejsce na każdą ozdobę; fot. Dominika WęcławekWe wnętrzu cerkwi jest miejsce na każdą ozdobę; fot. Dominika Węcławek

Jeśli macie dłuższą chwilę - warto tu spędzić więcej czasu i po prostu chłonąć specyficzną atmosferę miejsca. Opiekunki tej cerkwi, podobnie jak kobiety dbające o cerkiew Zwiastowania NMP są sympatyczne i serdeczne. Zresztą, większość mieszkańców Kołomyi okazała się właśnie taka. A jeśli nad senność i święty spokój stawiacie gwar i zamieszanie - polecam wizytę w tym mieście w czasie festiwalu kultury huculskiej. To dopiero jest wydarzenie!

Więcej o: