Czy dziecko jest kulą u nogi?

Rodzimy dzieci, a potem nie chce nam się z nimi być. Bo impreza, zakupy, wyjazd z koleżanką, kolegą. Mamy dzieci, ale wszędzie wolimy iść sami. Po co nam te dzieci?

"A po co ty tę córkę tam bierzesz, z nikim naprawdę nie pogadasz, nie zrelaksujesz się, nie odpoczniesz. Zostaw ją, co ją będziesz ciągać, o sobie pomyśl". Przekonywała mnie koleżanka, kiedy umawiałyśmy się na piknik nad Wisłą z okazji urodzin innej koleżanki. Ale piknik był w ciągu dnia, nie wieczorem, nie rozumiałam, dlaczego mam córki nie brać. Oczywiście, że kiedy idę spotkać się ze znajomymi i zabieram córkę, to nie uda nam się wejść na wysoki tudzież głęboki poziom dyskusji. Bo zawsze będzie jakieś "mamo motyl, mamo piciu, mamo, widziałaś, ten pies wygląda jak wilk, ja się boję, mamo, a ona powiedziała, że ma dłuższe włosy niż ja, a przecież to ja mam dłuższe, siku, kupę, mucha, loda". Tak jest, oczywiście, choć jeśli znajomi też są z dziećmi i te dzieci się lubią, to może być trochę lepiej (np. możemy mieć nieoczekiwane 20 minut na spokojną rozmowę, szok i niedowierzanie). W każdym razie w końcu, przy drugim dziecku zrozumiałam, że nie po to się ma dzieci, żeby je z babciami zostawiać. Tak. Stety i niestety.

Pierwszy syn, dziecko studentów, długie godziny spędzał u dziadków. Bo mama musiała się uczyć (tata zresztą też), bo mamie się wydawało, że życie jest gdzie indziej. I pewnie tak właśnie było, tamto życie było gdzie indziej. Ciągłe rozdarcie, bo przecież człowiek to dziecko kocha i nie chce go tak porzucać, ale znajomi (ówcześni) dzieci nie mają, są od tego rodzicielstwa daleko, lata świetlne. Dziecko wtedy przeszkadza, nie wiadomo, co z nim zrobić, człowiek musi przecież iść na ten koncert, ten koncert nigdy się już nie powtórzy, jak człowiek nie pójdzie, to się zawali świat, zapanuje bieda w duszy, koszmar i horror. Jak nie pójdzie na imprezę, wypadnie towarzysko, a przecież to tam jest to cholerne życie, tam, na tej imprezie się toczy, a nie w domu na układaniu klocków, zmienianiu pieluch, czy innym wycieraniu nosa. Rozpacz i wieczne rozedrganie, argument: "Fajnie, że miałaś dziecko rak wcześnie, jesteś teraz młodą mamą", uważam za nietrafiony. Cierpi na tym i matka, i dziecko.

Z córką, urodzoną wiele lat później, jest zupełnie inaczej. Bo nareszcie i zupełnie nieoczekiwanie dla mnie samej stało się jasne, że życie jest tu i teraz, że to, co się dzieje w domu czy na placu zabaw jest ważne, być może nawet najważniejsze, że ta relacja jest najbliższa, ma największy sens, cieszy i bawi. Tak, znajomi są fajni, przyjaciele kochani i potrzebni, imprezy bywają epickie, ale one są tylko dodatkiem do tego życia co tu i teraz. A przecież w życiu tu i teraz na dzieci, na rodzinę czasu i tak jest zawsze za mało, bo praca, bo fucha, bo nie-wiadomo-co.

Z córką robi się świetne sesje fotoZ córką najlepiej. Fot. BlindBloger

Ja wiem, że przyjemnie jest czasem wszystko rzucić, te obowiązki, te dzieci, tych mężów, rzucić i pojechać w dal, ale dzisiaj już wiem, że to "w dal" to nie jest moje życie. To jest tylko odskocznia, odpoczynek, krótki relaks, szybkie ładowanie bateryjek, ale moje życie jest tu. Z tymi dziećmi, z tym facetem, w tym naszym bałaganie. I strasznie, strasznie mi przykro, że tak późno to zrozumiałam. Dlatego jeśli impreza jest w nocy, to pójdę sama, ale jeśli to piknik w ciągu dnia, to wolę nie odpocząć z córką.

Więcej o: