"1945. Wojna i pokój" - o wojnie, która nie miała jednego końca

Spodziewałam się, że po mrocznej sadze rodu Beksińskich Magdalena Grzebałkowska będzie miała ochotę odpocząć od ponurych tematów. I oto "1945. Wojna i pokój" - nowa książka autorki zeszłorocznego bestsellera. Skoro w tytule mamy rok zakończenia wojny, to pewnie nie będzie tak źle... prawda? "Do domu wrócimy, w piecu napalimy, nakarmimy psa"? Hm.

Mozaikowa książka Grzebałkowskiej pokazuje to, co ambitniejsi nauczyciele historii próbują wtłoczyć w ogłupiałe od schematów głowy uczniów. Historia to nie daty. Daty są umowne i mają znaczenie tylko w określonym kontekście i narracji. Spójrzmy na taką, wydawałoby się, namacalnie jednoznaczną II wojnę światową. Czy zaczęła się 1 września 1939? Dla Polski - owszem. A dla Czech? A dla Wielkiej Brytanii? A dla Stanów Zjednoczonych? Czy w tych krajach to też rozpoznawalna, kanoniczna data? Podobnie z zakończeniem wojny - tak zwany Dzień Zwycięstwa, który z 9 maja przewędrował na bardziej europocentryczny ósmy dzień miesiąca, to tylko podpisanie dokumentu, symboliczny happy end. Faktyczne działania wojenne w wielu regionach kraju zakończyły się już dawno, a w niektórych nadal trwały, mimo zdobycia Berlina przez „tych dobrych”. Przykładów nie trzeba szukać daleko - mój rodzinny Mińsk Mazowiecki, gdzie jeżdżę regularnie grzebać w ogródku babci i pokazywać córce takie rarytasy jak pająk, pokrzywa i ślimak wstężyk, o krok od Warszawy, godzina autem. Mińsk został wyzwolony w końcu lipca 1944 roku. Hitlerowcy zniknęli z miasta, wojna się skończyła. Tymczasem w Warszawie, 40 km dalej, jeszcze nie zaczęło się Powstanie. Brrr.

Wojna Fot. shutterstock

Grzebałkowska konstruuje „1945” na wzór kalendarza. Każdy z rozdziałów zaczyna się od drobnych ogłoszeń z polskich gazet, z lekką przewagą tytułów warszawskich. W wyborze autorki powstaje z nich fascynujący splot spraw: zwykłych, a jednak niecodziennych (jak przystosować do spożycia przemarznięte ziemniaki? Ryby znowu dostępne! Posiadacze kartek będą mogli otrzymać w lutym po pół kilo na głowę! Działają już ubojnie bydła na Pradze!) po niezwykłe dla nas, ale niestety będące codziennością czasów powojennych: „Grottowa poszukuje synka, który miał rok i 5 miesięcy, nazywa się Wiesław Grott, dnia 7 sierpnia 1944 na ulicy Chłodnej Niemiec zabrał go z rąk ojcu i oddał obcej kobiecie. Jasne włosy, czarne oczy, miał na sobie dwie koszulki, bluzeczkę w paseczki niebieskie z białym, granatowy sweterek, długie białe majteczki, taki sam płaszczyk biały, wełniany i niebieską czapeczkę z białą obwódką. Praga, Radzymińska 51, Władysława Grott”.

Po takim łamiącym serce przeglądzie spraw, którymi w danym miesiącu żyli mieszkańcy odzyskujących pozorny spokój miast, następują mini-reportaże, rozdziały tematyczne: w styczniu opowieść o szabrownikach, w lutym o ewakuacji niemieckiej ludności cywilnej przez lepiej lub gorzej zamarznięte wody Mierzei Wiślanej, w marcu o pierwszych osadnikach na Ziemiach Odzyskanych - i tak dalej, jeden miesiąc, jedna opowieść. Znane klisze (rabujący wszystko co się tylko da Rosjanie, często nieznający nawet przeznaczenia przedmiotów, którymi są obwieszeni) Grzebałkowska przeplata mniej łatwymi do przyswojenia obrazami świadczącymi o tym, że w powojennym pejzażu zostało niewielu „dobrych” i niekoniecznie należeli do nich z automatu biedni Polacy, uratowani z pożogi dziejów (patrz: historia Czesława Gęborskiego, komendanta obozu pracy w Łambinowicach, do którego trafiali niemieccy cywile, przesiedlani z wiosek, które miały od tej pory być polskie).

05.05.2015 Wroclaw .  UWAGA KOPIE . Wystawa fotografji Barwy Ruin w Palacu Krolewskim . Warszawa . fot . Mieczyslaw Michalak / Agencja Gazeta Wystawa fotografii "Barwy Ruin". Na zdjęciu - Warszawa.

Jednak kontrowersji spod znaku „Sąsiadów” nie należy się spodziewać. Opowieści zgromadzone przez Grzebałkowską koncentrują się zazwyczaj wokół losów zwykłych ludzi, którzy kierując się trochę sprytem, trochę instynktem, a trochę sercem próbowali przetrwać te czasy - i prawie napisałam „doczekać do widocznej na horyzoncie obietnicy pokoju i normalności”. Ale to jest sztampowe zdanie z podręcznika. Grzebałkowska pokazuje, że końca nie było. Ani dla mieszkańców Warszawy, którzy wrócili do zrujnowanego miasta, tak silnie naznaczonego rozkładem, że w pogodny dzień pierwszego lata pokoju z trudem można było przejść ulicami Śródmieścia, ani dla wysiedlonych mieszkańców Kresów, uczących się życia w cudzych domach i piernatach, ani dla Niemców opuszczających rodzinne ziemie z nadzieją na rychły powrót.

Książka Grzebałkowskiej ma chwytać za gardło - i chwyta. Odkąd mam córkę, moje serce i mózg stały się niestety nieodwracalnie miękkie w starciu z historiami dziecięcej krzywdy i tragedii, chlipię więc nad losami sierocińca w Otwocku czy zatonięciem okrętu Willhelm Gustloff, największą udokumentowaną morską katastrofą w historii (w lodowatym Bałtyku w kilka minut zamarzło blisko 6000 osób). Ale obok załzawionego oka matki mam też wmontowane zimne oko krytyczne, które dostrzega w „1945” kilka wad.

"1945. Wojna i pokój"

Przyznaję, że po „Beskińskich” moje oczekiwania wobec autorki były ogromne. A tutaj dostaję cóż... tylko książkę, zbiór reportaży, lekko nierównych pod względem formy i treści. Grzebałkowska tworzy narrację z wielu elementów: tutaj wspomnienie, tam rozmowa z bohaterami minionych wydarzeń, jeszcze gdzie indziej reporterska, pierwszoosobowa wyprawa w teren w towarzystwie męża i córki, w ostatnim rozdziale - dziennikarskie śledztwo w sprawie tożsamości człowieka, który jako niemowlę rzekomo ocalał z tonącego statku. Skąd taka różnorodność, granicząca niekiedy z chaotycznością? Skąd sympatia dla niektórych spotykanych na żywo bohaterów, a czynienie komicznych karykatur z innych (wioskowy pijaczek z rozdziału o pierwszych osadnikach)? O ile tematy początkowo wydają się być dopasowane do swoich kalendarzowych pozycji, potem ten porządek rozmywa się bez wyraźnej przyczyny. Dlaczego katastrofa Wilhelma Gustloffa przyporządkowana jest listopadowi? I dlaczego po grudniowych „drobnych ogłoszeniach” następują podziękowania? Dlaczego grudzień nie ma swojej opowieści? Książka zaopatrzona jest wprawdzie w bibliografię, ale niektórym rozdziałom mocno brakuje przypisów, wsparcia konkretnych informacji odnośnikami do źródeł - zamiast tego pojawiają się zbyt często ogólnikowi „naukowcy” czy „historycy” (jak na przykład w rozdziale o wywożeniu maszyn ze zdobytego Breslau, przepraszam, Wrocławia). Mam wrażenie, że w przypadku pracy nad „1945” kluczowa była data premiery - zdążyć przed obchodami 70. rocznicy zakończenia wojny (bardzo skromnymi, swoją drogą). Być może na staranniejszą selekcję i redakcję tematów nie starczyło już czasu.

Mimo tych zastrzeżeń „1945. Wojna i pokój” to dobra lektura skłaniająca do refleksji. Nie poszerzy być może horyzontów przyzwoicie wykształconego czytelnika, ale może zapewnić kilka małych, prywatnych objawień lub dostarczyć ram obrazowi, który już mamy w głowie, błysnąć pozornie pozbawionym znaczenia szczegółem - dla mnie jest to wzmianka o fajerwerkach, które w Dzień Zwycięstwa puszczali nad Warszawą Rosjanie i które moja babcia widziała jako dziecko w okolicach od dawna wolnego już Mińska Mazowieckiego. Rodzinna historyjka wpisana w większą historię, potwierdzenie dwóch zdań, które babcia rzuciła kiedyś przy wakacyjnym ognisku. „1945” nie jest książką wybitną, ale warto po nią sięgnąć i zamyślić się niczym wnuk u kolan dziadka z wiersza, którego uczyłam się na pamięć w podstawówce: „Dzień Zwycięstwa, maj zielony, cień rzucają bzy”.

Książkę "1945. Wojna i pokój" w promocyjnej cenie możecie kupić w serwisie Publio.pl.

Więcej o: