Gotowanie nie jest moją najmocniejszą stroną. Ale miksować ogródek lubię

Jeśli kucharka z ciebie żadna i nie zamierzasz tego zmieniać (bo i po co?) - to naucz się paru trików, które ułatwią ci życie. I nawet niektórzy pomyślą, że działasz w kuchni cuda.

No dobra, po prostu nie lubię gotować. Marzę o układzie, w którym córka je smaczne obiady w szkole, a ja i mąż w wyimaginowanych, zakładowych stołówkach. Albo połykamy tabletki proteinowe. Błonnikowe. Jakiekolwiek. Natomiast w kuchni chętnie pojawiałabym się w weekendy, żeby wyczarować dwa-trzy wspaniałe dania, a potem przez następny tydzień zbierać siły na powtórkę. Wicie się w pracy w mękach niezorganizowania, z neonowym pytaniem „co dzisiaj na obiad?” nad głową nie jest przyjemne. Ale mam kilka sztuczek, które sprawiają, że jestem w stanie wypluć z siebie parę dań i udawać, że są zdrowe i wartościowe.

Otóż lubię rośliny. Lubię na nie patrzeć, lubię je hodować i lubię je zjadać. Wielość ich form i kolorów, faktur i smaków, tajemnicze skłonności do wzrastania w pewnych warunkach a więdnięcia w innych - to wszystko jest dla mnie bardzo interesujące.

GDZIE HODOWAĆ?

Wszędzie. Oto możliwe opcje:

Luksusowo: ogródek

Z braku ogródka - ruszmy wyobraźnią / fot. Olga WróbelZ braku ogródka - ruszmy wyobraźnią / fot. Olga Wróbel

Żałuję, ale mój dostęp do rajskich krain ogrodniczych jest mocno ograniczony. Bywam u babci w Mińsku Mazowieckim, w zeszłym roku próbowałam zasiać tam rzodkiewkę, marchewkę i inne rarytasy, ale prawda jest okrutna: takich upraw trzeba regularnie doglądać pańskim, tuczącym okiem. Nie mogę zmuszać starszej kobiety do podlewana moich grządek, żeby potem przyjechać w sierpniu i patrzeć ze zdumieniem na kwitnące już warzywa. Pozostaje rojenie o pozyskaniu drogą dzierżawy lub grabieży z zasiedzeniem ogródka działkowego w mieście.

Nie najgorzej: balkon

fot. Olga Wróbelfot. Olga Wróbel

Na balkonie można wiele zdziałać - porządny ogródek ziołowy nie powinien być wyzwaniem ponad siły, znam też osoby, które z powodzeniem hodują pomidory, rzodkiewki i papryczki (tudzież miniaturowe truskawki). Do tego potrzebny jest pewien know-how: pomidorowym krzaczkom trzeba na przykład to oberwać, tamto podwiązać, odpowiednio podsypać je ziemią, sugerując roślinie, żeby produkowała owoce, a nie liście i łodygi. Nigdy nie zdołałam wkroczyć na ten etap. Ale z ziołami idzie mi świetnie. Wystarczy kilka toreb uniwersalnej ziemi i długie donice. Co więcej, to samo udaje się w opcji jeszcze bardziej miejskiej.

Skromnie: parapet

fot. Olga Wróbelfot. Olga Wróbel

Obecnie moje uprawy zredukowane są do parapetu, na szczęście bardzo szerokiego zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz, znajdującego się na poddaszu z oknami w kierunku południe-północ. To daje dobre możliwości manewrowania roślinami, które lubią się przypiec, jak i tymi, które wolą trzymać się w cieniu. Nie jest to już taka radość jak stanie na balkonie w wiosennym zmierzchu i zraszanie młodych listków doskonałą kranówką. Kontakt z ujętą w doniczki naturą jest w tym wydaniu minimalny, a rośliny służą głównie szybkiej konsumpcji, muszą być wydajne i zastępowalne.

CO HODOWAĆ? I SKĄD TO WZIĄĆ?

Dla początkujących polecam gotowe sadzonki, do nabycia na targach i targowiskach, warszawocentrycznie wskazuję Halę Mirowską. Jaki zestaw ziół na pewno przyda się nieudanej, niedowarzonej kucharce mojego pokroju?

1. Mięta i melisa. Jak smakuje i pachnie mięta wiemy wszyscy, melisa natomiast, w zależności od odmiany, ma bardziej lub mniej cytrynowy aromat. Oba zioła wspomagają trawienie (w ogólnym sensie, nie będę tu prowadziła poradnika młodego zielarza, gdyż wszystko jest względne i na ból żołądka wywołany zatruciem mięta może pomóc, ale w innych przypadkach będzie zbyt drażniąca), melisa dodatkowo uspokaja. Krzaki melisowo-miętowe dobrze rosną i trudno je wykończyć, istnieje też szansa że mocno przycinane przetrwają zimę i odbiją na wiosnę (szczególnie mięta, która pod ziemią produkuje kłącza o zadziwiającym zasięgu i żywotności, można ją mnożyć i rozsadzać w nieskończoność).

fot. Olga Wróbelfot. Olga Wróbel

Do czego użyć: do wszystkiego. Serio. Posiekana mięta dobrze sprawdzi się w kuskusie, w twarożku, w jogurcie do polewania młodych ziemniaków. Listki można sobie dorzucać do herbaty, podobnie z melisą. A jeżeli dzień jest przypadkiem ciepły, to rezygnujemy z wrzątku - liście i młode, górne łodygi wrzucamy do dzbanka z wodą, dodajemy trochę cytryny, cukru lub innego ksylitolu (chociaż wersja bez kalorii też jest smaczna) i hej, blender w dłoń. Robimy lemoniadę!

2. Oregano. Zwane także lebiodką pospolitą. Kolejna roślina nie do zdarcia. Rośnie szybko, można i trzeba ciąć obficie, bo inaczej zakwitnie i będzie nieco gorzej (w końcu i tak się to stanie, ale warto opóźnić ten moment). Jeżeli zapomnicie o podlewaniu, powinna znieść to z godnością, przynajmniej przez pewien czas. Podobnie sprawuje się tymianek, ale ja go osobiście nie cierpię (ze względu na syrop Thymi, który pasjami pijałam w dzieciństwie).

Do czego: do wszystkiego. Jeżeli ktoś ma sporo zapału, z oregano można zrobić płyn do płukania ust i napar do kąpieli (działa dezynfekująco). Ale ja nie mam zapału, ja mam apetyt. Lebiodka nadaje się do kanapek, ożywia nudny ser żółty i biały, świetnie sprawdza się na tostach, pizzy i w każdym sosie ze szczególnym naciskiem na pomidorowe (pomidory z puszki lub świeże, kropla oliwy, sól, pieprz, ząbek czosnku, garść oregano - uwaga na stwardniałe łodygi! - blenderujemy na gładko i koniec).

3. Bazylia. Bazylię polecam z pewną taką nieśmiałością - u mnie rośnie dobrze, w każdym mieszkaniu, ale słyszę głosy z innych stron, że trudna i kapryśna. Sadzonkę kupiłam trzy lata temu, trochę zjadłam, trochę zakwitła - z nasion co roku wskrzeszam kolejne, coraz liczniejsze potomstwo tego pierwszego krzaka. Magia roślin, mówię wam!

Do czego: to chyba jasne - do pesto (przepisów jest wiele, nie będę żadnego forsowała). Do kanapek, do sosów, do szykownego talerza z mozarellą i pomidorami. Nadmiar liści można umieścić w oliwie, uzyskując oliwę bazyliową (oregano też tak działa, w dodatku do butelki można wcisnąć łodygi, które przerosły, rozkwitły i do zjedzenia na świeżo nadają się średnio). W sezonie obfitym praktykowałam też kostki bazyliowe - posiekane liście pakowałam do foremek do lodu, zalewałam wodą i umieszczałam w zamrażarce. Potem, w smutną jesień i długą zimę, można sobie taką kostkę umieścić w zupie i ach, pachnie latem. Oraz nic się nie marnuje.

PROGRAM DODATKOWY

Jesienią i zimą, kiedy parapetowe uprawy przechodzą w stan uśpienia, warto wspomóc się kiełkami. Klasyk: rzeżucha na wacie. Rośnie szybko i bezbłędnie, ograniczanie jej roli do wielkanocnej dekoracji to błąd. Rzeżucha ma smak ostry, wyraźny, w sam raz do nudnej, biurowej buły. Podobnie jak kiełki rzodkiewki i inne mieszanki, dostępne za kilka złotych w większości większych marketów spożywczych. Kiedyś wydawało mi się, że do ich hodowli trzeba mieć kiełkownicę, ale nie trzeba. Wystarczy słoik i gaza, w opcji dla megaleniwych po prostu plastikowy pojemnik do przechowywania żywności. Sposób postępowania różni się lekko w przypadku każdej odmiany, ale zasada jest zawsze podobna: namoczyć na parę godzin nasiona, odsączyć, postawić w ciemnym miejscu, zamknięte niezbyt szczelnie, tak by oddychały. Codziennie zajrzeć, przepłukać. Kiedy zaczną wyglądać na jadalne - zjeść.

fot. Olga Wróbelfot. Olga Wróbel

Klasykiem jest domowy szczypior - przekopujemy sklepowe pojemniki z cebulą w poszukiwaniu kiełkującej bulwy, w ozdobnej misce stawiamy na parapecie (chociaż w nieozdobnej też urośnie), utrzymujemy w wilgoci, konsumujemy. Podobna sztuczka udaje się czasami z pietruszką - moja mama w szalonych latach 80. hodowała na mokrej ligninie całe zagony natki, ale ja nie umiem powtórzyć jej sukcesu. Może zmienił się gatunek? Może klimat?

Czasem kupuję też w marketach zioła w małych doniczkach i foliowych kołnierzach. Traktuję je zazwyczaj jako porcję jednorazową - dość szybko więdną, są słabo ukorzenione. Ale można nad nimi popracować - przesadzić do większej doniczki, rozsądnie podlewać, trzymać w nasłonecznionym miejscu (zimą, haha!). Nie wszystkie się za to odwdzięczą, jednak mięta, kolendra i pietruszka dobrze rokują.

DZIKI SZAŁ

Wszystkie z wymienionych kiełków, pędów i liści można też wykorzystać jako koło ratunkowe dla skołatanego troską o zdrowe żywienie rodziny umysłu. Siekamy razem i posypujemy wszystko! Na przykład ratunkowe zupy-kremy, polegające na produkowaniu przy pomocy blendera gładkiej, gorącej masy z tego, co akurat zostało w puszkach i lodówce (nieśmiertelny zestaw: bulion, groszek mrożony lub konserwowy, cebula, oliwa, czosnek). Na to świeże zioła, grzanki ze starego razowca, zapomniana piętka sera. Wspaniałe, rozgrzewające, treściwe. Pachnące i zielone. Zdrowe (zapewne).

Zdrowo / fot. Olga WróbelZdrowo / fot. Olga Wróbel

I tym optymistycznym akcentem zachęcam i przekonuję: hodujcie sobie coś na parapecie, dla własnej przyjemności, relaksu i dla poprawy smaku nudnych, wymęczonych dań. Warto wmiksować w codzienną dietę trochę osobiście wychuchanej zieleniny.

Więcej o: