10 totalnie nieprawdziwych stereotypów na temat terapii

Do psychologa chodzą tylko bogaci, samotni i znudzeni neurotycy? Troska o duszę jest przecież równie ważna jak dbałość o ciało. Dlaczego więc ci, którzy chodzą na terapię wciąż padają ofiarą uprzedzeń?

Większość moich znajomych chodziła, chodzi albo będzie chodziła na terapię. Z powodu problemów z rodzicami, lęków czy uzależnień albo dla samorozwoju, samopoznania i lepszego samopoczucia. Sama zapisałam się do psychologa zaraz po studiach, w najtrudniejszym i najbardziej przełomowym momencie mojego życia. Dla coraz większej ilości osób wizyta u terapeuty jest jak termin u dentysty: nie zawsze jest miło, często boli i trzeba jeszcze zapłacić. I jeszcze się człowiek dowie, że...

1. Terapia jest dla bogaczy

Wizyta u psychologa to stówa, sto pięćdziesiąt, a nawet pięćset złotych wyrzucone w błoto. Adwokat, ginekolog i ślusarz to co innego. Za diagnozę, opinię i pomoc specjalisty się płaci. A przecież terapeuta to taki trochę lepszy psycholog szkolny, który pyta, czy mamusia w domu krzyczy. Otóż, niekoniecznie. Chociaż terapia wiąże się ze znacznymi kosztami, można próbować je zminimalizować, zapisując się do psychologa w ramach uczelni czy zakładu pracy. A poza tym, wszystko jest kwestią priorytetów. Jedni wydają na rzeźbę u prywatnego trenera, inni na hybrydę u manikiurzystki, a jeszcze inni na ekożarcie. Z powyższych terapia naprawdę najbardziej się opłaca, choć efekty mogą nie być tak spektakularne jak wściekle różowe paznokcie.

2. Terapia jest dla świrów

Dziwaków, odmieńców, wariatów. Wcale nie. Terapia jest dla tych, którzy z jakiegoś powodu nie chcą albo nie potrafią radzić sobie z problemami na własną rękę. Dla tych, którzy czasem czują, że nie pasują, dla tych, którzy boją się pająków, przyszłości, przyjaźni. Dla tych, którzy chcą raz w tygodniu przez godzinę dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Jeśli bycie ciekawym samego siebie to objaw szaleństwa, niech będzie.

3. Terapia jest dla narcyzów

Ja, ja, ja. Cały czas ja. Przeciwnikom terapii wydaje się, że wchodząc w rolę klienta lub pacjenta, pławimy się w swoich problemach jak aktor na scenie. Do tej pory zamęczaliśmy otoczenie wielogodzinnymi zwierzeniami, więc dobrze, że teraz przynajmniej płacimy jakiemuś frajerowi, żeby potakiwał i udawał, że słucha. Nie do końca. Terapia jest często dla tych chorobliwie nieśmiałych, którzy jeszcze nigdy nie odważyli się powiedzieć niczego o sobie. I jasne, że miło mieć niepodzielną uwagę terapeuty, ale opowieści o nowych samochodach za kilkaset tysięcy, awansie w szklanym biurowcu i projektach unijnych najczęściej jednak zostawia się za drzwiami.

4. Terapia jest dla mięczaków

Maminsynków, którzy w dzieciństwie kroku bez mamusi nie potrafi zrobić. Dla tych, którzy płakali o byle co: zabraną na podwórku piłkę, pałę w szkole i złamane serce na dyskotece. Wręcz przeciwnie. Decyzja o rozpoczęciu terapii wymaga nie lada siły. Zanim zapukamy do terapeuty, musimy nie tylko powiedzieć sobie, że mamy problem, który warto by było rozwiązać, ale też jesteśmy gotowi powierzyć go obcej osobie i zaufać jej kompetencjom. A wracanie do traum dzieciństwa, najtrudniejszych momentów najgorszych związków i wszystkich życiowych porażek, to nie piknik.

5. Terapia jest dla samotników

Takich, którzy zawsze siedzieli sami w ławce, nie dawali nikomu zgapić zadania, a w pracy krytykuje się ich za brak umiejętności pracy zespołowej. Myślenie, że ten, który idzie na terapię, na pewno nie ma przyjaciół, to jeden z największych mitów. Terapeuta to nie przyjaciel, usłyszysz to od terapeuty już na pierwszej sesji. Terapii bardzo często potrzebują ci, którzy zawsze są w centrum zainteresowania, pozornie wszyscy wszystko o nich wiedzą, a oni sami nie mają problemu ze zwierzeniami. Ale sesja to praca, a nie piżama party. Tu nikt nie będzie głaskać po głowie ani zapewniać o naszej wspaniałości. Nie mylmy terapii z wygadaniem się przyjaciołom, tylko zastanówmy się, o ile lepsze będą relacje z ludźmi, gdy wreszcie dojdziemy ze sobą do ładu.

6. Terapia jest dla cierpliwych

Może trwać pół roku, rok, dwa lata, a nawet całe życie jak u większości bohaterów Woody'ego Allena. Ale to nie znaczy, że obserwowanie postępów jest równie żmudne jak czekanie aż w ogrodzie wreszcie wyrośnie jabłonka. Postępy bywają widoczne już po jednej, dwóch sesjach. Potem często następuje regres, gdy wydaje się, że wszystkie bariery i zabezpieczenia padły i jesteśmy do wyjścia na świat mniej zdolni niż przed podjęciem terapii. Ale to tylko część procesu. Jakby nie było fascynującego. Bo cóż może być ciekawszego niż poznanie samego siebie?

7. Terapia jest dla plotkarzy

Tak, na terapii można najlepiej obgadać nieudane małżeństwo przyjaciółki, zdradę w rodzinie albo to, że ktoś przytył. Nawet jeśli podczas sesji padają imiona osób z rodziny i przyjaciół, to tylko dlatego, że dla klienta czy pacjenta stanowią ważny punkt odniesienia. Mówi się o nich jednak z perspektywy własnych emocji i wtedy, gdy mogą być pośrednio potrzebni w procesie dostrzegania samego siebie. Ci, którzy mają znajomych na terapii, nie muszą się więc obawiać, że zaraz całe biuro będzie wiedziało o romansie z Ryśkiem. Terapeutę obowiązuje tajemnica zawodowa, a pacjenta: obowiązek skupienia się na sobie.

I dla tych z deprą...I dla tych z deprą...

8. Terapia jest dla frustratów

Co to wreszcie chcą się wyżalić, bo nic im się nie udaje. Niestety nie, choć dobrze by było, gdyby ci, którzy rzucają mięsem, gdy za wolno ruszy się na zielonym świetle albo upijają się do nieprzytomności i wskakują popływać do Wisły albo głosują na dziwnych kandydatów, zajrzeli kiedyś do psychologa. Wszystkim żyłoby się lepiej.

9. Terapia jest dla lekomanów

Nie, psycholog na wejściu nie przepisuje dwudziestu opakowań Prozacu. Ewentualnie przekierowuje do psychiatry, który ewentualnie zaleca leczenie farmakologiczne. Kto więc liczy na łatwy dostęp do dragów, raczej się przeliczy. Terapia jest dla tych, co na trzeźwo i na żywca chcą sobie wyrywać flaki. Tak, to raczej operacja na otwartym sercu niż miła faza na znieczuleniu.

10. Terapia jest dla zewnątrzsterownych

Bo przecież psycholog na pewno ci wmówił, że masz nie odzywać się do mamy, olać tatę i nie spotykać się z chłopakiem. Psycholog to coś między matką, szefem a Bogiem. Wszechmocny, bo zna wszystkie twoje tajemnice, a ty chętnie mu je powierzasz w imię tego, żeby o niczym już nigdy samemu nie decydować. No cóż, to też błąd. Jak każdy proces życiowy, terapia wymaga samodzielnych decyzji. Pierwsza z brzegu: odchodzisz czy zostajesz. Kolejna: wierzysz czy nie wierzysz. I dalej: działa czy nie działa. A potem już w nieskończoność podważasz wszystkie swoje wybory, żeby wreszcie nauczyć się je podejmować. Terapia to pójście na łatwiznę? Raczej droga przez mękę. Ale ci, co już są po drugiej stronie, mówią, że naprawdę warto.

Więcej o: