Odkładałam, ale zdążyłam zostać mamą

Obie córki urodziłam po trzydziestce. Czyli trochę "odkładałam" decyzję o macierzyństwie. Na fali kontrowersyjnej kampanii Fundacji Mamy i Taty postanowiłam zastanowić się, co sprawiło, że się jednak zdecydowałam mieć dzieci.

Kampania "Nie odkładaj macierzyństwa na potem" wzbudziła falę krytyki, bo jest zła, nieprzemyślana, zakłamująca rzeczywistość i w wielu aspektach obraźliwa. Jednak zjawisko odsuwania decyzji o dziecku na pewno występuje w naszym społeczeństwie i chyba warto o jego przyczynach i skutkach rozmawiać, choć nie w tonie zaproponowanym przez twórców spotu "Nie zdążyłam".

fot. KNfot. KN

Nasze matki rodziły jako dwudziestolatki, poród po trzydziestce uważany był za obarczony zbyt dużym ryzykiem. Dziewczyny z mojego pokolenia przeważnie rodzą w okolicach trzydziestki. W zachodnich społeczeństwach ta granica przesunięta jest jeszcze dalej i kobiety decydują się na pierwsze dziecko już bliżej czterdziestki, a nawet później. Rozwój medycyny z jednej strony, z drugiej zmiana modelu życia na taki, w którym ważna jest samorealizacja (w tym ta kariera i podróże, ale nie tylko, także nauka, zdobywanie nowych umiejętności, realizacja marzeń) sprawiają, że faktycznie tak się dzieje, że rodzimy coraz później. Czy to dobrze czy źle - można dyskutować, podnosząc argumenty medyczne ("stare pierworódki" mają mniejsze szanse na zajście w ciążę i urodzenie zdrowego dziecka) czy społeczne (późne macierzyństwo przyspiesza niekorzystny proces starzenia się społeczeństwa - dzieci rodzi się po prostu mniej, gdy później zaczynamy). Jednak by w ogóle rozważać macierzyństwo potrzebnych jest kilka okoliczności, które w spocie "Nie zdążyłam" nie występują.

Do trzydziestki w ogóle nie chciałam mieć dzieci. Nie dlatego, że "kariera i podróże", tylko zwyczajnie tego nie czułam. Może nie byłam wystarczająco dojrzała, może proces zdobywania samodzielności - zawodowej, finansowej, mieszkaniowej - trwał u mnie na tyle długo i pochłaniał tyle energii, że nie brałam pod uwagę macierzyństwa. Na pewno miał znaczenie fakt, że jeszcze stosunkowo niewielu znajomych miało dzieci, więc nie było z czym i z kim skonfrontować swoich lęków. Bo lęki były: że to "koniec wszystkiego", że będę złą matką, bo się "nie nadaję", że co jak dziecko chore albo zostanę z nim sama? Dopiero więc, kiedy zobaczyłam wśród bliskich mi osób, że można być szczęśliwym rodzicem - nawet, gdy to z jakiegoś powodu nie jest łatwe - to poczułam się w swoich obawach na tyle uspokojona, by zrobić krok "skoro wszyscy, to babcia też".

Tylko wiecie, dzieci nie ma się w pojedynkę. Ma się je Z KIMŚ. Ja miałam to szczęście, że gdy poczułam, że chcę, to mogłam, bo miałam z kim to dziecko mieć. Byłam w związku z mężczyzną, któremu ufałam i czułam się przez niego kochana i szanowana. Wiedziałam, że mogę na niego liczyć. I on też chciał mieć dziecko, a ja, mając milion wątpliwości, czy będę dobrą matką, ani przez sekundę nie wątpiłam, że on będzie dobrym tatą (i jest!). Gdybym była sama, gdybym nie była w stabilnym i okrzepłym związku, gdybym nie była na sto procent pewna mojego partnera na pewno odsunęłabym decyzję o macierzyństwie na potem. Bo to bardzo poważna decyzja i o ile los nie podejmie jej za ciebie, to podjąć ją jest trudno. I strach jest.

Wszystko fajnie, ale ciąża trwa dziewięć miesięcy i bywa zagrożona, trzeba leżeć, brać leki, a i potem tych kilka miesięcy z noworodkiem warto spędzić w domu. I trudno wtedy pracować (choć nie jest to niemożliwe, o czym przekonałam się, rodząc drugą córkę - opanowałam wówczas umiejętność trzymania noworodka przy piersi i jednoczesnego klepania w klawiaturę). Dlatego, gdy zachodzisz w ciążę warto mieć pewność, że będziesz miała finansowe zabezpieczenie w tym czasie, gdy nie będziesz mogła pracować. Gwarantuje ci to w naszym kraju tylko umowa o pracę (lub bogaty mąż, ale ta okoliczność akurat nie występowała). Ja takiej umowy nie miałam, jednak - tak się dla mnie szczęśliwie złożyło - pracowałam z bardzo przyzwoitymi ludźmi, którzy zagwarantowali mi wszelkie świadczenia należne z tytułu umowy o pracę, choć nic ich do tego formalnie nie zmuszało.

Rozmowa z moim ówczesnym szefem, do którego poszłam w 8 tygodniu zagrożonej ciąży to był jeden z trudniejszych momentów w moim dotychczasowym życiu. Pamiętam obezwładniający strach (Co jeśli mnie natychmiast zwolni? Jak sobie poradzimy? Z czego będziemy żyć? Jak ten stres wpłynie na możliwość donoszenia ciąży?) i ogromną, gigantyczną ulgę, gdy usłyszałam: "Kaśka, nic się nie martw. Idź na zwolnienie, leż ile będziesz musiała. Wszystko załatwimy". Myślę, że był to jeden z czynników, dzięki któremu donosiłam tę ciążę (ba! szybko pokonałam zagrożenia, wróciłam do pracy i do dziewiątego miesiąca śmigałam jak fryga od rana do nocy) - bo odpadł mi wielki stres i lęk. Gdyby mnie zwolniono, gdybym tę ciążę straciła - tak jak jedną wcześniejszą - to czy zdecydowałabym się na kolejną? Nie wiem. Możliwe, że odłożyłabym tę kwestię na potem. Kiedyś. Jak znajdę inną, stabilniejszą pracę. Jak przestanę się bać i stresować.

Miałam z kim, mogłam zajść w ciążę (co po pierwszym poronieniu wcale nie było oczywiste) i nie musiałam się bać, że z powodu tej ciąży stracę robotę. Dzięki temu wszystkiemu zdążyłam. I nie żałuję, choć bycie mamą okazało się o wiele trudniejsze niż kiedykolwiek sobie wyobrażałam. Ale to już zupełnie inna historia.

fot. Marcin Chutafot. Marcin Chuta

Więcej o: