Robert Zarzecki: Mój syn Gabryś opisuje mi świat

Robert traci wzrok, więc jego syn - sześcioletni Gabryś - zastępuje mu oczy. Nam Robert Zarzecki opowiada o tym doświadczeniu, ojcowsko-synowskiej więzi, niewidomej załodze żeglarskiej i Niewidzialnej Wystawie, którą zwiedza się po ciemku.

Można wpaść w kompleksy, czytając o twoich zajęciach: rajdy samochodowe, regaty, niezliczone przedsięwzięcia artystyczne. A jesteś osobą z poważną wadą wzroku! Jak ty to robisz?

ROBERT ZARZECKI: Z natury jestem aktywny, trudno mi usiedzieć spokojnie, muszę ciągle coś robić. Od jakiegoś czasu wiem, co dzieje się z moim wzrokiem, tracę go, więc szukam dla siebie różnych nowych możliwości. Od mniej więcej czterech lat uprawiam żeglarstwo, bo trafiłem na informację, że jest taki ośrodek w Giżycku, w którym działa Polski Związek Żeglarzy Niepełnosprawnych, który organizuje warsztaty żeglarskie. Zadzwoniłem więc do nich, bo kiedy sprawdzałem stronę, to żona mi opisywała że na zdjęciach są głównie osoby o kulach i na wózkach. Ale okazało się, że osoba słabowidząca też może bez problemu wziąć udział w warsztatach. Pojechałem i spodobało mi się to pływanie - na małych jednostkach na jeziorze cały czas coś się dzieje. Kolejnym krokiem było więc zrobienie patentu żeglarskiego, co również okazało się możliwe w PZŻN. Przy okazji namówiłem swojego siostrzeńca - z tą samą wadą wzroku chłopaczek - i obaj zrobiliśmy patent. Od tej pory te żagle często mi łopoczą, choć nie podobają się mojej żonie, bo ona z kolei uważa, że nic się tam nie dzieje: tylko woda i drzewa!

Ale regaty to już więcej emocji i "dziania się”?

- W mojej załodze na ogół jest tak, że większość jest niewidoma lub słabowidząca i tylko dwie-trzy osoby widzą - to one zajmują się nawigacją i czytaniem map, żebyśmy wiedzieli, co jest przed nami lub pod nami. Osoby niewidome wykonują wszystkie pokładowe prace - żagle, wiosła, ja jestem sternikiem. Dla mnie to jest przede wszystkim dobra zabawa, a dla niektórych uczestników pierwsze zetknięcie z żeglarstwem. Dwa lata temu miałem załogę, w której poza mną i kolegą nikt z dziewięcioosobowej obsady łódki nie miał pojęcia o żaglach, nie siedział wcześniej na łódce.

Nie było to trochę ryzykowne?

- Zależy, co chce się osiągnąć. To jest dla mnie swojego rodzaju przygoda - 24 godziny na wodzie, ale ja nigdy nie płynę na zabój, z założeniem, że moja łódka ma wygrać. Jeśli zachodzi taka potrzeba, to po prostu odpuszczamy. Trzy lata temu miałem na pokładzie chłopaka, który był po przeszczepie i każda infekcja byłaby dla niego ryzykiem, więc spłynęliśmy na dwie godziny przed planowym zakończeniem regat, bo facet tak się trząsł już na łódce, że bałem się o niego. Staram się podejmować tego typu decyzje w sposób odpowiedzialny. Pływam też rekreacyjnie z synem, ale na regaty bym go nie zabrał - właśnie ze względu na ryzyko.

Robert Zarzecki (archiwum prywatne)Robert Zarzecki (archiwum prywatne)

To właśnie twój syn Gabryś jest tak naprawdę powodem naszej rozmowy - użyczył głosu jednej z postaci w filmie "Sekrety morza” i tak się dowiedziałam o nim i o tobie. Podobno syn trochę zastępuje ci oczy? Ty kosisz trawę, a Gabryś mówi ci, czy równo.

- Tak to wygląda właśnie! Gabryś idzie dwa metry przede mną i pokazuje mi gdzie jeszcze trawa nie jest skoszona. Do pewnych rzeczy faktycznie staram się go zmobilizować i to jest wspólne działanie, które ma taki wydźwięk pedagogiczny w naszej ojcowsko-synowskiej relacji. Na ogół wygląda to tak, że chodzę z synem za rękę albo on siedzi na mojej szyi i opisuje mi świat, sytuacje i przestrzeń, która nas otacza.

Taka audiodeskrypcja?

Owszem! Bardzo często opowiada mi na przykład o chmurach - jak wyglądają, z czym mu się kojarzą ich kształty - ostatnio widział jaszczurkę z ogonem jak wiertarka. Tak, jak widzi, tak mi to opisuje. Natomiast w domu wiele rzeczy robimy wspólnie. Teraz na przykład Gabryś jest po zabiegu związanym z jego wadą wzroku i ja mam problem z tym, żeby mu wpuścić krople do oka, więc albo bierze moją rękę i ją sobie nakierowuje na gałkę oczną albo sam sobie wpuszcza.

Sekrety Morza (materiały dystrybutora)Sekrety Morza (materiały dystrybutora)

Dzielny chłopak! Czy praca nad dubbingiem szła mu równie sprawnie?

- Miałem nadzieję, ze go to zafascynuje i wciągnie, ale chyba jednak zestresowały go te mikrofony i powtórki, bo niektóre kwestie trzeba było powtarzać po pięć-sześć razy. Na szczęście mam kilka rodzicielskich forteli, by przekonać go do dalszej współpracy - lody na pewno pomagają! Przez jakiś czas występ był tematem tabu w naszym domu, bo Gabryś miał etap wstydzenia się. Ale zobaczył film i myślę, że mu się spodobało. Teraz sam wspomina o filmie, dubbingu i nie może się doczekać aż bajka wyjdzie na DVD, by ją kupić. Myślę, że gdyby była taka sytuacja znów, to Gabryś chętnie by wziął w tym udział, o czym nie było mowy przed pokazem filmowym.

Ja też już mam pokaz za sobą i jestem zachwycona - zarówno filmem, który jest przepiękną i mądrą bajką, jak i głosem Gabrysia, który brzmi bardzo profesjonalnie, a on ma przecież zaledwie sześć lat!

- To że wziął udział w tym projekcie było właściwie dziełem przypadku. Znajoma, która organizowała casting, Beata Kawka, napisała na Facebooku, że szuka dziecka do roli, a ja właściwie żartem odpisałem, że mam synka w odpowiednim wieku. Ale czy on się nadaje, czy to jest właściwa barwa głosu? Wysłałem próbkę jego głosu i niemal natychmiast była decyzja, by obsadzić Gabrysia w roli małego Bena. Dość szybko to się potoczyło.

Ty masz swoje własne doświadczenie z nagrywaniem głosu - użyczałeś go jednej z postaci w audiobookowej wersji "Cafe pod Minogą” Wiecha. Jak trafiłeś do tego przedsięwzięcia?

- Kiedy chodziłem do szkoły, grałem w amatorskim teatrze Krzesiwo, do którego wciągnął mnie niesamowity człowiek, Ryszard Polaszek. Występowałem u niego przez 10 lat, przez cały okres edukacji w szkole dla dzieci słabowidzących na Koźmińskiej. Na tyle mnie zaraził aktorstwem, że jest w jakiś sposób obecne w moim życiu cały czas - próbowałem dostać się do szkoły aktorskiej, a kiedy sam zacząłem pracować z młodzieżą jako nauczyciel, to też zorganizowałem im teatr, zrobiwszy wcześniej uprawnienia instruktorskie w Mazowieckim Ośrodku Kultury i Sztuki. Do produkcji audiobooka "Cafe pod Minogą" trafiłem zaś dzięki Michałowi Zdziarskiemu. Prowadziłem go niegdyś po Niewidzialnej Wystawie. Rozmawialiśmy. Opowiedziałem mu o swoich aktorskich marzeniach. Kilka miesięcy po tym, gdy się spotkaliśmy, opowiedział o pomyśle zrobienia takiego audiobooka. Cały czas jednym z moich marzeń jest jednak zagranie w dużej produkcji filmowej lub serialowej.

A czym się zajmujesz kiedy nie zajmujesz się milionem swoich aktywności?

- Śpię! A tak serio, to jeszcze dwa lata temu pracowałem w szkole, bo jestem z wykształcenia pedagogiem. Bardzo lubiłem tę pracę, zwłaszcza że w mojej szkole było dużo czeczeńskich uchodźców i ja się nimi zajmowałem, tym żyłem. Musiałem jednak zrezygnować, bo byłem już na takim etapie niewidzenia, że nie mogłem brać odpowiedzialności za drugiego człowieka, za dzieci. Wymyśliłem więc, by zająć się masażem i właśnie kończą się dwa lata mojej zabójczej wędrówki po zdobycie uprawnień technika masażysty. Chciałbym otworzyć własny gabinet masażu leczniczego i relaksacyjnego z takim wyjściem w stronę fizjoterapii także. Niebawem zdaję egzamin technika masażysty i jednocześnie studiuję fizjoterapię, żeby nie tracić czasu. To powinno się udać! Choć otwieranie własnego gabinetu jest naprawdę trudne i wymaga przejścia przez zasieki przepisów, obostrzeń.

Jako niepełnosprawnemu nie jest ci łatwiej? Nie ma jakichś ulg czy preferencji?

- Jeśli chodzi o profity dla niepełnosprawnych, to takich nie ma w kwestii wynajmowania lokali. Nie jestem zwolennikiem narzekania, ale pomoc osobom niepełnosprawnym w naszym kraju to jest teoria, a praktyka jest taka, że liczy się kasa. To, że jestem niepełnosprawny, że chcę wynająć lokal i zatrudniać inne osoby niepełnosprawne, niewidome czy słabowidzące, nikogo nie interesuje. Ważne jest tylko, ile pieniędzy mogę zaoferować, ubiegając się o wynajem. Nie chcę jednak, by to brzmiało tak, że się użalam. Chcę prowadzić działalność komercyjną, jak wielu. Staram się myśleć pozytywnie - że prędzej czy później znajdę sposób, by taki lokal zdobyć. Od dwóch lat uparcie dążę do tego celu - a wymagało to ode mnie sporo samozaparcia, bo codzienne dojazdy spod Warki na zajęcia w Laskach oznaczały wstawanie o 4.30 - i nie pozwolę, by to się rozbiło o jakieś głupie przeszkody.

Napomknąłeś o swoich ambicjach aktorskich - widziałam twój występ w filmiku instruktażowym o wizycie niewidomej pani w banku - świetna rola ochroniarza!

- Ja tego nawet nie widziałem! (Śmiech).

To chyba jednak bardziej postulaty, jak powinno być, niż to jak faktycznie jest? Jak osoby z dysfunkcją wzroku radzą sobie w sytuacjach wymagających wypełniania formularzy w urzędach czy bankach?

- Wiele zależy od tego, jacy ludzie tam pracują, ale powiem ci, że wygląda to słabo. Jest urząd, nazwy specjalnie nie wymienię, bo nie chce im robić wstydu, mają w nim dokumenty dla niewidomych. Tylko, że one są kompletnie niedostosowane do tego, żebym ja komputerowo je mógł obsłużyć za pomocą czytnika ekranu, którym posługuję się w codziennym życiu. Nie wiem skąd ta bezmyślność. Oprowadzałem kiedyś po Niewidzialnej Wystawie panią z Biura Pełnomocnika Rządu ds Osób Niepełnosprawnych i ona zadeklarowała mi pomoc w każdej sytuacji, gdy będzie to potrzebne. I faktycznie, przerabia dla mnie dokumenty różnych innych instytucji tak, bym mógł z nich korzystać, ale to powinno odbywać się jednak w innym trybie.

Opowiem ci jeszcze anegdotę. Jestem w urzędzie w Grójcu, przyjmuje mnie pani do obsługi osób niepełnosprawnych - podkreślam. Stoję przed nią z moją białą laską w ręce. Pani mnie pyta czy mam komplet dokumentów. Tak, oczywiście. Czy mam dowód osobisty. No jasne, jestem dorosłym człowiekiem, przyjechałem załatwić konkretną sprawę, przejrzałem wcześniej na stronie jakie dokumenty są potrzebne - wszystko mam. A pani pyta czy mam też kserokopie. Nie, bo nie znalazłem informacji, że są wymagane. Pani zapewnia mnie, że informacja jest i przynosi mi karteczkę formatu A5, mówiąc: tu jest napisane, proszę się z tym zapoznać, bo pan widzi, prawda? Więc spojrzałem na panią z politowaniem i mówię: to co mam w rączce to jest biała laska, noszą ją osoby bardzo słabo widzące albo kompletnie niewidome, one zazwyczaj nie widzą. "Ale słyszy mnie pan dobrze, taaak?” - zapytała pani, wolno, głośno i wyraźnie, akcentując każde słowo. A więc tak to to właśnie wygląda w urzędach.

Sekrety Morza (materiały dystrybutora)Sekrety Morza (materiały dystrybutora)

Niewidzialna Wystawa - to jest zupełnie niesamowita idea, by osoby widzące z niewidomym przewodnikiem przez godzinę przebywały w kompletnej ciemności, odcięte od zmysłu wzroku i uczyły się poznawać różne obiekty innymi zmysłami. Jak ludzie reagują?

- Staramy się, by jak najwięcej się podczas tej wystawy dowiedzieli i zrozumieli. Chcemy łamać stereotypy, tłumaczyć, czym jest brak wzroku i jak zmienia percepcję, ale też, że to tylko brak wzroku - żadna inna ułomność. Bo niestety niewidomych bardzo często traktuje się z założenia jako upośledzonych umysłowo. Stoję z żoną w jakiejś urzędowej sytuacji i ktoś mówi do niej, by przekazała mi, że mam się podpisać. To ja się pytam, o co chodzi? Założeniem Niewidzialnej Wystawy jest więc to, żebyście mogli odczuć tę utratę wzroku i choć trochę zrozumieć, jak to jest.

Nikt nigdy nie dostał ataku paniki, nie chciał zrezygnować?

- Zdarzają się sytuacje, że chcą zrezygnować - zazwyczaj w ciągu pierwszych kilku minut w ciemności. Jednak 98 na 100 osób jestem w stanie przekonać, by mi jednak zaufały i ze mną poszły. W ostatnim pomieszczeniu zazwyczaj cieszą się z tego.

Ważne jest to, co mówisz, by uczyć ludzi, jak traktować niepełnosprawnych, bo to wciąż jest bariera, wynikająca ze wstydu, niewiedzy.

- Często jest tak, że ludzie na ulicy chcą mi pomóc, ale kompletnie nie wiedzą jak. Chwytają mnie bez słowa za rękę, pchają przed sobą. Kto z was, widzących, chciałby żeby jakaś obca osoba na ulicy nagle was dotykała? Jeśli zapytasz mnie, jak mi pomóc, to ja ci chętnie powiem i chętnie z tej pomocy skorzystam - albo za nią podziękuję, jeśli sytuacja pozwala mi na samodzielność. Jeśli chcesz pomóc - zapytaj jak. To jest właściwe, odpowiedzialne i empatyczne zachowanie.

Robert Zarzecki (archiwum prywatne)Robert Zarzecki (archiwum prywatne)

Powiedziałeś, że utrata wzroku u ciebie postępuje, co jest jej przyczyną?

- Mam barwnikowe zwyrodnienie siatkówki, to jest wada, która w pewnym momencie życia - nikt nie jest w stanie określić, w którym: może to być za rok lub za 40 lat - powoduje całkowitą utratę wzroku.

To wada genetyczna? Bo wspomniałeś, że ktoś jeszcze z rodziny na nią cierpi?

- Tak, w mojej rodzinie niestety jest obecna - matka jest nosicielem genu, ale przekazuje go tylko synom. Moje siostry widzą dobrze, ale już siostry syn, ja i moi bracia mamy tę samą wadę.

A Gabryś?

- Gabryś na szczęście ma tylko wysoką krótkowzroczność. A z tym już da się coś zrobić.

Robert Zarzecki (archiwum prywatne)Robert Zarzecki (archiwum prywatne)

Więcej o: