MRU moich marzeń - relacja z wyjazdu do MRU cz.2

Trzydzieści trzy godziny, tysiąc kilometrów na powierzchni i setki metrów pod ziemią, sześć godzin snu, jedna zapiekanka, makaron, sucharki, woda, herbata i kawa grzana na prymusie. Nietoperze, lasy, pustostany, bunkry i tunele - tak, w skrócie, wyglądał mój weekend w środku tygodnia.

Było fantastycznie. Wróciłam zmęczona, ale tylko dlatego, że chciałam zobaczyć jak najwięcej. O wizycie w okolicach Międzyrzecza w zachodniej części Polski marzyłam od dawna. Nie skłamię, jeśli powiem, że od dziecka. Po prostu wraz z ojcem zwiedzałam czasem miejsca dość specyficzne: sztolnie, kamieniołomy, fabryki, forty. Do MRU wciąż tylko planowaliśmy się wybrać, ale jakoś nigdy nie dotarliśmy. Wreszcie nadszedł moment, kiedy dorosłam, poznałam właściwych ludzi i to oni postanowili pokazać mi okolicę tak, by lepiej poczuć jej ducha.

Dzień pierwszy - godzina próby

- Zobaczysz w tamtych tunelach czas płynie inaczej - powiedział mi jeden z kolegów, drugi rzucił enigmatycznie "Pozdrów od nas Wilgotną Marthę". Właściwie wolałam nie wnikać, co mają na myśli, nie przygotowywałam też dla siebie żadnego konkretnego planu zwiedzania - po prostu zdałam się na moich przewodników. Gdy w poniedziałek późnym popołudniem dojeżdżaliśmy na miejsce, do małej wioski Pniewo doklejonej do malowniczej, nieco większej wioski Kaława, słońce paliło niemiłosiernie, a na horyzoncie powoli zbierały się ciężkie burzowe chmury. Na początek Jacek Podemski (świetny przewodnik, którego kojarzyć możecie dzięki programowi "Wstęp Wzbroniony") zabrał mnie na spacer krótką trasą turystyczną, żebym choć odrobinę poczuła klimat, zanim ruszymy tam, gdzie wycieczki zazwyczaj nie chodzą.

Nasza baza wypadowa i hotel w jednym. Dla bardziej wymagających są w okolicy bardziej konwencjonalne noclegi. fot. Filip ChlebdaNasza baza wypadowa i hotel w jednym. Dla bardziej wymagających są w okolicy bardziej konwencjonalne noclegi. / fot. Filip Chlebda

Obejrzeliśmy stojący przy drodze przejazdowej przez Pniewo Panzerwerk 717, chlubę miejscowego Muzeum Fortyfikacji i Nietoperzy. Superwytrzymały i pięknie odrestaurowany obiekt stanowi część większej całości znanej jako Grupa Warowna Scharnhorst. Ta z kolei łączy się z resztą olbrzymiego podziemnego systemu korytarzy i tuneli kolejki wąskotorowej, które ciągną się na długość ponad trzydziestu kilometrów.

Zejście do podziemnego świata. fot. Filip ChebdaZejście do podziemnego świata. fot. Filip Chebda

Schemat tego podziemnego świata przypomina liść, albo rzekę z mniejszymi lub większymi dopływami. To drugie skojarzenie jest może nawet bardziej słuszne, zwłaszcza, jeśli zdacie sobie sprawę, że w każdym z tuneli jest jeszcze przestrzeń ukryta pod chodnikiem. Tamtędy spływała woda - od krótszych odnóg rozchodzących się do rozsianych po okolicznych pagórkach panzerwerków (ciężkich schronów bojowych) do głównych korytarzy stanowiących kręgosłup dla całego tego niesamowitego systemu fortyfikacji.

Trele zgrzyty, szepty

Zamiast zejść do podziemi właśnie przez PzW 717, idziemy z Jackiem na spacer zębami smoka. Przyznacie, że jest to piękne określenie na szereg wystających z wału żelbetowych stożków, które miały za zadanie zatrzymać polskie czołgi i wozy bojowe. Miejscowe zęby smoka są tak dobrze wykonane i zachowane, że nie sposób ich wytargać z ziemi nie uszkodziwszy przy okazji sprzętu - podobnie jak miejscowe schrony, tak i te zębiszcza kryją pod ziemią większą część swej struktury. Idąc między kolejnymi słupami rozmawiamy o tym, że zgodnie z ówczesną doktryną wojenną Niemiec - Polska stanowiła poważne zagrożenie, zwłaszcza jako sojusznik Francji. Teren zaś, na którym zaplanowano budowę umocnień, dziś znanych jako MRU, miał zamknąć najszybszą drogę dotarcia do Berlina. Rozmawiamy też o ówczesnych fortyfikacjach, zwłaszcza o tym, że w latach trzydziestych Niemcy uważnie obserwowali to, co powstaje w innych europejskich krajach, starając się nie powtarzać cudzych błędów.

Wśród śpiewu ptaków i pomruków burzowych docieramy z Jackiem do PzW 716. Tu łatwo zdać sobie sprawę, dlaczego niemieckie fortyfikacje z lat trzydziestych przetrwały do dziś - choć Armia Radziecka nalegała, by obiekty te zniszczyć - koszt takiego działania okazał się być absurdalnie wysoki. Firmy zatrudnione przez Hitlera do wykonania ciężkich kopuł i żelbetowych konstrukcji schronów, wywiązały się ze swego zadania nie tylko niebywale szybko (to, co możemy oglądać dzisiaj wykonano ledwie w dwa lata), ale też szalenie solidnie - wszelkie próby ostrzeliwania i wysadzania w powietrze okazywały się mało skuteczne, a zniszczenia nieszczególnie imponujące.

Wchodzimy we dwójkę do labiryntu górnej części panzerwerka. Tu znajdował się moździerz, miotacz płomieni, stanowiska strzelnicze i dzwon obserwacyjny. Dalej ukryta jest klatka schodowa która prowadzi w dół. W planach była też winda, ale obecnie w żadnym z obiektów tego typu nie ma takiej maszyny. Schodzimy więc metodą konwencjonalną. Powietrze jest tu świeże, temperatura obniża się z każdym metrem. Na dole zazwyczaj oscyluje wokół 10 stopni Celsjusza, choć im zimniej na powierzchni, tym cieplej tutaj - i odwrotnie. Pogłos niesie się po tunelach. Przez moment nawet mam wrażenie, że nie jesteśmy tu sami, ktoś za nami idzie. Nabieram się na to dwa razy. Dwa razy Jacek uspokaja, że to tylko echo.

Tak to właśnie działa - zmysły ludzkie dziwnie reagują w podziemiu. Przekonałam się o tym także następnego dnia, gdy ruszyliśmy z Filipem, moim niezastąpionym fotografem, kierowcą i miłośnikiem urbexu, tropić Grupę Warowną Schill.

Po przejściu przez labirynt podziemnych koszar, magazynów i pomieszczeń technicznych wyszliśmy na długi korytarz podziemny. Omiotłam mocnym światłem latarki mrok przed sobą i wtedy zauważyłam Jego. Stał na końcu korytarza, hen, daleko przed nami.

- Ktoś tam jest! - szepnęłam do Filipa

- To taki żart, facet jest namalowany - mówi mi towarzysz. Ta odpowiedź mnie nie przekonała. Mogłabym przysiąc, że co jakiś czas się ruszał, choć cisza, jaka towarzyszyła nam w podziemiach przeczyła temu. Ignorując niepokój szłam dalej, by wreszcie się przekonać, że Filip miał rację. To tylko taka gra pozorów, ale jakże dobrze wykonana. Z odległości kilkudziesięciu metrów mural wygląda jak mroczny dziwak, tunelowy psychol

Dwoje tunelowych dziwaków, fot. Filip ChlebdaDwoje tunelowych dziwaków, fot. Filip Chlebda

Grupa Warowna Schill może przyciągać szaleńców i dziwaków - to w końcu dwa Panzerwerki połączone tunelem, który nie odgałęzia się w kierunku reszty sieci. W ten sposób grupa warowna stanowi autonomiczną jednostkę. Warto ją odwiedzić także dlatego, że jest pięknie usytuowana, tuż obok jeziora, zaraz obok wiaduktu i linii kolejowej, w środku pachnącego po wiosennym deszczu lasu.

Opuszczamy Schilla, fot. Filip ChlebdaOpuszczamy Schilla, fot. Filip Chlebda

Opuszczając to miejsce nie warto od razu uciekać do MRU, tylko przeciąć drogę do Międzyrzecza i zajrzeć do Kęszycy Leśnej. To niesamowite miasto powstało w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Dokładnie w 1927 roku w środku lasu Niemcy rozpoczęli budowę zespołu koszar dla Żołnierzy Wehrmachtu. Kilkupiętrowe domy o skośnych dachach ustawiane równolegle i prostopadle do drogi wyznaczającej główną oś miasteczka mają burzliwą przeszłość. Najbardziej zaskakiwać zaś może informacja o tym, że stacjonowały tu pododdziały Indyjskiej Armii Narodowej, a sąsiadami Hindusów byli Walonowie. Między budynkami mieszkalnymi rozlokowane były schrony bojowe, całość zaś stanowiła doskonałe zaplecze dla rejonu umocnionego. Tu zbiegały się linie kolejowe, po których obecnie zostały ledwie pojedyncze tory, albo już tylko ogołocone z szyn i podkładów ścieżki. Po wojnie Kęszycę przejęła Armia Polska, która stacjonowała tu do 1956 roku, po niej zaś miasto koszar we władanie przejęła Armia Radziecka. W spadku po niej został nam dramatycznie kiczowaty pomnik łącznościowca i dostawiony gdzieś w ukryciu za druga linią niemieckich budynków blok z wielkiej płyty.

Pomnik radzieckiego łącznościowca, fot. Dominika WęcławekPomnik radzieckiego łącznościowca, fot. Dominika Węcławek

Sama Kęszyca Leśna ma przedziwny, odrealniony klimat. Z jednej strony w podwórkach kwitną tu magnolie, część budynków ma wyremontowane okna i ściany wciąż czyste, z drugiej - pustostany, które aż się proszą o jakąś tragedię, albo przynajmniej zwiedzanie. Kto jednak liczy na wyszperanie intrygujących artefaktów spóźnił się o dobre 20 lat. Ostatni żołnierze radzieccy opuścili to miejsce w 1993 roku.

Nie jest tu zbyt przytulnie, fot. Filip ChlebdaNie jest tu zbyt przytulnie, fot. Filip Chlebda

My nie zamierzamy się żegnać z Kęszycą Leśną na stałe. Po prostu jednego dnia musimy zajrzeć na most obrotowy, przejechać się transporterem opancerzonym po parkingu, chcemy też wyruszyć na Pętlę Nietoperską, nie możemy więc zasiadywać się na klimatycznych strychach miejscowych pustostanów...

Pod Nietoperkiem

Tam najłatwiej zauważyć, jak przydatne może być porządne oświetlenie i dobre rozeznanie w terenie. Tunelowa odnoga kolejowa rozgałęzia się i łączy zachęcając do tego, by już stąd nie wyjść. Oczywiście zdecydowana większość tych, którzy zginęli w wypadkach na MRU, to młodzi ludzie, których poniosła brawura, albo wykonywali głupie rozkazy przełożonego.

Rozgałęzienia na Pętli Nietoperskiej, fot. Filip ChlebdaRozgałęzienia na Pętli Nietoperskiej, fot. Filip Chlebda

Na pętli znaleźć można TO COŚ, niepowtarzalny klimat i magię. Tu naprawdę można złapać tunelowego bakcyla i zechcieć wrócić na miejsce na dłużej. Najlepiej w towarzystwie dobrych przewodników. Nas prowadzi Kamil, który mimo młodego wieku sprawia wrażenie miejscowego wilka chodnikowego. Każdy z miejscowych przewodników opowie wam ciekawe historie, zarówno o tym, co działo się tu w ostatnich dekadach (na przykład pokaże ślady po oponach dużego Fiata, który nie wyrobił się na jednym z zakrętów), ale i pięknie odmaluje obrazy z przeszłości, kiedy to "w kłębach dymu i chmurach pary sam Hitler wysiadał ze swojego pociągu Ameryka, by przesiadłszy się do jednego ze specjalnych mercedesów wybrać się tu z wizytacją...".

Cześć Martha! fot. Filip ChlebdaCześć Martha! fot. Filip Chlebda

Na takich dworcach jak Martha (to ona - ta wilgotna! Zawsze tonąca w kałużach) - można też poczuć się jak odkrywca. Wiadomo, że przed nami było tu wielu, ale... Wciąż łatwiej tu o spokój i samotność, niż w wielu innych "największych atrakcjach turystycznych Europy". Od mojego powrotu stamtąd minęło już kilka dni, ale zdradzę wam jedno - moje serce tam zostało i wciąż nie umiem przestać tęsknić za tym podziemnym miastem. Wsiąkłam na dobre i chyba na zawsze zgubiłam się w tych tunelach.