7 rzeczy, w które nie wierzę

W okolicach świąt wszyscy zawsze mówią o wierze, nadziei i radości. To ja tak przekornie napiszę, o tym wszystkim, w co nie wierzę. Czy moje życie jest przez to smutniejsze? Nie wiem, być może. Tylko ja strasznie nie lubię kłamstw. One mnie nigdy nie cieszą.

1. Kremy przeciwzmarszczkowe. Kremy jako takie są ok. Jak mi już tak strasznie paszcza wyschnie, że skóra pęka, to czymś trzeba się posmarować. Nawilżają, natłuszczają, niektóre ładnie pachną. Oczywiście, trochę przesadzam, ale wiara w to, że krem doprowadzi nam twarz do stanu "cera nastolatki bez jednej zmarszczki” zawsze wydawała mi się śmieszna. Podobnie, jak wydawanie na kremy wielu setek złotych. Oczywiście nie chodzi mi tylko o kremy do twarzy, również, a może przede wszystkim, o te wszystkie "cuda na uda”, czyli na cellulit. To takie kobiece - zamiast poćwiczyć, zrobić ze sobą coś konkretnego, lepiej wierzyć, że wystarczy posmarować uda kremem i już. Samo się zrobi. W końcu dużo za to zapłaciłam.

2. Diety. Chyba, że takie "na całe życie”, czyli generalne zmiany sposobu jedzenia. Na zawsze. W sensie - diety działają, oczywiście. Chudnie się na nich, że ho ho ho. A potem pięknie tyje. Chyba, że ktoś potrafi na tej diecie pozostać. Jest tylko jeden problem - wszystkie te super odchudzające diety, eliminujące to i owo są niezbyt zdrowym koszmarem. Więc nie da się na nich normalnie funkcjonować przez lata. Tak więc znowu rozczarowanie - chcesz być chuda, musisz jeść bardzo mało. Wbrew temu, co twierdzą ekspertki chudości, czyli modelki. Im też nie wierzę zresztą.

3. Homeopatia, suplementy i paraleki. To w sumie zabawna nie-wiara, bo czasem ją stosuję. Zaszkodzić nie zaszkodzi, a nuż pomoże? Wierzę w naturalne siły obronne organizmu, wierzę, że nie ma się co spieszyć z lekami, ale w leczenie poważnych chorób magicznymi kuleczkami już nie. Nie wierzę też w suplementy sprzedawane bez recepty. Te wszystkie multiwitaminki, magnezy, cynki, potasy, nie wiem, co tam dzisiaj modne... O! Witamina D. Wszystko jest w jedzeniu (oczywiście, jak się dobrze je). A jak ktoś ma poważne braki, np. żelaza, to i tak te byle suplementy nie pomogą. Ten, kto wymyślił te wszystkie tabletki z gipsu sprzedawane z gruby hajs w aptekach, jest mistrzem. I milionerem. W to akurat wierzę.

4. W sklepy eko. Może to moja spiskowa teoria dziejów, ale wydaje mi się, że jeśli komuś naprawdę zależy na super zdrowym jedzeniu, to musi sobie sam znaleźć rolnika i osobiście skontrolować jego hodowlę roślin i zwierząt. Te wszystkie certyfikaty, które sprawiają, że można coś sprzedawać cztery razy drożej w kraju, w którym cwaniactwo i kłamstwo uznawane jest za cnotę, niestety mnie nie przekonują.

5. We wróżki, czary-mary, duchy, leczenie energią. Nie chce mi się nawet zastanawiać, czy wróżki rzeczywiście potrafią przewidzieć przyszłość, bo nie rozumiem, po co chcieć znać przyszłość? Albo po co iść z pytaniem o ważne życiowe sprawy do kogoś, kto nie ma na temat nasz i naszego życia żadnego pojęcia? Energia jest we wszechświecie, to jasne. Być może nawet są ludzie, którzy potrafią coś tam z nią zrobić. Tylko jak odróżnić tych, co umieją, od hochsztaplerów? W duchy nie wierzę, bo jak bym wierzyła, to bym umarła ze strachu. Nie wierzę również w Boga, nie mam tej łaski. Z rzeczy, których nie widać, a wiadomo, że są, wierzę w prąd, choć nie mogę zrozumieć, jak to działa.

6. W Lotto. I w inne szczęśliwe rozwiązania, które spadają z nieba. Dlatego nie gram. Dlatego nie wygram. Smuteczek.

7. W romantyczną miłość do grobowej deski. "Zakochałam się, a potem to już poszło i zawsze było wspaniale”. To jedno z największych oszustw współczesnego świata, zaraz obok wszelakich suplementów. O takiej miłości się pisze, śpiewa, kręci filmy. A potem ups, ojej, życie jakoś nie chce tak wyglądać.

W co wierzę? W pracę, na każdym poziomie. Nad sobą, nad związkiem, nad ciałem, nad stanem konta. Niestety, nic samo się nie zrobi.

Więcej o: