Być matką w teorii i w praktyce: Czekając na miłość

Jak to jest być matką? Jak to jest być córką? Niby wiadomo, a wciąż sporo zaskoczeń. I da się to mądrze, ciekawie, szczerze opisać. Oto tekst nagrodzony trzecim miejscem w naszym konkursie "Być matką, być córką w teorii i w praktyce".

Dzieci nigdy mnie nie zachwycały. Gdy zobaczyłam małego kotka, ptaszka, czy robaczka, zaraz sama chciałam takiego mieć. Gdy widziałam małego bobaska - wręcz przeciwnie, cieszyłam się, że to nie mój. Tam gdzie inni, a zwłaszcza inne, widzieli słodkie różowe łapki i rozkoszne fałdki, ja zauważałam głównie tę strużkę śliny z bezzębnych ust.

Kiedy babcie, ciocie i inni członkowie rodziny nagabywali mnie w temacie przyrostu demograficznego, sprawę programowo ignorowałam. Kiedy dołączył do nich mój mąż, rzecz zrobiła się poważna.

Liczyłam na to, że przez długi czas będziemy próbować. Jeden miesiąc, drugi, może w międzyczasie nabiorę chęci. Nie byłam gotowa na to, że już pierwszy z planowanej długiej serii test ciążowy pokaże dwie kreski. A tak własnie się stało.

Przez większość z tych dziewięciu miesięcy czułam raczej że "jestem w ciąży", niż że "będę mieć dziecko". Kiedy tylko dowiedziałam się, że będzie chłopiec, nadałam mu imię, żeby w ten quasi-magiczny sposób uczynić go bardziej realnym. Niewiele pomogło. Nawet kiedy patrzyłam na mój ogromny brzuch, falujący niczym worek do którego ktoś wsadził kilka kociąt, wszystko wciąż było abstrakcją.

Mądre książki i fora internetowe zgodnie mówiły, że po porodzie tworzy się więź, że hormony, oksytocyna, pierwsze karmienie i kiedy spojrzy się w te oczy... Misiek urodził się okręcony dwa razy pępowiną, od razu zabrali go na badania, przedtem pokazując tylko na sekundę. Nie miałam okularów, więc zobaczyłam tylko białą plamę z mniejszą sinoróżową plamą. Pewnie gdzieś tam były jakieś oczy, ale ja tego nie widziałam.

Macierzyństwo w owych czasach pokryte było grubą warstwą lukru. O babybluesie wspominało się szeptem, jak o jakiejś wstydliwej chorobie, co przytrafia się tylko kobietom z marginesu. Poporodową depresję miewały tylko wariatki, a ja właśnie czułam się jedną z nich. Patrzyłam na to bezbronne maleństwo i było mi go trochę żal. Każdy by przecież wolał, żeby rodzona matka się z niego cieszyła. Wszystko co przy nim robiłam wynikało bardziej z poczucia obowiązku, niż z czegokolwiek innego. Zastanawiałam się, czy kiedyś poczuję to, o czym pisały poetki i grafomanki. Na przemian wpadałam w poczucie winy, albo obwiniałam lekarzy, którzy nie pozwolili, żeby instynkt macierzyński włączył mi się jak w automacie wtedy, kiedy on by po tym porodzie leżał na tym brzuchu...

Nie pamiętam, kiedy to się stało, w jakich okolicznościach ani nawet ile miał wtedy tygodni, czy może już miesięcy. Zapłakał, a ja już po tonie głosu wiedziałam, czego mu trzeba. Spojrzał, a ja wiedziałam, co chce mi powiedzieć. Bo przecież znaliśmy się tak dobrze, stanowiliśmy zgraną drużynę, rozumiejącą się bez słów. Poczułam, że naprawdę lubię tego małego człowieka, który trafił pod mój dach. A gdyby nagle zniknął z mojego życia, powstałaby dziura, której nie sposób zasypać.

I wtedy dotarło do mnie, że się doczekałam.

Katarzyna, blog Sosnowa 11

III miejsce w konkursie "Być matką, być córką w teorii i w praktyce"*

* Konkurs dla blogerek zorganizowany przez Audiotekę z okazji wydania audiobooka z fochowymi tekstami o macierzyństwie.

foch

Więcej o: