13 problemów, które rozumieją tylko dziewczyny z potężnymi udami

Nie mogę nosić spodni, biegać ani robić sobie selfików w bikini. Ograniczają mnie moje uda. Przyjaciele powiedzą: krągłe, mniej życzliwi: grube. Nie jestem w tym sama. 97 procent kobiet przyznaje, że zdarza im się naprawdę nie lubić swojego ciała.

Uda - za duże czy w sam raz? (Fot. Anna Konieczyńska)Uda - za duże czy w sam raz? (Fot. Anna Konieczyńska)

Mam figurę po babci: wąska talia, krągła pupa, mocne uda. Mogłabym schudnąć te trzy, pięć, siedem kilogramów. Ale musiałabym mniej jeść i więcej ćwiczyć. A poza tym sylwetka klepsydry jest na topie. Mogą o tym zaświadczyć JLo, Kim K. i Iggy Azalea. Jest tylko jeden szkopuł. Choć wypada mieć tyłek, uda są dalej tematem tabu. Nawet Beyoncé przed wejściem na scenę zakłada siedem par rajstop, żeby nogi wydawały się szczuplejsze i retuszuje zdjęcia na Instagramie, żeby móc podpisać je hasztagiem #thighgap. Czy dla nas, dziewczyn o udach kulomiotek, jest jeszcze nadzieja? A może lepiej zaakceptować swoje słabości wzorem bezwstydnie pozytywnej Leny Dunham albo uznać, że jesteśmy piękne, niezależnie od dodatkowych centymetrów? Przecież komuś się chyba podobamy, prawda? No tak, ale to wciąż nie zmienia faktu, że...

1. Nie mogę nosić spodni. Bo jeśli są dobre w udach (przypadek jeden na sto), w talii odstają na dziesięć centymetrów. W sklepach z dżinsami nie ma dla mnie rozmiarów (tak przynajmniej całkiem śmiało zasugerowały ekspedientki w Levisie czy innym Wranglerze, mierząc mnie lodowatym wzrokiem od stóp do brzucha). Mogłabym zajrzeć do butików „Nietypowe rozmiary”, ale chyba z żalu wcześniej strzeliłabym sobie setkę. Samo wkładanie spodni to koszmar. Rolują się w okolicy kolan i za żadne skarby nie chcą wejść wyżej. A jeśli jakimś cudem się uda, magicznym sposobem z całkiem luźnych spodni, które oglądałam na manekinie, kurczą się do rozmiaru legginsów. Kolorowe odpadają, bo czuję się w nich jak dziecko, które zjadło za dużo czekolady. Białe? Śmiech na sali. Dżinsy drą się z wrażenia przy szwach, te w kant rozpychają jak balon, dresy wyglądają jak na ważącej 150 kilogramów mamie Honey Boo Boo. Z wdzięcznością odkryłam jedne, w których czuję się dobrze. Z Local Heroes, z gwiazdką w miejscu intymnym (to nie reklama natywna, naprawdę polecam). Dżinsy rzuciłam w kąt szafy. Czekają na lepsze czasy. Albo weekend w górach albo na Mazurach (ściema na bok, to się raczej nie wydarzy).

2. Nie mogę nosić kombinezonów. To akurat żadna strata. Bo choć zajmuję się modą i wiem, że triumfalnie powrócił styl hipisowskich lat 70., a wraz z nim kolorowa wzorzysta i zwiewna kombinacja sukienki i spodni, mam niesłabnące wrażenie, że nawet Cameron Diaz nie wygląda w tej opcji korzystnie. Kombinezon to po prostu sukienka dla leniwych, a kto się ze mną nie zgadza, chyba nigdy nie widział jak cienki materiał brutalnie oplata miejsca, gdzie powinny być mięśnie.

3. Nie mogę nosić szortów, bo nawet te szerokie wyglądają na mnie jak spandeks. A szkoda, bo pamiętam, że jak miałam dwanaście lat, naprawdę lubiłam spodenki, które sięgały jedynie kilka centymetrów za pośladki. Były wygodne i właściwie całkiem niewinne. Teraz mogę o nich zapomnieć, podobnie jak o mini w stylu Twiggy. Na szczęście po trzydziestce coraz mniej jest okazji do pokazywania głębokiego dekoltu, brzucha oraz feralnych i felernych ud. Jedna z niewielu zalet dorastania.

4. Nie mogę nosić bikini. To znaczy mogę i noszę, ale czasem myślę, że nie powinnam. Ze względu na tych biednych współplażowiczów, którzy patrząc na mnie zapewne stresują się, że też powinni jak najszybciej przejść na dietę. W bikini nic się nie ukryje. Dlatego jestem niewolnicą pareo, tunik i spódnic, które udają, że wcale nie jest im za gorąco w czterdziestu stopniach Celsjusza.

5. Nie mogę nosić tego samego rozmiaru na górze i na dole, bo od szyi do tali liceum, a na dole - muzeum. Niby żaden problem, ale zakupy (zwłaszcza przez internet!) stają się drogą przez mękę pomiarów, tabelek i wyliczeń.

6. Nie mogę chodzić, a w każdym razie latem bywa to bolesne, bo uda zamiast samodzielnie podążać naprzód, nóżka za nóżką, z miłością ocierają się o siebie, powodując odciski i otarcia. Penaten mam zawsze w torebce, ale co mnie uda podręczą, to ich.

7. Nie mogę biegać i wcale nie chcę. Bo przytłumiony i głuchy dźwięk obijania się ud o siebie nie jest jak muzyka dla moich uszu. A poza tym czasem trochę ciężko podnieść te wszystkie kilogramy. No i patrz punkt 1 - nie mogąc nosić spodni, tym bardziej nie pokażę się publicznie w legginsach, tudzież, tfu tfu, getrach, które ostatnio założyłam na lekcji WF-u w liceum, a po nim - rytualnie przerobiłam na ścierkę.

8. Nie mogę założyć nogi na nogę, bo spódniczka niebezpiecznie podnosi się ku górze, odsłaniając to, co powinno być owiane słodką tajemnicą. A poza tym, jeśli jedno moje udo ma rozmiar dwóch normalnych, to co dopiero dwa naraz.

9. Nie mogę robić selfików na plaży, bo punkt 4. Musiałabym chyba używać sprawdzonego sposobu blogerek, czyli kadrować uda jak hot dogi (instrukcja obsługi: bierzesz dwie parówki, fotografujesz je na tle morza i wrzucasz fotę na Instagrama).

10. Nie mogę pozbyć się rozstępów ani cellulitu, choć na każde urodziny i święta dostaje od mojej rodziny kremy, które gwarantują, obiecują i przysięgają, że mi się poprawi. Zabiegi (te wszystkie lipo-, mikro- i kawito-) jeśli działają, to krótkofalowo. Skóra na udach żyje własnym życiem - wolniej się opala, szybciej marszczy, lubi wiotczeć.

11. Nie mogę powiedzieć, że uda są modne, tak jak okrągłe pupy. Nie mogę się odgryźć hejterom, że jem, bo lubię krągłości. Nie mogę sama przed sobą wytłumaczyć się, że dzisiaj nie ćwiczyłam, bo zależy mi na seksownej figurze, a nie mięśniach kulturysty. Nie mogę powiedzieć, że to jakaś niezbadana genetyczna przypadłość, bo zwyczajnie mam za grube uda. Nie mam alibi. Nawet sama przed sobą.

12. Nie mogę powiedzieć, że inni mają gorzej, bo zazwyczaj, gdy patrzę na chudziutkie nóżki w czarnych rureczkach, które mijają mnie w autobusie, w pracy i na ulicy, czuję się jak Jabba. Moje koleżanki też wyglądają świetnie, skubane. A gdy widzę kogoś większego od siebie, zazwyczaj ma siedemdziesiąt lat, trzy ciąże za sobą i żylaki. Lena Dunham też wcale nie ma większych ud niż ja. No może trochę. I fajnie, że kocha swoje ciało. Ale ostatnio na Instagram wrzuca zdjęcia z intensywnych treningów, a w wywiadach mówi, że walczy o szczuplejszą sylwetkę. Jeśli nawet ona się dostosowała, to ja już nie mam wyboru, szczególnie że swojego serialu nie mam, książki nie napisałam, a uda i tak rosną.

13. Nie mogę przejść niezauważona ulicą, bo zawsze znajdą się jacyś fani (a raczej fanatycy) krągłych kształtów. Nie wiedzieć czemu, dziewczyny o pełniejszej figurze onieśmielają w znacznie mniejszym stopniu niż smukłe supermodelki. Mężczyznom wydaje się, że a) grubsze mają większe kompleksy i niższą samoocenę, więc z wdzięcznością odpowiedzą na wszelkie przejawy zainteresowania, b) krągłe uda kojarzą się z apetytem na życie we wszelkich jego przejawach, c) oficjalnie twierdzą, że wolą szczupłe, ale marzą im się plus size.

Ja miałam szczęście, bo pomijając strasznych stalkerów, trafiałam na facetów, którzy doceniali lekko rubensowskie kształty, a wiedząc, że swoich ud nie darzę sympatią, lubili je za mnie i za siebie. Co nie zmienia faktu, że z kompleksów musiałam wyleczyć się sama. Pokochać sukienki, które odsłaniają i zakrywają jednocześnie. Polubić moją talię i pupę, które rekompensują mi trudne uda. Zrozumieć to, że piękne są kobiety, które uważają, że są piękne. I docenić to, że choć mogę obsesyjnie myśleć o tym, co ludzie o mnie myślą, raczej na pewno myślą o moich udach mniej niż ja.

Więcej o: