Jak przestałam się martwić i odłożyłam smartfona

Dyspozycyjni, znający języki, mobilni i proaktywni, zatroskani oraz narcystyczni, a nade wszystko przyklejeni do swoich smartfonów . Tacy jesteśmy. Czas się z tego wyleczyć.

Pamiętacie ten moment, kiedy telefony komórkowe przestały przypominać morderczą cyber cegłę z kosmosu lub elegancki wojskowy telefon polowy TAJ-43? Ja pamiętam. Z nielichym zażenowaniem obserwowałam pojedynczych przedstawicieli klasy biznesowej, którzy pokrzykiwali do słuchaweczki w środkach komunikacji miejskiej ("skandal! obciach!”) i kiwałam ze zrozumieniem podczas nachalnie dydaktycznych scenek, w których nieczuli rodzice nie zwracali uwagi na wszystkie ważne rzeczy, jakie mają im do powiedzenia dzieci, bo właśnie musieli przerwać obiad, gdyż dzwonił ktoś ważny z firmy. A potem wpadłam do wirówki Hipokryty i wylądowałam w roku 2010, w moje ręce trafił pierwszy smartfon i zachorowałam na totalną mobilność smatrfonową.

Pierwsze symptomy choroby

Przez poprzednią dekadę uważałam, że w mojej mobilnej pracy nie mogło zdarzyć się nic lepszego niż laptop z dostępem do internetu - najpierw po kablu (nosiłam nawet jeden kabelek z odpowiednimi końcówkami zawsze przy sobie - tak na wszelki wypadek), a następnie przez wi-fi. Mimo takiego zabezpieczenia, bywały sytuacje, w których musiałam po prostu rzucić wszystko i biec do najbliższego miejsca z dostępem do sieci, by pobrać mejle, sprawdzić odesłaną autoryzację, potwierdzić, odpisać, odłączyć się i wyjść, by dalej cieszyć się tak zwaną wolnością freelancera.

Smartfony zmieniły wszystko. Mogłam dalej spacerować po parku, łazić po górach, gotować obiad, bawić się z dzieckiem w piaskownicy, albo zwyczajnie leżeć w wannie - i pracować. Jedną ręką odpisywałam na mejle, drugą robiłam babki. Kciukiem wklepywałam relację z koncertu, a nogi same odrywały się od ziemi, bo właśnie skakałam w pierwszym rzędzie pod sceną. Potem dostrzegłam też cudowne zalety aplikacji mobilnych. Zainstalowałam sobie narzędzie, które okazało się być moja małą czasopożeraczką, czyli Instagram.

Ani się obejrzałam, gdy okazało się, że muszę wszystko sobie telefonem obfotografować, bo uwaga - ja teraz opowiadam o swoim życiu w obrazkach. To przecież ważne, ja pokazuję ludziom z innych kontynentów, co tu się wyrabia. Wrzucam zdjęcie z manifestacji białoruskiej, a pan z USA pyta dlaczego oni protestują i ja mu tłumaczę. JA TU MAM MISJĘ. Taaa, jasne...

Przyznam, że sama w pewnym momencie poczułam absurd sytuacji. Oto w czasie jakiejś dalekiej podróży robię 3000 zdjęć lustrzanką, a ludzie nie mają wcale zamiaru uczestniczyć w pokazie wyselekcjonowanych slajdów, bo wydaje im się, że wszystko już widzieli na tych kilku marnych fotkach, które przy okazji, z partyzanta, "trzaskałam smartfonem”.

Bolesne objawy

Drugim przełomem na drodze do uzależnienia stało się przeniesienie wszystkich relacji z pracodawcami na facebooka. Przez komunikator odbierałam zlecenia, na zamkniętych grupach omawiane były tematy i zatwierdzane zgłoszenia (nadal są). Poczucie "dyspozycyjności mimo wszystko" było cudowne. Biegam, skaczę, latam, fruwam, siedzę na koniu, albo, "hej, właśnie idę mostem linowym nad tysiącmetrową przepaścią, ale mogę ci powiedzieć, że wezmę ten temat, już zaczęłam nawet o nim myśleć, napisze ci to na wieczór, jak tylko dotrę do apartamentu". Ekstra. Zawsze chciałam tak pracować.

W pewnym momencie jednak poczułam, że to jest okropne. Po pierwsze doskwierała mi presja psychiczna - och jest temat, rozmowa, szefowa mnie otagowała, pracodawca wywołał w komunikatorze, pytając "a co z tym?”, a tymczasem jest godzina 17:00 święta pora, czas dla dzieci. Co robić, co robić? Rzucić wszystko i odpisać? To tylko chwila, chwilunia, po drodze jeszcze trzeba "przescrollować newsfeed”, żeby się zorientować, o co właściwie chodzi, bo pytanie o temat jest kontekstowe i podtekstowe, a ja nie znam konotacji, rzecz po prostu rozegrała się w świecie, kiedy ja byłam offline, biegałam za rowerem mojej córki, albo pomagałam synowi w lekcjach.

Dzieci się wkurzają, ja się wkurzam, pracodawcy się wkurzają, napięcie rośnie. Robię się niemiła, albo zwyczajnie duszę to w sobie i tylko podskórnie czuję, że rośnie mi ciśnienie. Ludzie bardzo chętnie dzielą się artykułami z amerykańskich serwisów pop-naukowych o tym, jak bardzo szkodliwe dla naszego zdrowia fizycznego i psychicznego stało się nadużywanie smartfonów. Często czytają te artykuły na ekranach swoich malutkich przenośnych urządzonek do łączenia się z globalną siecią informatyczną. Kiwają ze zrozumieniem głowami, a potem wracają do nerwowego pacania w ekran.

Jak się odkleić od smartfona?

Miałam milion powodów, by się nie odklejać, kiedy jednak poczułam, że to się robi zwyczajnie niezdrowe, zastosowałam terapię wstrząsową, najpierw w przenośni, a potem, niestety, dosłownie.

Mogę wam tu teraz rzucić garść komunałów. Właściwie - to czemu nie?

Aaaaby skutecznie odkleić się od smartfona, warto wyjść bez niego z domu.

Tak, to zawsze działa. A wiecie co się dzieje, jak wraca się do domu po kilku godzinach nieobecności? No przecież nikt o zdrowych zmysłach nie odpali od razu komputera, najpierw szybkie logowanie na telefoniku.

Warto częściej korzystać z trybu "samolot".

Jest, leży obok, ale trwa w śpiączce. Nie ma w nim ani grama nowych treści, bo wyłączona została transmisja danych. Jak każdy uzależniony uspokajasz swoje napady paniki już samym obserwowaniem smartfona, ćwiczysz nerwy i żelazną konsekwencję. Coś w stylu "nie połączę się z wi-fi i z siecią komórkową jeszcze przez 40 minut”. Po jakimś czasie odkrywasz, że nawet jeśli w tym czasie wydarzył się jakiś mały dramat, to nie trzeba było od razu rzucać wszystkiego, godzinę później wciąż można było uratować kosmos.

Kard z filmu Kard z filmu "Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę"

Ach, czy wspominałam, że po godzinie "odklejenia" następują dwie godziny intensywnego "przyklejenia" w celu nadrobienia zaległości?

Jest jeszcze milion tym podobnych porad, ale ja wam powiem o jedynej skutecznej: ZEPSUĆ.

Zniszczyć, zezłomować. W tym roku wyeliminowałam z gry już dwa smartfony. Obydwa bardzo kocham i czasem zdarza mi się przytulać ich małe, zimne truchełka. Czasem któryś podładuję, żeby popatrzeć przez rozsypany ekran, jak źle znosi śmiertelną chorobę.

Deszyframci Emigmy! Gdzie hesteście ?Deszyframci Emigmy! Gdzie hesteście ?

Telefon, z którego aktualnie korzystam ma zepsutą klawiaturę dotykową i powiem wam - to jest cudowne lekarstwo na wszelkie uzależnienia. Niby masz wszystko pod ręką, możesz czytać, możesz próbować odebrać połączenia (czasem się udaje), możesz nawet usiłować komentować (mam nowy szyfr "sepleMiący", bo nie działają mi w telefonie literki "n" oraz "j") koniec końców jednak trzymasz urządzenie schowane głęboko w kieszeni i nawet nie masz ochoty kompulsywnie klikać w przycisk włącznika, by sprawdzić która godzina. Och, czuję się taka uzdrowiona. Polecam.

Niszczycielka smartfonów

Więcej o: