Bajka o wynajmie mieszkania w Niemczech

Narzekasz, że ciężko jest wynająć mieszkanie w Warszawie lub innym polskim mieście? Bo za małe, za drogie, właściciele kiepscy lub mają swoje fochy... To jeszcze nic. Na Zachodzie bywa gorzej.

Weźmy taką młodą parę, co to jedzie na kilka lat za naszą zachodnią granicę. On dostał tam wymarzoną pracę, ona ma zawód, który pozwala jej pracować z dowolnego miejsca na świecie. Pięknie jest - nic tylko zapakować dobytek i frunąć ku nowemu. Ale zanim pofruniemy, trzeba mieć docelowe gniazdko. Jedzie więc najpierw on, by wybadać teren. Jego wymarzona praca ma łeb na karku, oferują więc na czas poszukiwania opłacony hotel. On i ona śmieją się, gdy słyszą, że mogą w nim mieszkać trzy miesiące - tyle mają czasu na znalezienie swojego lokum.

Trzy miesiące to kawał czasu. Aż korci, by przez dwa pomieszkać w hotelu i o nic się nie martwić, a potem szybko znaleźć mieszkanie. Toż wybór ci ich wielki - sprawdzili sobie w internetach. Małe, duże, wykończone, do remontu, pełne mebli lub zupełnie puste. W pięknej starej kamienicy lub w nowoczesnym budownictwie, mała dziupla w centrum miasta lub całkiem spore mieszkanie na obrzeżach. Jest w czym wybierać. Codziennie wskakują nowe propozycje. Wystarczy tylko umówić się z agentem pośredniczącym i...

No właśnie. Już tu napotykamy na pierwszy, dość wysoki stopień. Agent działa jak to agent. Najlepiej umówić się w jednym miejscu z możliwie sporą grupką, by się przypadkiem nie przemęczyć. Trudno go winić za to, że nie ma melodii, by jeździć sto razy w te i wewte. Gorzej, że on też ma swoje godziny pracy. Sam je sobie ustalił i są dość logiczne: nie będzie się umawiał na spotkania rano i po 17, gdyż wtedy są największe korki. Ludzie jadą wówczas do pracy lub z niej wracają. Także ty, osobo pragnąca wynająć mieszkanie.

Ale nic to, na szczęście masz wyrozumiałych pracodawców, którym zależy zresztą i na tym, byś nie zasiedział się w hotelu - możesz więc wychodzić na spotkania w godzinach, które pasują panu agentowi. Dodajmy - temu, któremu w przypadku wynajęcia danego mieszkania trzeba zapłacić - Alleluja! - od 2 do 3,5 tys. euro za fatygę. Na szczęście pracodawca jest AŻ tak wyrozumiały, że tę absurdalną kwotę za tę - hmm - niezbyt godną swej zapłaty usługę ponosi.

Spotkania w mieszkaniach do wynajęcia wyglądają następująco: wraz z tobą kilkanaście innych zainteresowanych osób drobi za panem agentem, oglądając jak na przyspieszeniu wnętrza i słuchając frazesów, które nie są nawet o zgłoskę bardziej rozbudowane niż informacje zamieszczone na stronie internetowej pośrednika. Podoba ci się mieszkanie? Jesteś gotów wynająć je od zaraz za cenę, która stoi w ogłoszeniu? Hahaha. No co ty. Teraz dopiero agent przedstawi ciebie i innych zainteresowanych właścicielowi. I zacznie się cała zabawa.

Ładna okolica do życia, może warto się pogimnastykować?Ładna okolica do życia, może warto się pogimnastykować?

Załóżmy, że właściciel zainteresował się tobą. Pasujesz mu do obrazka - ty i jego nie tak znowuż wychuchane mieszkanie będziecie razem ładnie wyglądać. Zaczynasz więc zbierać papiery, by od kolejnego miesiąca zamieszkać w zielonej okolicy, nie tak daleko od stacji metra. Ale zaraz zaraz, jak to tak, że jeden człowiek, a chce wynająć coś większego niż kawalerka z aneksem kuchennym?! A, bo pan z żoną będzie. A kim jest żona? Co robi? Proszę podesłać dokładne informacje o jej zawodzie, wraz z paskiem wypłat za ostatnie trzy miesiące. Hmm. Dopóki o takie informacje proszony był on, mógł to jeszcze zrozumieć, choć wynajmowanie mieszkania w Warszawie - wedle jego wiedzy, opartej na doświadczeniu przyjaciół - takie rzeczy się nie dzieją. Ale przecież to on podpisze umowę, po co tu jeszcze żona? A bo widzi pan, tłumaczy agent - jak się państwo rozwiedziecie, to będzie problem, by ją wyprowadzić z tego mieszkania. Aha. Logiczne, jak to w Niemczech - musi być porządek.

Ona zbiera więc swoją stertę papierków i śle jemu, by on pokazał im. A, to żony tu nie ma na miejscu? No jeszcze nie ma, bo przyjedzie, jak już będzie gdzie mieszkać. Hmm. To niedobrze, bo właściciel chce poznać ich oboje. To miłe, ale czy nie da się jednak załatwić tego tak, że on wynajmie mieszkanie sam, a właściciel pozna żonę po fakcie? Ano nie. Ale od czego są nowe technologie? Właściciel proponuje świetne (?!) rozwiązanie: pan przyjdzie z komputerem i połączymy się z żoną przez Skype!

Ona i on śmieją się z tego, bo co im pozostało. Może właściciel chce sprawdzić, czy żona ładna i się będzie ładnie z zielenią wokół budynku komponować? A może chce się upewnić, że nie waży 120 kilogramów i nie zniszczy mu drewnianej podłogi swym ciężarem? Ona i on zastanawiają się tylko, co zrobią, gdy po wirtualnym spotkaniu właściciel wysunie kolejne żądania - odpuścić wtedy (szkoda, bo mieszkanie ładne i w dobrej cenie) czy walczyć do końca, nawet gdy trzeba będzie słać ręcznie wyszywaną chusteczkę z zaświadczeniem o poczytalności?

Nie powiem Wam, jak skończyła się ta bajka, bo jak na razie happy endu na horyzoncie nie widać.

Więcej o: