Blokowisko - czy ten eksperyment musiał skończyć się katastrofą?

Kropka, kreska, kropka kreska, fotografia blokowiska. W niedzielę prowadziłam warsztaty rysunkowe dla dzieci w ramach akcji ?Warszawa czyta?. Było to bardzo pouczające doświadczenie.

WARSZAWA CZYTA to inicjatywa słuszna, szlachetna i oddolna. Co roku w internetowym głosowaniu wskazywana jest książka związana z tematyką miejską i, opcjonalnie, warszawską. Potem odbywa się zrzutka i skoncentrowane wokół tematu przewodniego wydarzenia - fala kulminacyjna trwa mniej więcej cztery dni, ale pomniejsze atrakcje trwają jeszcze długo (na przykład tematyczne dyskusje w lokalnych klubach książki). W zeszłym roku brałam udział w maratonie ilustrowania „Niewidzialnych miast” Italo Calvino.

W tej edycji lekturą dla Warszawiaków i Warszawianek ogłoszone zostało „Chamowo” Mirona Białoszewskiego, dziennik z życia poety - i z życia bloku, w którym zamieszkał w 1975 roku. Co mogłam więc wymyślić w ramach plastycznych warsztatów dla dzieci w wieku 6-9? Oczywiście - projektowanie bloku. Korzystając z pewnej ręki małżonka, który miał mnie wspomagać, ale doznał ataku tajemniczej wysypki (nie chcieliśmy wywołać pomoru wśród małych entuzjastów „Warszawa czyta”) udałam się do Królikarni z ogromnym schematem bloku, naszkicowanym na brystolu i równie wielkimi planami. Oczywiście, w warsztatach plastycznych chodzi głównie o zabawę i ekspresję - ale lubię też, żeby za rysowaniem stała MYŚL.

- Oto świeży blok - zapowiedziałam zadumanym dzieciom, kumulującym w zasięgu małych łapek najlepsze kredki i flamastry (czyli różowe i czarne). - Każde z was wybierze teraz mieszkanie, zastanowi się, kto ma w nim zamieszkać, narysuje lokatorów, a potem przykleimy mieszkańców we właściwych miejscach i zajmiemy się wymyślaniem ich historii oraz projektowaniem przestrzeni wspólnych bloku. (Tak, naprawdę używam takiego słownictwa w obliczu sześciolatków)

Fot. Warszawa CzytaFot. Warszawa Czyta

Wszystko rozwijało się utopijnie oraz przepięknie. Dzieci bez większych sporów rozdysponowały między sobą komórki mieszkaniowe, niektórzy dostali lokale z balkonem, niektórzy z parterowym ogródkiem, a niektórzy przy zsypie, jak to w życiu. Kartki A4 zaczęły zapełniać się rodzinami - w jednym lokalu dziewczynka i kot, w drugim piątka dzieci w pokoju przypominającym małpi gaj, jeszcze gdzie indziej rodzina prosiąt uwielbiających zupę pomidorową. Bardzo cenię sobie warsztaty z taką grupą wiekową - dzieci mają niesamowitą fantazję i o ile widać, że wzorują się już na postaciach z kreskówek czy rysunku najlepszej koleżanki, która siedzi obok, nadal nie są zbyt skrępowane (najtrudniejszą grupą do zabawienia są, NIESPODZIANKA, nastolatki, bardzo oporne i samoświadome, przerażone możliwością skompromitowania się przed kumplami).

Zaczęliśmy powoli przemieszczać mieszkańców do ich nowych domów oraz przesuwać się w stronę mojego wychuchanego tematu numer dwa - mamy blok, mamy ludzi, czas na refleksję wspólnotową. Przestrzeń przy windach, piwnice, dach, plac zabaw, trawnik, parking, pomieszczenia gospodarcze - co możemy narysować na tej ziemi niczyjej, która jednak należy do wszystkich? Zaczęliśmy od doniczek z kwiatami przy windach, a potem się zaczęło! Dzieci zaproszone do tablicy szybko zrobiły z utopii w mojej głowie dystopię, postapo, anarchię i degrengoladę.

Fot. Olga WróbelFot. Warszawa Czyta

W mieszkaniu na trzecim piętrze rozpoczęła się libacja - panowie śpiewali nieprzyzwoitą pieśń o chlaniu i stukali się zielonymi butelkami, kiedy spojrzałam w ich stronę po kilku minutach, z balkonu wypadał jeden z imprezowiczów, z nożem w bebechach. OK - potrzeba matką wynalazku. Na podwórku dorysowaliśmy kosze do segregowania odpadów, a w jednym z pustych mieszkań powstał punkt medyczny (oraz lądowisko dla helikopterów na dachu, udało mi się zasugerować, że ten blok obejdzie się bez ulokowanego tamże snajpera). Windy się zacięły. W piwnicy pojawili się: trup, zombie, kości dinozaura i szalony archeolog, próbujący wydobyć je za pomocą dynamitu (muszę poinformować archeologów z którymi pracuję, jak widzi ich społeczeństwo, na pewno się ucieszą). Na parkingu - policja interweniuje w bójce. W pomieszczeniu po zsypie (skoro segregujemy śmieci, nie potrzebujemy już tej komory) uczestnik warsztatów zorganizował poradnię psychiatryczną dla strapionych mieszkańców. W tym ponurym krajobrazie wyłoniły się jednak izolowane wysepki luksusu: jedno z mieszkań dorobiło się prywatnego basenu i siłowni (bez wstępu dla innych mieszkańców), na trawniku pojawił się pan zatrudniony do zbierania psich kup (już Szekspir wiedział, że ktoś zbiera aby nie zbierać mógł ktoś), a jedna z dziewczynek szepnęła do mnie:

- Proszę pani, a dlaczego w tym bloku nie ma budki dla ochroniarza, który spisuje gości?

Sytuację starała się uratować najmłodsza uczestniczka zajęć - narysowała na małych kartkach urocze, różowe duchy i rozmieściła je w strategicznych punktach blokowiska.

Fot. Olga WróbelFot. Warszawa Czyta

Na koniec wysadzono w powietrze nieczynne windy i wolna przestrzeń kartonu została nieodwołalnie wyczerpana. Nasz blok przeszedł w ciągu dwóch godzin wszelkie stadia rozwoju: od ślicznej, deweloperskiej wydmuszki, przez starannie zaprojektowaną przestrzeń własności, po próby zagospodarowania terenu wspólnego zakończone radosną katastrofą. Patrząc z lekko zakłopotanymi rodzicami („Tak to sobie wyobrażają? Nigdy nie mieszkały w bloku!”, „Nie wiem, skąd im to przyszło do głowy, nasze osiedle tak nie wygląda”) na zgliszcza cywilizacji uznaliśmy, że oprócz dobrej zabawy udało się przeprowadzić ciekawy szkic socjologiczny - bo czy nie tak właśnie my sami podchodzimy do wspólnych terenów? Psie kupy w parkach? Niech miasto kupi odkurzacz, w Europie podobno są miasta, które kupiły odkurzacz, czemu tutaj się nie da? Bijatyka na parkingu? Na pewno już ktoś wezwał policję, nic się nie dzieje, nic się nie stało, idę szybko do swojego mieszkania, szkoda, że nie ma wokół niego płotu, szkoda, że nie ma ochroniarza i stalowej śluzy, która odgrodziłaby od plebsu zostawiającego butelki na murku, zamiast je segregować. Wspólny basen w piwnicy? Nie, po co, jest już w moim mieszkaniu.

Fot. Olga WróbelFot. Warszawa Czyta

Oczywiście, powyższa analiza jest przesadzona - byłam kiedyś dzieckiem (podobno) i pamiętam wspólne rysowanie w samonakręcającej się spirali rówieśniczej głupawki. Ty narysowałeś ducha, to ja wampira. U ciebie jest pijak w mieszkaniu, w moim będą same muchy, ha, ha, śmierdzi, im brzydziej, tym lepiej, szokujemy i turpizm górą. Ale jednak. Ale jednak.

I tu kończę, przy okazji zaznaczając, że takie właśnie małe, oddolne akcje i festiwale są najciekawsze - „Warszawa czyta”, Operacja „Komiks” w Opolu czy „Czytaj - Festiwal Dekonstrukcji Słowa”, ulokowany w Częstochowie. Być może goście tych imprez nie byliby w stanie „zapełnić” stadionu wiernymi fanami, jednak rekompensuje to w pełni widoczne na każdym kroku zaangażowanie organizatorów, ich dbałość o dobrą atmosferę i możliwość naprawdę bezpośredniego uczestnictwa w proponowanych wydarzeniach. Nic nie dało mi ostatnio takiego intelektualnego i energetycznego kopa jak te dwie godziny z dziećmi i ich rodzicami, spędzone na przyklejaniu obrazków do innego obrazka!

Więcej o: