Kiedy powiem sobie dość...

...A ja wiem, że to już niedługo - śpiewała jedna pani. Ostatnio kilka rozmów ze znajomymi przekonało mnie, że nie umiemy powiedzieć dość. Wręcz przeciwnie - gdy czujemy, że powinnyśmy przystopować, to jeszcze bardziej dociskamy śrubę.

Historia z życia wzięta: bardzo zapracowana, ambitna dziewczyna wzięła na siebie Super Robotę. Pracuje w zawodzie artystycznym, wykonuje różne Roboty - czasem jedną przez kilka miesięcy, czasem trzy na raz przez tydzień. Ta miała być czymś więcej niż tylko Robotą - fajni ludzie, kontakty, no i samo Zadanie z górnej półki. Więc choć od paru miesięcy (a jakby się tak głębiej zastanowić i wyjąć te dwa wyrwane siłą i przemocą życiu parodniowe wyjazdy - to od paru lat) obiecuje sobie, że teraz będzie miała kilka tygodni luzu, może nie bez pracy całkiem, ale bez takiego spięcia na najwyższym poziomie - przyjmuje tę Super Robotę. Wiadomo. Po paru dniach, gdy już ledwo widzi na oczy - bo jednak praca po kilkanaście godzin na dobę daje o sobie znać osłabieniem - postanawia jednak odpocząć. Gdy wraca do domu z innego miasta - zostawia w Polskim Busie bagaż, o czym orientuje się dopiero po dłuższej chwili. „Jak to możliwe, że mogłam tak po prostu wysiąść i nie zauważyć, że nie mam torby ze wszystkimi rzeczami?” - pyta.

Inna dziewczyna ma jedną stabilną i bardzo Wymagającą Pracę. Kontakt z wieloma osobami, wielozadaniowość na najwyższym poziomie, odpowiedzialność za wiele drobnych spraw. Szef wie, że może zawsze na niej polegać, bo ona nie zawiedzie. Potrafi przełożyć urlop w ostatniej chwili, bo coś się posypało i - choć w zasadzie mogliby się tym zająć współpracownicy - to ona jest w tym najlepsza, więc... Zgłasza się sama, nikt nawet jej o to nie prosi. Gdy kolejny raz idzie jej krew z nosa, zamyka się w korpo kiblu, tamuje krwawienie i ze spokojem zmienia poplamioną bluzkę. Zawsze ma w szufladzie przynajmniej kilka bluzek na zmianę, bo te krwotoki zdarzają się dość często. Ostatnio wyszła z pracy i przez 40 minut chodziła po okolicznych uliczkach, szukając auta. Nie mogła sobie przypomnieć, gdzie je zaparkowała. „Jak to możliwe, że zapomniałam, że tego dnia przyjechałam do pracy taksówką, bo rano auto nie chciało odpalić?” - pyta.

Trzecia dziewczyna jest w ciąży, końcówka drugiego trymestru. Brzuch już spory, choć jeszcze nie przeszkadza w śmiganiu to tu, to tam. Ma mnóstwo energii, bo świetnie znosi ciążę, pozazdrościć. Bierze na siebie nawet więcej niż przed ciążą, bo ma poczucie, że przecież zaraz pójdzie na urlop macierzyński, to wtedy odpocznie, o jak odpocznie. Poza tym nie chce, by ktoś ją traktował ulgowo, ciąża to nie choroba! Tylko czasem, po kilku bardzo wytężonych dniach pracy, dopada ją silne zmęczenie i musi sobie długo poleżeć. Ale potem znów śmiga. I znowu leży. „Jak to możliwie, że wczoraj poszłam spać o 19?” - pyta.

Cóż. Odpowiedź jest prosta. We wszystkich trzech przypadkach - a także w tysiącach im podobnych - organizm postanowił zastrajkować, wysłać nam jasny (haha, serio taki jasny?) komunikat: odpocznij, zwolnij, przestań tak gnać.

Doszłaś do ściany? Połóż się pod nią i odpocznij / fot. pexels.comDoszłaś do ściany? Połóż się pod nią i odpocznij / fot. pexels.com

Nie jesteśmy niezniszczalne i niezastąpione - gdy już nas dopadnie niemoc spowodowana chorobą - bywa, że jesteśmy w stanie same to przyznać. Ale co z tego, skoro i tak podnosimy poprzeczkę i skaczemy? Mamy dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat i jesteśmy silne i młode. Kto się tym zajmie, jak nie ja? Mam pełnowymiarową pracę, ale chętnie sobie dorobię, więc wieczorami czy w weekendy posiedzę nad fuszką. Odpocznę za tydzień. Albo za miesiąc. Nooo, najdalej za rok.

A gdy już dochodzi do wyczekanych wakacji - nie umiemy odpocząć. Bo nasze głowy, non stop w trybie wytężonej pracy - nie potrafią się przestawić na tryb wakacyjny. Tydzień urlopu na nic się nie zda. Tu konieczny jest miesiąc, a przynajmniej 3 tygodnie. Bo i tak przez pierwszy tydzień będzie się nam kotłowało. A w drugim (jeśli to urlop dwutygodniowy, do udzielenia którego raz do roku - tak przy okazji warto podkreślić - pracodawca jest zobligowany) już zaczynamy myśleć o tym, co będzie, gdy wrócimy.

Kiedyś tam pojadę. I kiedyś się położę / fot. pexels.comKiedyś tam pojadę. I kiedyś się położę / fot. pexels.com

Obserwuję coraz większe przyspieszenie i natężenie życia u ludzi dookoła mnie. Przy czym - w większości - są to jeszcze ludzie bezdzietni. Ponoć dziecko porządkuje życie i ustawia priorytety. Ja coraz częściej słyszę zdanie: jak bym do tego miała jeszcze dziecko, to już bym chyba zupełnie nie dała rady. Może jesteśmy za ambitne, a może życie przyśpieszyło? Jest tak wiele bodźców, tak wiele ciekawych rzeczy, którymi warto się zainteresować lub zająć - że trzeba powypychać ten grafik do granic możliwości i rozsądku. To nawet zdaje egzamin przez jakiś czas i wielu z nas (w tym mnie) daje poczucie spełnienia i szczęścia.

Jednak gdy ciało protestuje (krwawy rzucik na koszuli jest wymownym znakiem), gdy umysł zgłasza weto ("dziś zapomniałam walizki, jutro zapomnę głowy") lub gdy po prostu życzliwi ludzie chcą przyjść z pomocą (bo ciąża to nie choroba, ale warto się trochę na legalu pooszczędzać!) - zatrzymajmy się. Posłuchajmy co chce nam powiedzieć, nie odkładajmy tego na kolejne kiedyś. Wszystkie znane mi osoby, które zmierzyły się z PRAWDZIWYM problemem zdrowotnym, wywołanym przez nadmierny stres i przepracowanie są zgodne co do jednego: nie warto.

Więcej o: