Być matką w teorii i w praktyce: Mama jest

Matka Polka idealna, matka wystarczająco dobra, "zła" matka - koncepcji i postulatów macierzyństwa jest wiele, ale w byciu matką ważne jest coś innego. Oto tekst nagrodzony pierwszym miejscem w naszym konkursie "Być matką, być córką w teorii i w praktyce".

Ja rozumiem, że zasada jest taka, że w teorii to cukier puder i pyzate aniołki, a w rzeczywistości pot, krew, łzy, orka na ugorze i - a jakże - setki nieprzespanych nocy. Nieprzespane noce to w ogóle hasło klucz, obowiązkowo, jak to w macierzyństwie, dwuczłonowe. Zaraz po nim lecą w kolejności niealfabetycznej cesarskie cięcie, mleko modyfikowane, poranne nudności, nawał mleczny, zapalenie piersi, nietrzymanie moczu, ulewanie pokarmu, kolor kupki, skoki rozwojowe, depresja poporodowa Kolka, chyba tylko kolka jest na tyle straszna sama w sobie, że występuje bez określnika. No więc ogólnie że nijak do tego, co mówili i pisali, życie cięższe, niemowlęta brzydsze, waga nie schodzi, pampers kłamie. ALE! Ale za to po wszystkim, albo mimo wszystkiego, zalewa cię przypływ, miłość aż za brzegi, żaden dziegieć nie poradzi takiemu kalibrowi wszechuczucia.

Ta.

Problem w tym, że ja do teorii w zasadzie nic nie mam. Jestem z tych, co najpierw czytają instrukcje, te początkowe fragmenty o niebezpiecznym gniazdku również. Lubię wiedzieć, nawet do piłki nożnej kupiłabym podręcznik. Nigdy mnie jakoś specjalnie nie bolało, że ekspres ma wajchę trochę z innej strony, niż narysowali, grunt, że ją ma i ja mniej więcej wiem, po co. Przy Pierwszym się nałykałam jak pelikan, gazetki dla mam prenumerowałam i dawaj z zapartym tchem o zaparciach-lub-wręcz-przeciwnie, że tu a chusta a nosidełko a ekomarchewka a kasza jaglana. I co? I nico, ale nie dlatego, że teoria o kant, tylko bo się urodził nieteges, a o oddziałach patologii noworodka gazetek nie ma. Jeszcze.

Do Drugiej po dwóch latach podeszłam już i z odświeżoną dla świętego spokoju (choć nieprenumerowaną) teorią, i z całkiem niczego sobie praktyką. I co? I nico. W ciąży się z nią łaziło inaczej, usypia się ją inaczej, je inaczej, ząbkuje inaczej, drze się, wsadza palce do kontaktu, choruje na potęgę, narządy ma inne - właściwie żadne doświadczenie zdobyte na Pierwszym nie ma na nią przełożenia.

Dobra, ale gdzieś jednak to matkowanie trzeba by zakotwiczyć, wokół czegoś owinąć. „Kocham cię, mamusiu” rzucone dziecięcym głosikiem niespecjalnie się sprawdziło, bo stary cynior jestem i wiem, że w jego wykonaniu to kocham cię to taki sam gig imprezowy jak długoszpon krasnoczelny; zabawna, niezrozumiała zbitka, która wywołuje śmieszne reakcje otoczenia. Ale było coś takiego. Kiedyś, miał może półtora roku, źle mu się śniło. Przyszłam do niego do łóżka, pogłaskałam.

- No już, nie bój się, kochanie, to tylko zły sen, jest mama, mama jest. No już.

- Mama jest?

- Tak, jestem, jestem, Pączku.

- Mama jest.

Zasnął niemal natychmiast. Jeszcze długo potem, nawet kiedy już świetnie mówił, w chwilach największego smutku czy rozdrażnienia wracał do tych dwóch słów i zawsze znajdował w nich ten sam wielki spokój, stanowczość, pewność, o których istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Druga pewnie zawrze je w czymś innym, nie wiem, rękę daj czy coś, ale zawrze.

Bo o to chodzi chyba. Matka jaka jest - w teorii, w praktyce, wsio ryba - każde dziecko widzi.

Mama jest.

Taka Sobie Matka

I miejsce w konkursie "Być matką, być córką w teorii i w praktyce"*

* Konkurs dla blogerek zorganizowany przez Audiotekę z okazji wydania audiobooka z fochowymi tekstami o macierzyństwie.

foch

Więcej o: