Dmitrij Głuchowski: Najwięcej krzywdy Rosjanom wyrządzili Rosjanie

Literacki ojciec serii ?Uniwersum Metro 2033", autor popularnych książek, których akcja rozgrywa się w moskiewskim metrze po zagładzie atomowej - Dmitrij Głuchowski - opowiedział nam o tym, jak to możliwe, że nasza przyszłość już dawno się wydarzyła.

Pamiętasz może, jaka była najbardziej niesamowita wizja przyszłości, z jaką spotkałeś się w młodości?

- To była bardzo miła, wręcz idealistyczna prognoza. Nakreślił ją jeden z najpopularniejszych rosyjskich pisarzy Kir Bułyczow. Bohaterką jego opowieści była dziewczynka imieniem Alicja, a całość rozgrywała się w XXI wieku. Opisany w przygodach Alicji Sielezniewej świat był bardzo pozytywny - oczywiście komunizm zwyciężył, choć na odległych planetach zdarzały się inne reżimy, ale nie było cierpienia i wojen, ludzie pokojowo odkrywali najdalsze zakątki wszechświata pozbawionego przemocy i chorób. Taka właśnie literacka wizja przyszłości pojawiła się w moim życiu, gdy miałem sześć lat.

W wydanej u nas niedawno książce „Futu.re” malujesz przyszłość w zupełnie innych barwach - jest brzydka, brutalna, czasem wręcz amoralna i obrzydliwa. Łatwiej jest snuć ponure opowieści w dystopijnym świecie?

- Nie chodzi o łatwość, to po prostu bardziej interesujące. Nie sądzę, by ludzie byli zainteresowani czytaniem miłych historyjek o sympatycznych kosmicznych króliczkach przytulających się w lesie. Nie obchodzi nas piękna przyszłość, ludzie uwielbiają dramat, konflikty, reagują na przekaz, kiedy on nimi wstrząsa. Przyciąga ich masakra, krew, śmierć. Oto jak wychodzi z nas nasza zwierzęca natura. „Futu.re” to w dużej mierze książka o odkrywaniu proporcji między pewnym narzuconym porządkiem a tą naszą zwierzęcością, która ostatecznie też przecież czyni nas ludźmi. Szczerze - najbardziej zależało mi na dociekaniu, jak dużo w nas może być ze zwierzęcia, zwłaszcza kiedy już nasz ludzki rozum pokona naturę i odkryje przepis na nieśmiertelność. Przemoc, brutalny seks, specyficzna moralność są tego manifestacją. W pewnym momencie mojego życia doszedłem do wniosku, że wyjaśnianie pewnych rzeczy nie działa, ludzie nie chcą wykładów o moralności. Chcą doświadczać emocji, więc najlepszym sposobem na przekazanie im pewnych idei jest ubieranie ich w silne emocje. Więc to robię - umieszczam naukowe fakty, wyniki badań i prognozy w świecie przeżyć i wyborów głównego bohatera. „Futu.re” to nie jest książka, którą ma się lubić.

Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)

Co mnie zaskoczyło: odwołujesz się w niej wielokrotnie do antyku. Nie chodzi już tylko o tak oczywisty symbol jak apollińskie maski noszone przez oddział Nieśmiertelnych, do którego należy główny bohater, ale i sam porządek świata - bardzo silne podziały społeczne na tych, którzy będą żyć wiecznie i ludzi niższej kategorii, kult piękna i zdrowia, spartańskie wychowanie dzieci. Wygląda na to, że twoja przyszłość już się wydarzyła w przeszłości.

- Cóż, nie bez powodu o zwierzchniku czy też o głównym czarnym charakterze możemy myśleć jako o Cezarze, który siedząc na trybunach, skazuje ludzi na śmierć albo daje im nowe życie. Nasza cywilizacja została zbudowana na fundamentach kulturowych wzniesionych przez antycznych Greków, nie uciekniemy od tego. Kult ciała, dbałość o doczesną powłokę zdecydowanie nawiązuje do antyku, przeciwstawny do niego kult duszy rozwinęła kultura judajska. Pomyślałem, że skoro ciało stanie się nieśmiertelne i wiecznie młode, to cywilizacja zbliży się właśnie do greckiej, a oddali od judeochrześcijańskiej czy wszelkich wschodnich kultur nawołujących do dbałości o sferę duchową.

Sama idea duszy wywodzi się właśnie ze świadomości, że nasze ciało jest śmiertelne, nie jest więc godnym zaufania nośnikiem naszej tożsamości, osobowości, naszego jestestwa. Ciało może być zniszczone, zabite, choruje, starzeje się. Wynaleźliśmy duszę, by mieć backup danych... Dusza to chmura, w której zapisujemy naszą osobowość, ciało to tylko powłoka. Co się stanie jednak z tym naszym porządkiem świata, jeśli ciało przestanie się psuć i starzeć, jeśli będzie na tyle dobre, by nie potrzeba było tego dysku, tylko wystarczy nam to, co mamy fizycznego? Myślę, że nieśmiertelność niesie ze sobą pokusy. Nad tym powinni się zastanawiać naukowcy pracujący nad przedłużaniem ludzkiego życia. W mojej opowieści pokazuję taki wariant przyszłości, w którym okazuje się, że skoro teoretycznie nie ma śmierci, to nie potrzebujemy już duszy, a jeśli jej nie potrzebujemy- nie ma też kościołów, religii, Boga. Nie ma kto odpowiadać na pytania, które zwykliśmy kierować do stwórcy. A co z naszą moralnością?

Za stawianie takich pytań zawsze ceniłam sobie literaturę science fiction. Jestem ciekawa, czy dla ciebie ten gatunek jest też dobrym przebraniem dla opowieści o teraźniejszości i współczesnych problemach?

- Dla mnie science fiction to współczesna wersja antycznych mitów. Jedną z ich funkcji było mówienie prawdy o nas samych albo naprowadzanie na pewne wnioski w bardzo sugestywny sposób. Ludzie nie są w stanie doświadczyć wszystkich sytuacji życiowych i wyciągać wniosków wyłącznie na podstawie własnych przeżyć. Żeby nauczyć ich czegoś, pokazać im różne drogi, uruchomić procesy myślowe, wykorzystywano mity. Na tej samej zasadzie, w moim rozumieniu, działa literatura s.f. Czytając ją, uczysz się czegoś o świecie, ludzkiej naturze, o tym, gdzie kończyć się mogą granice życia, czym właściwie jest człowiek, co to jest dusza... Science fiction oferuje znacznie większą wolność niż inne gatunki literackie, jest świetnym narzędziem do analizowania kultury, kondycji społeczeństwa, a nawet nauczania! Oczywiście s.f. ma też inne funkcje, pozwala uciec od rzeczywistości.

Myślisz, że jest różnica między wschodnim a zachodnim science fiction? Między tekstami, które powstawały niegdyś po tej stronie dawnej żelaznej kurtyny i uważamy je za fundamentalne dla gatunku, na przykład powieści braci Strugackich czy Stanisława Lema, a książkami pisanymi przez autorów brytyjskich, niemieckich, amerykańskich?

- Dla nas s.f. od początku było formą mówienia o tym, co niedozwolone w taki sposób, by cenzura nie mogła się przyczepić. Nasze książki miały zawsze znacznie więcej podtekstów, zawierały często krytykę pewnych wad systemu. Dzieła braci Strugackich poruszały wiele bardzo poważnych tematów i faktycznie, oni potrafili używać najbardziej wymyślnych forteli, by uniknąć zarzutów o działanie na szkodę władz komunistycznych.

Na Wschodzie jesteśmy już przyzwyczajeni do tego, by o moralności i rządzących, człowieczeństwie i wolności mówić zawsze nie wprost. Metafora stała się dla nas codziennym narzędziem komunikacji. W „Futu.re” też przemycam krytykę współczesnej Rosji, ale w odróżnieniu od takich książek jak „Metro 2033”, które opowiada o problemach rosyjskiego społeczeństwa i rozgrywa się w Moskwie, tu zależało mi na stworzeniu czegoś bardziej uniwersalnego albo przynajmniej europocentrycznego. Jest w „Futu.re” kult młodości, rozwój życia, brak odpowiedzialności, a może niechęć do zastanowienia się na pewnymi duchowymi wartościami, a nawet niechęć do posiadania dzieci, którą można zaobserwować w zachodniej Europie. Coraz trudniej jest ludziom coś osiągnąć, choć żyją dłużej i dłużej pracują, mają poczucie, że wszystko co zostało do odkrycia, jest już odkryte, to, co było do osiągnięcia - jest osiągnięte. Nie ma miejsca na świeżą krew.

Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)

Porozmawiajmy teraz o czymś świeżym w takim razie - ostatnio potwierdziłeś, że pracujesz nad nową książką, kontynuacją rozchwytywanej serii zapoczątkowanej przez „Metro 2033”. Od jak dawna myślisz o „Metro 2035” i osobistym powrocie do tuneli podziemnej kolejki w czasach po nuklearnej zagładzie świata?

- To zdecydowanie nie był impuls. Robiłem różne rzeczy przez ostatnie lata, ale zanim przystąpiłem do pracy, musiałem ukończyć pisanie i promocję książki „Futu.re”. Nad „Metro 2035” pracowałem więc najintensywniej w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy i skończę całość w maju. Książka ma się ukazać w Rosji już w czerwcu, dokładnie 12 czerwca, w Dzień Rosji, takie mamy ambicje, myślę też, że powinna być przetłumaczona na polski jeszcze przed Bożym Narodzeniem.

Mamy w Polsce całkiem prężnie działające środowisko fanów „Uniwersum Metro 2033", czyli tego literackiego świata, który ty powołałeś do życia, a który wciągnął potem tak wielu innych autorów.

- Cóż, fani muszą się nastawić na to, że moja nowa książka będzie inna, bardzo (śmiech). Powiem ci szczerze, że wciąż czuję się dziwnie, mając tylu fanów. Gdy zaczynałem pisać „Metro 2033”, nawet nie podejrzewałem, że coś takiego się stanie. Kiedy potem obserwowałem ten rozkwit, a po książce „Metro 2034” zaczęły spływać liczne opowieści innych autorów, zacząłem się obawiać, że wszystko to przerodzi się w jakąś franczyzę jak „Star Wars". Nie chciałbym, żeby „UM 2033" było jak „Uniwersum Star Wars". Przecież na początku wszystko było niezależną inicjatywą! Publikowałem swoje teksty za darmo w sieci, ludzie w tym uczestniczyli, nikt na tym nie zarabiał. Używałem postapokaliptycznej wizji przyszłości, w której mieszkańcy mojego miasta muszą żyć w tunelach metra, by snuć własne przemyślenia o społeczeństwie. Czuję się dziwnie, mając aż tylu tak zdyscyplinowanych miłośników. Jeszcze dziwniej się czuję, kiedy rozbijam w drobny mak ich oczekiwania. Przecież już druga moja książka w świecie „Metro 2033” różniła się od pierwszej, a „2035” to będzie coś z zupełnie innej bajki.

Od czasu premiery „Metro 2034” minęło sześć lat, w tym czasie inni autorzy napisali kilkadziesiąt książek rozgrywających się w realiach wymyślonych przez ciebie, wiele z tych opowieści toczy się właśnie w „twoim” moskiewskim metrze. Nie miałeś problemów, by wrócić na stare śmieci? Nie musiałeś robić notatek, by zachować spójność tego uniwersum?

- Właściwie to doszedłem do wniosku, że tych książek jest już za dużo, na szczęście większość rozgrywa się w 2033 roku, a ja akcję nowej książki - jak sam tytuł wskazuje - przenoszę do roku 2035. Zrozumiałe jest, że sporo się przez te dwa lata zmieniło, nie muszę więc czytać ponownie wszystkich tych książek, by napisać własną. Piszę coś odrębnego, samowystarczalnego, coś, co nie jest w aż takim stopniu zależne od wizji w pozostałych, cudzych opowieściach. W innym wypadku moja książka zamieniłaby się w niekończącą się wyliczankę cytatów. To by zniszczyło wszystko, nikt nie byłby szczęśliwy. Ponowna wizyta w miejscach, które sam opisałem jako pierwszy, jest naturalna. Teraz jednak opowiem o tym z zupełnie innej perspektywy, mój bohater dorósł, bo i ja dorosłem. Trzeba pamiętać, że „Metro 2033” pisałem jako nastolatek, ta książka ma już kilkanaście lat! Nie tylko ja się zmieniłem, zmienił się też świat.

Nie zaprzeczysz jednak, że doświadczenia zdobyte w ostatnich latach - te reporterskie i czytelnicze - nie pozostały bez wpływu na to, co i w jaki sposób opisujesz w nowej książce?

- Jasne. Całe moje życiowe doświadczenie, także związane z rodziną i wychowywaniem dzieci, z kobietami, z wojną, z podróżami, z pracą w Paryżu miało przełożenie na „Metro 2035”. Zabawnie jest pisać książkę, kiedy masz osiemnaście lat, bo to, co myślisz o świecie, jest właściwie remiksem wszystkiego, co przeczytałeś. Kiedy masz lat trzydzieści kilka, możesz już spokojnie pisać o tym, czego sam doświadczyłeś. Są oczywiście autorzy, którzy nagminnie kłamią o życiu, może dlatego, że boją się pisać prawdę, lękają się własnych przemyśleń? Sztuka jest pełna kłamstw. Ludzie nie zawsze chcą się obnażać, lubią ukryć to, co w nich niedoskonałe, mroczne. Nie wszyscy chcieli czytać „Futu.re” do końca, ale czy ta historia jest fałszywa? Czy ona nas oszukuje? Nie wydaje mi się To, co przytrafia się bohaterom moich książek z serii „Metro”, na bardzo ogólnym poziomie może przydarzyć się każdemu.

Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)

Wróćmy na chwilę do fanów i autorów, którzy zechcieli napisać swoje książki w twoim uniwersum. W Polsce właśnie ukazała się książka Siergieja Antonowa „Ciemne tunele” - dla nas to dziewiąta pozycja w uniwersum, dla ciebie była to jedna z pierwszych powieści.

- Dokładnie druga. Pierwsza najpewniej nigdy nie zostanie przetłumaczona na język polski.

Pamiętasz to uczucie, kiedy dostałeś pierwsze fanfiki [nazwa pochodzi od fan fiction - tekstów kultury tworzonych przez fanów w realiach wykreowanych przez pisarza, autora komiksu lub filmu - przyp. aut.]?

- Gdy w młodości zaczytywałem się w książkach Strugackich czy Harry'ego Harrisona, myślałem sobie: Cóż za wspaniałe światy wykreowali! Jak ja żałuję, że nie mogę czytać kolejnych historii w tych realiach! Ci autorzy tworzyli sporo, ale mimo że taki Harrison pisał kilkutomowe powieści, niedosyt pozostawał. Człowiek miał apetyt na więcej, ale właśnie w tym konkretnym świecie nie chciał go opuszczać w tym samym czasie co autor i przemieszczać się wraz z pisarzem do zupełnie innego świata. Wiem, że zjawisko fanfików nie jest nowe na Zachodzie, ale w literaturze rosyjskiej nie było obecne. Kiedy więc dorosłem, napisałem swoją książkę, która odbiła się takim echem, że ludzie zaczęli sami snuć opowieści w tej określonej literackiej rzeczywistości - pomyślałem, że to jest fajna szansa, by w jakiś sposób zrealizować marzenia z dzieciństwa i nie warto jej zmarnować!

To świetne uczucie - czytać jakąś wciągającą, ale opowiedzianą przez kogoś innego historię w świecie, który samemu się stworzyło. Jeszcze fajniej, jak można tego autora przedstawić czytelnikom. Zaskoczyło mnie to, że swoje książki w „UM 2033" zaczęli pisać ludzie z Wielkiej Brytanii, Włoch i z Polski. Być może niebawem ukażą się książki twórców z Niemiec i z Korei. Wydaje mi się, że w literaturze dzieje się coś takiego po raz pierwszy! Trudno jest nawet używać w kontekście kolejnych książek słowa fanfik, nie jest to też franczyza, to coś zupełnie innego. Nie publikujemy wszystkich tekstów, które do nas docierają, dokonujemy selekcji, tak jak w przypadku książki „Szepty zgładzonych” [dodawana do „Ciemnych tuneli” antologia z tekstami polskich fanów „UM 2033" - przyp. aut.]. Czasem sami zapraszamy autorów, żeby stworzyli coś specjalnie dla nas.

Kreujecie nowy literacki wszechświat pełen odrębnych bytów...

- ... tylko że to wychodzi nam samoistnie. Nigdy nie było to naszą ambicją.

A jak jest z innymi mediami - dwie gry, które rozgrywają się w UM 2033", wydają się być idealną odpowiedzią na zapotrzebowanie odbiorców żądnych tego, by bohaterowie wyszli z kart powieści. Gra pozwala na interaktywność. Czy to właśnie z powodu tej przewagi świata gier nad możliwościami stwarzanymi przez kino „Metro” nie doczekało się jeszcze ekranizacji?

- Cóż, rozmowy ze studiem filmowym są cały czas w toku. Nie ma natomiast pośpiechu. Rozumiem jednak twoje rozterki i dylematy innych fanów - kino wymaga innego języka niż literatura, oferuje też w zamian coś innego. Film, a może nawet dobrze poprowadzony serial mogłyby stanowić niezłą przygodę, chętnie współpracowałbym i odkrywałbym ten świat. Właściwie jestem z tej grupy odbiorców, która nie przykłada aż tak dużej wagi do tego, jak wierne książkom są ich ekranizacje.

Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)

W Polsce masz obecnie status jednego z najpopularniejszych współczesnych rosyjskich pisarzy. Jak jesteś postrzegany u siebie w kraju?

- Właściwie nie dbam o swoją pozycję, ona nie mówi niczego o tym, jakim jestem autorem, czy dobrze piszę, czy nie. Im jestem starszy, tym bardziej mam to w du*ie. Pozycja, listy sprzedaży, popularność, odznaczenia, nagrody - chrzanić to wszystko! Kiedy wydawaliśmy „Metro 2034”, byłem mocno zestresowany, teraz jest inaczej. Gdy widzę, że ludzie chętnie czytają moje nowe książki i chcą o nich dyskutować, to super, ale kiedy tak się nie dzieje - właściwie nie robi to na mnie wrażenia. Jedną z bardziej wyczerpujących rzeczy, jakie mogą się przytrafić pisarzowi, jest myślenie o tym, co ludzie sobie pomyślą.

Oczywiście, ale pytam o twoją pozycję nie bez powodu. Wiesz, Rosja bywa postrzegana w Polsce jako imperium zła, a ty z jednej strony jesteś jego przedstawicielem, a z drugiej - krytykiem.

- Uważam się za patriotę, natomiast jestem w stanie odróżnić coś, co jest umiłowaniem ojczyzny, od tego, co nazywam szalonym nacjonalizmem. To, co działo się w XX wieku, było dla nas destrukcyjne - zarówno dla pojedynczych ludzi, ich dusz, jak i dla kraju, narodu, czegoś ponadczasowego. Dla mnie bycie patriotą oznacza życzenie sobie, by nasi przywódcy wreszcie przestali popełniać te same, kurew***e błędy co ich poprzednicy w przeszłości! Nie mam zamiaru żyć w kraju kanibali, w kraju, w którym panuje wielki głód. Nie życzę sobie, by w moim kraju moja rodzina doświadczała kiedykolwiek takich represji politycznych jak poprzednie pokolenia Rosjan. To jest nasz kraj, ojczyzna! Nie chcę, żeby władza nas niszczyła.

Czy zdajesz sobie sprawę, że najwięcej krzywdy Rosjanom wyrządzili Rosjanie? Że to nasi przywódcy byli dla nas zawsze najokrutniejsi? To oni zmieniali naszych przodków w mięso armatnie na frontach Europy, to oni doprowadzili do tego, że ludzie umierali z głodu i wyczerpania. To oni pchali naszych dziadków do walki, a gdy ci zostali pojmani przez Niemców, zapominali o nich. Przypominali sobie dopiero, kiedy wyswobodzeni z niemieckich obozów pracy jeńcy wracali do ojczyzny. I wiesz co robiła nasza władza?! Zamykała tych biednych ludzi w naszych obozach! Na wszelki wypadek! 40 milionów ludzi zginęło na froncie, w łagrach i więzieniach, umierali też z powodu głodu i chorób, których nasi lekarze nie nadążali leczyć. Dla mnie patriotyzm oznacza poszanowanie naszego życia, to respektowanie praw zwykłych obywateli naszego kraju! Chcę żyć w kraju, w którym mogę się czuć normalnie! Ja nie mówię źle o Rosji, mówię źle o ludziach, którzy rządzą naszą ojczyzną, którzy są decyzyjni, mówię źle o ludziach, którzy zamiast prowadzić nas ku przyszłości, ciągną w przeszłość.

No właśnie, mówisz tyle mocnych rzeczy o władzy i o kraju, i wciąż żyjesz.

- Wiesz, nie zabijają ludzi za mówienie takich rzeczy w Rosji. Zabijają za zbieranie dowodów, za śledztwa prowadzone na własną rękę, a mające zdemaskować nieprawidłowości w państwie. Giną ludzie, którzy dowiadują się za dużo. Na przykład Boris Niemcow [były wicepremier, obrońca praw człowieka, krytyk współczesnej, agresywnej polityki terytorialnej Rosji, zastrzelony w lutym, w centrum Moskwy - przyp. red.] stał się ofiarą, ale podejrzewam, że nie z powodu krytyki władz, ale z kilku innych powodów, o znacznie szerszym, politycznym kontekście. Kilku politykom takie zabójstwo pomaga zbudować swoją pozycję w czasie wyborów.

Ja czuję się w miarę bezpieczny, choć przyznam, że to skomplikowana sytuacja. W życiu jednak trzeba podejmować pewne decyzje - na przykład o tym, czy zamkniesz gębę, jak wiele osób w tym kraju, czy powiesz coś. Kiedy masz odwagę mówić, bywasz też odsądzany od czci i wiary.

A z twojego punktu widzenia łatwiej jest żyć w Rosji teraz niż dziesięć lat temu?

- Nie wydaje mi się. Z materialnego punktu widzenia odrobinę się polepszyło, ale mamy znacznie mniej wolności niż kiedyś. Oczywiście teraz i tak jest o wiele lepiej niż ćwierć wieku temu, co nie znaczy, że jest idealnie. Czasem myślę, że dziesięć lat temu było lepiej, bo byłem młodszy i z pewnych spraw nie zdawałem sobie sprawy (śmiech). Dekadę temu byłem znacznie większym optymistą.

Stąd ta pozytywna wizja zagłady atomowej w „Metro 2033” (śmiech). Założę się też, że wcale nie jest łatwo wychowywać dzieci w takiej atmosferze?

- Tak, musiałem podjąć decyzję, gdzie w ogóle zamierzam wychowywać swoje dziecko, czy na emigracji - bo miałem taką szansę, czy w ojczyźnie. Potem pojawiło się pytanie o to, jak wychowywać dziecko: czy w świecie abstrakcyjnych idei - wolności, czy autokracji, czy może w kraju jego przodków, w konkretnych realiach, w miejscu, w którym ludzie mówią konkretnym językiem. Właśnie z powodu dziecka trudno mi było podjąć decyzję o emigracji. Sam opuszczałem kraj trzy razy, nigdy nie było to łatwe.

Dmitrij Głuchowski (fot. materiały prasowe)Dmitrij Głuchowski (fot. materiały prasowe)

Poczułeś te drobne różnice kulturowe między ludźmi Wschodu a ludźmi Zachodu - w wyznawanych wartościach czy choćby gościnności?

- O tak, bardzo to odczułem. Ludzie Zachodu bardzo się od nas różnią, może nawet nie chodzi o wartości czy wrażenie, że na przykład Niemcy są nieludzcy, a Francuzi są niedostępnymi snobami. Najsilniej poczułem, że Europa jest nudna. Nie ma tu zbyt wiele miejsca dla ludzi, nie ma przestrzeni na to, by realizowali się, zdobywali nowe stanowiska czy spełniali marzenia, nisze są zajęte, niewiele jest tu do zrobienia, trudno jest rozwijać karierę. W USA masz to poczucie, że jest wiele szans, które możesz wykorzystać, że zdarzają się sprzyjające okoliczności i zawsze może wykiełkować coś nowego. W moim kraju za czasów sowieckich były ograniczenia, nie dało się zajść za daleko, ale kiedy ZSRR się rozpadło, poczuliśmy, że nagle możemy wszystko, dosłownie wszystko. Lata 90. były okresem absolutnego chaosu i wolności, ludzie, którzy byli wystarczająco pomysłowi i odważni mogli osiągnąć bardzo dużo. To się zmieniło.

W Europie widzisz głównie „szklany sufit” - nigdy nie będziesz wystarczająco dobry, bogaty, sławny, wolny, nigdy nie będziesz spełniony. Możesz wyjechać do Afryki i zająć się wolontariatem albo pracować, pobierając niską pensję do swojej śmierci. Kiedy pracowałem jako dziennikarz w Niemczech czy we Francji, nie miałem poczucia, że mogę osiągnąć wiele. Wszystkie stanowiska powyżej były obsadzone, wszystkie karty już dawno rozdane, porządek był z góry ustalony.

Zupełnie jak w twojej ostatniej książce.

- Tak, „Futu.re” wyniknęła bezpośrednio z moich doświadczeń związanych z emigracją. Przyjechałem do Francji, mając dwadzieścia dwa lata, w wieku dwudziestu pięciu już się okazało, że nie mam tam czego szukać, mogę do końca życia być średniakiem. Chcesz awansować?! Ale jak to?! Zbyt często okazuje się, że wiele rzeczy jest niemożliwych, że tego się nie da zrobić. W pewnym momencie po prostu nie było już dla mnie miejsca. Nie chcę żyć w świecie, w którym nie ma miejsca dla młodych ludzi i nowych pomysłów. Taki świat nie ma dobrej przyszłości.

(fot. materiały prasowe)(fot. materiały prasowe)

Książki Dmitrija Głuchowskiego są dostępne jako e-booki w Publio.pl

Dmitrij Głuchowski. Pisarz i dziennikarz rosyjski. Debiutował kilkoma opowiadaniami, ale popularność przyniosła mu wydana w 2005 roku powieść postapokaliptyczna „Metro 2033”, która zainspirowała pisarzy i fanów do tworzenia własnych książek w tym samym uniwersum. Obecnie jest jednym z najpopularniejszych współczesnych rosyjskich pisarzy, specjalizuje się w opowieściach science fiction o silnym socjologiczno-politycznym rysie.

Więcej o: