Jestem z lemingowa: to widać, słychać i czuć

Mieszkam na ogrodzonym osiedlu. Moimi sąsiadami są ludzie z awansu społecznego, straszni mieszczanie i drobny prekariat. Czy wysokie płoty, furtki na karty chipowe i wąsaci ochroniarze wciąż są obciachowi? A może leniwe lemingowo uczy otwartości na innych, pokory i tolerancji?

Nie znam imienia ani jednej osoby na mojej klatce. Może dlatego, że z wiekiem pogłębia mi się mizantropia, ale na pewno przyczynili się do tego też sąsiedzi, którzy gdy widzą mnie (i siebie nawzajem) na korytarzu, czym prędzej czmychają z windy do mieszkania, zatrzaskują drzwi i zasuwają gerdę. Czasem widuję ich w garażu podziemnym. Albo w osiedlowym Freshu, w którym pytają o jarmuż, by w końcu kupić krakowską suchą. Albo na placu zabaw, gdy udają, że bawią się z dziećmi, ze znudzeniem przeglądając fejsa na smartfonie. Tu głosuje się za zwiększeniem ilości atrakcji dla dzieci w wieku 3-5 (czyli więcej huśtawek i lin wspinaczkowych, by nie trzeba było bawić się z dziećmi w domach), posadzeniem tulipanów na patio, nowymi parkingami na rowery.

Przy osiedlu działa SPA, nawet w poniedziałek w południe pełne opalonych blondynek z hybrydowym manikiurem, pralnia, w której na wieszaku panoszą się korporacyjne koszule i knajpa, do której nikt nie chodzi, bo przecież je się dietetyczne i ekologiczne pudełka. Większość mieszkańców mojego osiedla na pewno głosowała na ojca narodu. Tego, który kiedyś miał wąsy. Tu wszyscy zachowują się, jakby pana boga za nogi złapali, a już na pewno jakby dostali od samego stwórcy wielkiego czarnego SUV-a, marmurowe podłogi i aerodynamiczny wózek dziecięcy za równowartość średniej krajowej.

„Bo tutaj jest jak jest po prostu, i ty dobrze o tym wiesz” - zaśpiewałby Kukiz, ale tu nikt go nie słucha, bo nikt nie chce żadnych zmian. Wiązałyby się one pewnie z zamianą karty multisport na legitymację partyjną, przekazaniem części dochodów na cele charytatywne albo prowadzaniem się z kawiorową lewicą. Tu żadni poliamoryści nie mieszkają, a model dwa plus dwa plus pies trzyma się mocno. Choć blisko jest na „prawdziwą” Pragę, nie uświadczy się tu ani jednej fryzjerki bez zęba na przedzie, idącej ręka w rękę z zataczającym się konkubentem. Wszyscy są czyści, wymuskani, zglajszaltowani.

To nie jest osiedle dla zwykłych ludzi (Rys. Magda Danaj)To nie jest osiedle dla zwykłych ludzi (Rys. Magda Danaj)

Warszawskie lemingowa chcą być bardziej amerykańskie niż amerykańskie przedmieścia, bo prawie egalitarnie, prawie drzwi w drzwi, mieszkają tu pracownicy akademiccy, menedżerowie niższego szczebla w firmach z anglosaskimi nazwami i brzuchaci drobni przedsiębiorcy. Kwiat polskiego mieszczaństwa, który chce oddzielić się nie tyle od bezrobotnych mieszkańców praskich czynszówek, co od własnych ojców, którzy w pomniejszych miastach powiatowych trzęsą urzędem miejskim albo pocztą i od przeintelektualizowanych hipsterów, z których utyskiwań na Placu Zbawiciela niewiele wynika. To miejsce dla ludzi, którzy co weekend mają nowe New Balance'y, a co sezon nowego smartfona, bo konsumpcja daje większą satysfakcję niż zaangażowanie. Nie mają aż tyle pieniędzy, by wybudować się w Wilanowie, ani tyle samozaparcia, żeby wreszcie postawić coś na tej działce pod Otwockiem. To ich stan pośredni, który nie ma celu ostatecznego.

„Grodzimy z bezsilności” - czytam na stronie wrocławskiego wydania Gazety.pl. Grodzone osiedla to kompromis, na który idą lekko już skołtunieni młodzi mieszczanie. Ci, którzy zarzekają się, że nigdy przenigdy nie wybudują domku pod miastem, żeby sadzić w ogródku pomidory. Na grodzonych osiedlach jest eklektycznie. Nikt tu nie patrzy, czy poprzednie mieszkanie było w Legionowie, na Mokotowie czy w Łomży. I choć możemy psioczyć na tych aspirujących, bezmyślnych, konsumpcyjnych lemingów, to przecież chcemy, żeby choć na chwilę wyściubili nosy ze swoich wypieszczonych norek i poszli zagłosować.

Kilka lat temu szwajcarski artysta San Keller zorganizował happening, w którym namówił kilkadziesiąt osób do wycia przy pełni księżyca pod płotami Mariny Mokotów na znak protestu przeciwko grodzonym osiedlom. Przez media przetoczyła się wtedy dyskusja o ich szkodliwości. A to że niszczą więzi międzyludzkie, zamykając ludzi w dobrowolnych więzieniach, a to że nie wpisują się w tkankę miasta, zabraniając dostępu wszystkim poza tymi, którzy są w posiadaniu nowoczesnego klucza. Albo że są zwyczajnie brzydkie. Teraz wydaje się, że wojna się skończyła, oni wygrali. Oni - czyli deweloperzy, którzy obiecują, że na każdym ściernisku będzie San Francisco, a obok każdej walącej się kamienicy - nowoczesna plomba. W Warszawie jest podobno pięćset osiedli, których mieszkańców dzieli od reszty świata stalowa furtka.

Ja, choć marzyłam o stumetrowym mieszkaniu ze sztukaterią i drewnianą podłogą w kamienicy na Mokotowie, zamieszkałam „prawie pod Mińskiem białoruskim”, jak mają w zwyczaju południową część Pragi nazywać prawdziwi Warszawiacy, zamieszkujący odziedziczone mieszkania albo podmiejskie domy. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jestem słoikiem i choć osłuchałam się z elitarystycznym dyskursem mieszkańców starego dobrego Żoliborza i jeszcze lepszego Mokotowa, lubię moje osiedlowe życie. Czy jego mieszkańcy tworzą jakąś wspólnotę? Niekoniecznie. Ale dla bezpieczeństwa potrzebujemy normalności. Osiedlowa mała stabilizacja daje poczucie anonimowości i swojskości jednocześnie. Moi sąsiedzi w dresach młodych polskich marek nie wyglądają na sfrustrowanych. A brak frustracji to już bardzo dużo.

Więcej o: