Nie przeproszę za porno! Żyjemy w porno czasach?

Golizna, cycki, wypięte ponętnie damskie tyłki, które reklamują makarony, wykładziny czy auta. Otwarcie mówimy o seksie, oglądamy filmy erotyczne i pornograficzne - i częściej się do tego przyznajemy niż jeszcze dekadę temu. Czy porno jest wszędzie?

Dotarła do mnie informacja, że oburzony czytelnik pyta, dlaczego w tekście o szokujących scenach w filmach zamieściłam film porno - na dodatek trwający ponad 2 godziny! (Ale że co - za krótko?!) Zaintrygowana sprawdziłam, czy jakiś dowcipniś nie podmienił mi na stronie treści z YouTube'a, bo przecież jako żyję, czystej maści pornosa bym na Focha nie wrzuciła. Okazało się, że to, co dla mnie było kinem artystycznym, w którym - tak się składa - są sceny, że pan z panią nie tylko rozmawiają, dla czytelnika jest już treścią gorszącą, której szerzyć się nie powinno.

Pornografii w internetach ci pod dostatkiem, amator najdziwniejszych konfiguracji, przy odrobinie wnikliwości zapewne znajdzie coś, co go zadowoli. Zaczęłam się jednak zastanawiać, jak to jest, że to, co dla mnie jest nie podniecającą zupełnie sceną z filmu fabularnego, dla kogoś innego jest pornografią? Czy dziś naprawdę takie delikatne sceny męsko-damskich igraszek mogą jeszcze kogoś urazić?

Wiem, wiem, zaskoczę was tą niezwykle oryginalną, nigdy dotąd niewypowiedzianą konstatacją - otóż wydaje mi się, że to, co robią niektóre panie (i panowie też) w teledyskach do popowo-rapowych utworów słowno-muzycznych jest znacznie bliżej pornografii, niż scena zbliżenia (nawet ostra, brutalna czy dosłowna) w filmie fabularnym. Przede wszystkim liczą się intencje, a w przypadku teledysków są one dość jasne. Na przykład pani Miley Cyrus liże młot o podłużnym kształcie, bo...? Pewnie ma kontrakt na podprogowe reklamowanie lodów owocowych albo sklepu z materiałami budowlanymi!

Ideą pornografii jest, by wzbudzała podniecenie. To wszelkie utrwalone obrazy, także - a może przede wszystkim - ruchome, które są jednoznacznie seksualne, a stworzone zostały w taki sposób i po to, by wywołać podniecenie i pobudzenie seksualne u widzów. Mamy więc na przykład panią z Barbadosu, co kręci tyłkiem w swym teledysku, wykonując ruchy powszechnie rozpoznawalne jako frykcyjne. I mamy film z nurtu kina artystycznego, w którym scena zbliżenia seksualnego między bohaterami służy do pokazania ich skomplikowanej relacji. Mogliby o tym pogadać, ale pokazanie ich walki w fizyczny - łóżkowy - sposób reżyserowi bardziej przypadło do gustu. Film wszak operować winien obrazem, nie gadaniem. I co tu jest bliżej pornografii? Kto tu chce wzbudzić w widzu podniecenie? Możliwe, że i pani piosenkarka, i pan reżyser. Ale on to robi w moim odczuciu znacznie bardziej PO COŚ, niż ona (ona po prostu dla hajsu, a jak już tak daleko się zapuszczamy w teoretyzowaniu - to paraerotyczne atrakcje za kasę, hm? No właśnie).

Nie jestem zwolenniczką akcji - puśćmy pornosy w telewizji, niech się społeczeństwo uczy. Jak ktoś ma ochotę, niech sobie znajdzie i obejrzy. Udawanie, że takich treści nie ma i lanie swojego dorastającego dziecka pasem po tyłku, bo się je przyłapało na oglądaniu pani co robi panu - to absurd. Podobają mi się raczej rozsądne rozwiązania: powiedzenie, że tak, owszem, coś takiego jak porno jest, ale można tam zobaczyć różne dziwne rzeczy, które niekoniecznie należy natychmiast przekładać na swoje życie (choć jak kto dorosły i ma fantazję - droga wolna!). Tak jak po obejrzeniu filmu o latającym superbohaterze niekoniecznie trzeba przywdziać pelerynę i skakać z dachu wieżowca, tak po obejrzeniu pornosa niekoniecznie należy skrzyknąć się z kolegami i dokonać masowej eksploracji cycatej koleżanki.

Nie dyskutuję więc o gustach naszych czytelników - jeśli komuś się nie spodobał film, o którym napisałam, to cóż... Po prostu może nie warto go oglądać? Choć zakładam, że skoro się nie spodobał, został jednakowoż (w skupieniu!) obejrzany?

Więcej o: