Czy wychowujemy dzieci na cyborgi?

Beata Sadowska w tekście na swoim blogu twierdzi, że przez nasze uzależnienie od komórek wychowujemy dzieci na cyborgi. Ja jednak nie byłabym tego taka pewna.

Beata Sadowska pisze, że strasznie jej przykro i smutno zarazem, kiedy idzie ze swoim synem Tyśkiem na plac zabaw, a tam większość rodziców zagubionych w otchłaniach swoich smartfonów. Zamiast bawić się albo przynajmniej towarzyszyć swoim dzieciom, "siedzą w komórkach”. Niektórzy odlatują zupełnie, zero kontaktu ze światem, inni troszkę mniej, raz na jakiś czas coś tam krzyczą do progenitury, inni udają, że się z dzieckiem bawią, ale tak naprawdę myślami są gdzie indziej. Czy to prawda? Jak najbardziej. Czy się z tym spotkałam? Nie raz. Czasem sama jestem tym rodzicem, chociaż heroicznie ze sobą (i z tym cholernym smartfonem) walczę. Ale Beata idzie dalej:

To (...) straszne. Horror. A my się dziwimy, że podczas przerwy w lekcjach uczniowie ze sobą nie rozmawiają. Nie rozmawiają, bo nie potrafią. Tak jak rodzice. A my się dziwimy, że syn jest uzależniony od ekranu komputera. Jest, jak tata. A my się dziwimy, że rośnie nam pod bokiem pokolenie aspołecznych cyborgów. Nie rośnie, sami je skrzętnie pielęgnujemy i hodujemy.

Trochę tak i trochę nie. Bo przełożenie tego, co my robimy na dzieci nie jest takie oczywiste i proste. Trochę jesteśmy dla nich przykładem, a trochę niekoniecznie (czasami dzieci kształtują się na zasadzie opozycji w stosunku do tego, co proponują im rodzice). To, jakimi nasze dzieci będą dorosłymi trochę zależy od nas, ale nie do końca. Bo jest jeszcze przecież czynnik świata zewnętrznego, ludzi, którzy otaczają nasze dziecko. Mogą mieć na nie wpływ niewielki, a mogą duży. Czasem większy niż rodzice (czy to się nam podoba czy nie). Mówię to jako mama nastolatka, który jest  kimś innym niż ja. I jako ktoś, kto zawsze starał się być kimś innym niż rodzice. Nie dlatego, że byli jacyś straszni. Po prostu ich życie wydawało mi się nudne, a mnie zawsze gnało.

Jestem sportowcem. Sport jest ze mną od zawsze i jest na stałe obecny w moim życiu. Biegam, jeżdżę na nartach, na rowerze, chodzę na fitness, na łyżwy, na rolki i na co tylko się da. Pływam, miałam w planach nauczyć się pływać na windsurfingu czy kajcie razem z synem. Ale się nie udało, bo syn niekoniecznie, a nawet za żadne skarby. Jego to po prostu nie interesuje. Nie bawi. Nie kręci. Nie ma w sobie naturalnej chęci młodych chłopców, żeby iść pokopać piłkę czy porzucać do kosza. Gra w tenisa (uff), jeździ na nartach (uff) i łyżwach (trochę), ale ponieważ to sporty sezonowe (te zimowe), to trudno się do nich specjalnie przywiązywać. Roweru nie lubi, podobnie jak wszystkiego, co związane z wodą. Nie lubi i już. A podobno to przykład najlepiej działa. Nie to, co rodzice mówią, tylko co robią. Tu nie zadziałał.

Jestem abnegatką komputerową. Oczywiście na komputerze pracuję (czyli piszę i siedzę w internecie, bo to też część mojej pracy), ale nigdy na nim nie grałam. Ojciec syna także nie, bo, najzwyczajniej w życiu nie ma na to czasu. Bo gra w teatrze (matka i ojciec), biega i zajmuje się życiem. A syn lubi. Syn za tym przepada. Telewizora w domu nie ma, bo na telewizję czasu nie ma, ale co syn potrzebuje, to sobie w internecie obejrzy. Kręcą go rozmaite programy rozrywkowe, których w tym domu nigdy się nie oglądało. I skąd to? No skąd? Tak, telefon też ma przyrośnięty do ręki, bo z tego, co zauważyłam, młodzi ludzie tak właśnie mają. To nie jest dla nich tylko telefon / aparat / internet, to część ciała, potrzebna jak dłoń. Mi też jest trudno bez telefonu, kiedy nie mam go w kieszeni, odczuwam niepokój. Ale on? On z pewnością sobie życia bez telefonu nie wyobraża. Bo dla niego telefon był zawsze. Podobnie jak internet. Czy to smutne? Pewnie tak. Czy coś na tym traci? Być może. Czy da się coś z tym zrobić? Nie wiem, jak reglamentować część ciała, bo uciąć się nie da. Pozbawić go telefonu, to jak pozbawić go kontaktu z jego światem. A to też na pewno nie byłoby dobre.

Beata pisze:

Opamiętajmy się, bo za ładnych parę lat nasze dzieci nie będą potrafiły się przywitać inaczej niż wysyłając sobie emotikony. Nie udawajmy przed sobą, że jesteśmy super rodzicami, bo spędzamy godzinę na placu zabaw. To nie jest czas z dzieckiem. Więcej tym krzywdy dla takiego smyka niż radości. Nie róbmy wielgachnych dziur w emocjonalności szkrabów, które teraz jeszcze mogą wyrosnąć na ludzi, nie na roboty.

 

pixabay.com CC0pixabay.com CC0

 

Kurcze i znowu to zwalanie wszystkiego na rodziców. I obarczanie ich winą za wszystko. Wydaje mi się, że lepiej być z dzieckiem, niż nie być. Może nie zawsze na 100 procent, nie zawsze na "pełnym zaangażowaniu" (bo dlaczego dziecko na placu zabaw nie może zaznać odrobiny samodzielności?). Nie jestem pewna, czy te non stop rozpostarte nad dzieckiem skrzydła są takie super i na pewno dobrze dzieciom robią. Tak, wiem, że Beacie chodzi o uwagę, mi też nie chodzi o to, żeby te dzieci puścić zupełnie samopas. Ale i tak mam wrażenie, że kontrolujemy nasze dzieci dużo bardziej, niż sami byliśmy kontrolowani. Pozwalamy im na dużo mniej. Za to dzięki psychologii rozwojowej świetnie wiemy, że wszystko jest winą rodziców. Że ich błędy to nasze problemy. Tylko, niestety, dzieci nie da się wychować bez błędów. A ja to w ogóle zaczynam wątpić w to, czy na wychowanie dzieci mamy tak duży wpływ, jak się nam wydaje.

Więcej o: