Jestem niedysponowana, poproszę urlop menstruacyjny

W liceum, gdy miałyśmy okres mogłyśmy zgłosić niedysponowanie i uniknąć krępujących sytuacji na lekcjach WF. Niestety w życiu dorosłym to tak nie działa. A szkoda, bo czasem ból jest tak uciążliwy, że chciałbym ewakuować się z własnego ciała, nie wspominając już o pracy w takich okolicznościach.

Okres nie jest fajnym zjawiskiem. „Ta sprawa” nie została najszczęśliwiej rozwiązana. Szczerze mówiąc, to rozwiązana jest beznadziejnie. Wie to każda kobieta. A w szczególności te, których prześcieradła po krwawej nocy przypominają flagę Japonii. Pomijam ogólny dyskomfort związany z tym, że wypływa ze mnie płyn ustrojowy, a dzięki hormonom staję się potworem, potrafiącym rozpętać awanturę o cokolwiek. Tak, o cokolwiek, mężu. O twoje nierozsądne pytanie, dotyczące tego, czy mamy masło - również. Jednak hormony, fochy i humory można jakoś znieść. Przemilczeć, unikać oraz ignorować. Najgorszy jest ból. Ten paskudny rodzaj tępego bólu, od którego robi się słabo, który rozsadza brzuch i sprawia, że chcę się teleportować z własnego ciała. I ta świadomość, że tak jest co miesiąc!

„Przyczyną bólu podczas okresu mogą być hormony, a konkretnie nadprodukcja prostaglandyn, czyli substancji powstających w macicy pod wpływem progesteronu. Ich nadmiar powoduje złuszczenie błon śluzowej macicy i jej intensywne, bolesne skurcze. Za dyskomfort podczas miesiączki odpowiedzialna jest też kobieca anatomia. Wąska szyjka macicy utrudnia wypływ krwi, zmuszając macicę do mocniejszych skurczy - które powodują ból” - co wytłumaczył mój ginekolog. Zdarza się, że po porodzie naturalnym, menstruacja nie jest już tak bolesna, ponieważ dzięki temu, że dziecko „przeciera szlak”, szyjka macicy się rozciąga. Nie jest to jednak moja historia, ponieważ miałam dwie cesarki. I co miesiąc faszeruję się kilogramem leków, żeby jakoś przetrwać te „trudne dni”.

zestaw pierwszej pomocy /fot. Magda AcerZestaw pierwszej pomocy /fot. Magda Acer

W ciągu 15 lat pracy zdarzyło mi się kilka razy wziąć wolne z powodu bolesnego okresu. Brzuch bolał mnie tak, że byłam w stanie tylko leżeć w pozycji embrionalnej pod kołdrą i nie myśleć o niczym. Ostatnio w pracy zrobiło mi się słabo, więc pół godziny spędziłam na podłodze pod biurkiem w oczekiwaniu na farmaceutyczny cud. Marząc o tym, żeby nie musieć być w pracy.

Przeczytałam kilka artykułów na temat urlopów menstruacyjnych - rozwiązania, na które zdecydowały niektóre państwa w Azji. Pierwsza była Japonia - tam urlop menstruacyjny czyli seirikyuuka wprowadzono w 1947 roku. Co ciekawe, jak pisze Alice J. Dan w publikacji „Kultura, społeczeństwo i menstruacja”, nowe prawo było „symbolem kobiecej emancypacji, reprezentowało możliwość kobiet do otwartej dyskusji na temat ciała i pozwalało im na zyskanie społecznego uznania w roli pracowników”. Przepisy w kraju kwitnącej wiśni umożliwiają kobietom skorzystanie z urlopu menstruacyjnego w przypadku spełnienia dwóch warunków. Po pierwsze, jeśli silny ból znacząco utrudnia pracę oraz gdy praca sama w sobie jest szkodliwa dla ciała kobiety, podczas okresu (cokolwiek by to oznaczało). Prawo nie reguluje liczby dni przysługujących na ten rodzaj urlopu.

Na Tajwanie, od 2013 roku kobiety mogą skorzystać z trzech dodatkowych dni urlopu w ciągu roku. W Indonezji jest jeszcze lepiej, ponieważ kobietom teoretycznie przysługują dwa dodatkowe dwa dni urlopu w miesiącu, choć niektóre firmy w ogóle nie respektują tych przepisów, a inne chcą dowodów, że urlop się należy! Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ten przywilej wprowadzono jak do tej pory tylko w krajach azjatyckich. Przecież ból podczas okresu dotyczy kobiet na całym świecie. W jednym z artykułów znalazłam takie wytłumaczenie: „Azjatycka polityka urlopu menstruacyjnego wydaje się być oparta na wątpliwym naukowo przekonaniu, że kobiety, które nie odpoczywają podczas miesiączki będą mieć trudności w czasie porodu. Niektórzy mówią, że istniejące prawo sprzyja bardziej traktowaniu kobiet jako przyszłych inkubatorów niż cenionych pracowników.”

Z jednej strony, podpisałabym się obiema rękami za wprowadzeniem dodatkowego, płatnego urlopu menstruacyjnego, dajmy na to, na zasadach podobnych do urlopu na żądanie - czyli cztery dni w ciągu roku. Ale z drugiej strony odzywa się ta „rozsądna i sceptyczna ja” - skoro przez tyle lat dawałam sobie „z tym” radę oraz miliony kobiet na świecie również, to może trzeba zacisnąć żeby i nałykać się mieszanki ibupromu z nospą i jakoś przewegetować ten dzień czy dwa, kiedy boli najbardziej. Bo niestety takie urlopy mogą tylko pogorszyć sytuację kobiet na rynku pracy. Logicznym jest, że pracodawca będzie wolał tego pracownika, któremu należy się mniej płatnego urlopu. Póki co nie mamy takiego problemu urlopu w Polsce, więc pozostaje nam włączenie trybu dzielność i łykanie proszków przeciwbólowych.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

 

Więcej o: