"Party Girl": niech żyje bal, bo to życie to bal jest nad bale

Ile można imprezować? W pewnym momencie człowieka zaczynają męczyć całonocne balangi i wielodniowe kace. Cóż, jak dowodzi nagrodzony na zeszłorocznym festiwalu w Cannes francuski film "Party Girl" - nie każdego człowieka.

Angélique nosi legginsy w panterkę, skórzaną kurtkę i piercing w miejscu, gdzie Marilyn Monroe, a w ślad za nią Madonną, przyklejała swój słynny pieprzyk. Jej szyję i przeguby oplatają kilometry łańcuszków. Nocami tańczy i popijając kolejne drinki wyrywa kolesi przy barze. Za dnia wypoczynek po ostatnim melanżu płynnie przechodzi w przygotowania do następnego. Typowe życie studenckie? Tak, tylko że Angélique ma ponad 60 lat.

Życie tytułowej imprezowej dziewczyny od lat wygląda tak samo. Pracuje w nocnym klubie, teraz jako najstarsza z zatrudnionych tam celem rozkręcania zabawy kobiet. Jej żywioł to zadymiony bar wypełniony głośną muzyką i jeszcze głośniejszymi bywalcami. A bywalców ostatnio coraz mniej, przynajmniej tych zainteresowanych flirtem z naszą bohaterką. Gdy Michel, misiowaty emerytowany górnik, od dawna zakochany w Angélique, znienacka wyznaje jej miłość i prosi o rękę, los daje jej szansę na zupełnie nową, bardziej stateczną egzystencję. Ale czy ta dama w opałach naprawdę chce, by ją z nich ratować?

„Party girl”, film Marie Amachoukeli, Claire Burger i Samuela Theisa, pokazano w sekcji Un Certain Regard festiwalu w Cannes w 2014 roku i spodobał się na tyle, by zgarnąć nagrodę za najlepszy debiut - Złotą Kamerę.

Już sam temat jest wystarczająco mocny i może poruszyć nie tylko udające nastolatki trzydziestoletnie wieczne imprezowiczki. Do tego scenariusz luźno oparty jest na prawdziwej historii matki jednego z reżyserów, Samuela Theisa. Matka nazywa się Angélique Litzenburger i nie dość, że posłużyła za inspirację do stworzenia postaci głównej bohaterki, to jeszcze brawurowo ją zagrała. Nasza party girl zdążyła w latach imprezowania urodzić czwórkę dzieci, z których wszystkie zagrały w tym filmie siebie - nawet najmłodsza Cynthia, odebrana Angélique przez pomoc społeczną, która wróciła na ślub matki i na nowo nawiązała kontakt ze swoją pierwszą rodziną. W życiu i na ekranie.

Łatwo zaszufladkować bohaterkę: podstarzała, nieodpowiedzialna egoistka. Ale w filmie pokazana jest z synowską miłością i zrozumieniem. Ani się jej nie gloryfikuje, ani nie skazuje na wieczne potępienie. Nie wiemy, jak jej dzieci oceniały tryb życia matki, gdy były małe. Na pewno nie miały lekko. Ale jednak po latach wzięły udział w tym projekcie, i w scenie wesela każde z nich okazało matce wsparcie, i to w taki sposób, że i w oczach Angélique, i w moich, pojawiły się jak najbardziej autentyczne łzy wzruszenia. Może wcześniej nie byłyby skłonne do takiej wyrozumiałości, ale z biegiem lat wszyscy odnajdujemy u siebie podobieństwo do rodziców i, sami stawiani przed kolejnymi trudnymi życiowymi wyborami, zaczynamy rozumieć ich rozterki oraz wynikające z nich błędy. Dodatkowo, nasuwają się też pytania o różnice w naszym postrzeganiu podobnych postaw u kobiet i mężczyzn. Ekscentryczny, imprezujący 60-latek - kurde, no tylko pogratulować energii. Lubiąca się zabawić 60-latka - śmieszna, to nie wypada, lepiej by się wnukami zajęła, albo szydełkowaniem, czy coś.

Akcja rozgrywa się w małym miasteczku na granicy francusko-niemieckiej. Pierwsze zdanie filmu wypowiedziane jest po niemiecku, ostatnie - po francusku, a przez cały czas trwania filmu postaci płynnie, nawet w jednym zdaniu, przechodzą z jednego języka w drugi. Mówimy tu jednak nie tylko o granicach lingwistycznych i geograficznych. Chodzi też o inne granice, obyczajowe i mentalne - bo dokładnie w którym momencie należy przestać się bawić, a zacząć prowadzić stateczne, odpowiedzialne życie? Czy jest na to jakiś algorytm? Kiedy zrezygnować z marzeń o prawdziwej miłości, by zadowolić się życiem u boku kogoś „miłego i sympatycznego”, kto się akurat napatoczył?

Angélique, jak jej imienniczka z popularnej w latach 60. serii przygodowo-historycznych książek i filmów z Michele Mercier w roli głównej, z burzą nieujarzmionych loków, zadziorna i uparta, walczy o swoje prawo do szczęścia, na pohybel przeciwnościom losu, skreślona przez prawomyślne społeczeństwo. Ta prawdziwa, nie filmowa, pozostaje sobą zawsze i wszędzie - na premierze filmu w Cannes, gdzie natknąwszy się na Nicole Kidman radośnie powiadamia gwiazdę o swym uwielbieniu dla Toma Cruise i podczas wywiadu, gdy opowiada, że kocha kino, a zwłaszcza Liz Taylor w „Kleopatrze”, bo według znajomych jest do niej bardzo podobna. Reżyserski triumwirat nawet rozważał przez chwilę nazwanie filmu imieniem bohaterki, ale w końcu postawił na piosenkę "Party girl" kanadyjskiej wokalistki Chinawoman. Tekst utworu wydaje się jakby stworzony do zilustrowania tej historii:

„I used to cry,
but now I don't have the time.
I used to be so fragile,
but now I'm so wild.”

A czy impreza bohaterki potrwa jeszcze długo, czy tylko chwilę? I czy warto było poświęcać dla niej małą stabilizację? Życie pokaże. Bo to życie to bal jest nad bale.

„Party Girl”

Reżyseria: Marie Amachoukeli, Claire Burger, Samuel Theis

Występują: Angélique Litzenburger, Joseph Bour, Mario Theis, Samuel Theis, Séverine Litzenburger, Cynthia Litzenburger

Polska dystrybucja: Gutek Film

W kinach od 15 maja 2015

Więcej o: