Pokaż mi, jak się z tobą podróżuje, a powiem ci, czy chcę z tobą być

Można żyć z kimś wiele lat i nie odkryć w nim cech, które nagle objawią się z całą wyrazistością podczas podróży. Bo ponoć wspólne wojaże mogą zbliżyć. I oddalić też mogą.

Gdy miałam naście lat mój tata udzielił mi życiowej porady: jeśli chcesz poznać dobrze drugiego człowieka (w tamtym momencie chodziło o chłopaka, wiadomo), popłyń z nim w co najmniej dwutygodniowy rejs niewielką łódką. „Będziecie siedzieć na tak małej przestrzeni i będziecie zdani tylko na siebie - jeśli jest fajny i między wami jest szansa na coś fajnego, to to będzie super wyjazd. A jeśli będzie zgrzytać, a po trzech dniach będziesz chciała rzucić w niego czymś dużym i kanciastym - to znaczy, że raczej wami się nie uda” - wyjaśnił tata.

Tak zrodziła się moja wielka miłość do żeglowania i sprawdziła moja pierwsza licealna miłość. Co prawda pojechałam z moim ówczesnym chłopakiem - przyczynkiem do porady taty - nie w rejs, a pod namiot, ale za to na trzy tygodnie, a namiot był nawet mniejszy niż jachcik typu omega.

Jeśli jedziesz na urlop do ekskluzywnego hotelu, gdzie przynoszą ci wszystko na złotej tacy, a masażyści sami błagają, by cię wymasować i pytają kulturalnie, czy zechcesz w tym celu odstawić na chwilę kolorowego drinka - kwestia tego, czy dobrze się dogadujesz z kompanem podróży może zejść na „milimetr dalej niż pierwszy plan”. Wciąż to istotne, z kim wypoczywamy, wiadomo. Ale dużo bardziej dotkliwe jest podróżowanie z niewłaściwym kompanem, gdy podróż ociera się momentami o survival.

Małe łódki - duży sprawdzian / fot. Paweł Małecki / Agencja GazetaMałe łódki - duży sprawdzian / fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta

Przeżywanie podróży z drugą osobą - zwłaszcza, gdy to ktoś nieprzypadkowy i bliski - sprawia, że pełniej się wszystkiego doświadcza. Nie odkrywam tym stwierdzeniem Ameryki (którą, notabene, bardzo chciałabym zjeździć wzdłuż i wszerz). Ja nie potrafię zwiedzać, choćby najpiękniejszego miejsca na świecie w samotności. Muszę włóczyć się z kimś, mieć komu powiedzieć „o, zobacz, jakie to ładne/brzydkie/fajne/jakieś”. Podziwiam podróżników, którzy wyruszają w długie podróże w pojedynkę. Rozumiem ich punkt widzenia: to nieraz bardzo ułatwia zawieranie znajomości w nowych miejscach, sprawia, że lepiej poznaje się kulturę miejsca, które się zwiedza. Ale ja muszę z kimś. I bardzo ważne jest kto to, bo przecież nie z każdym można spędzić kilkanaście dni w oderwaniu od reszty świata, nieraz w dziwnym miejscu, obcym i fascynującym, ale pełnym pułapek i niebezpieczeństw.

Tak. Czy po ostatnim zdaniu ktoś ma jeszcze wątpliwość, czy należę do grona wyluzowanych podróżniczek czy raczej tych typu „ojejku, uważajmy lepiej, bo może się stać coś złego”? Dlatego dla mnie istotne jest, by osoba, z którą wypuszczam się w dalekie wojaże była wyważoną mieszanką rozsądku, ogarnięcia i luzu, którym zaraża mnie (a jednocześnie daje mi gwarancję, że wie co, gdzie i nie muszę się tym jakoś bardzo przejmować). Inaczej będę się za bardzo denerwować, a za mało mieć przyjemność. Nie będę już tu przesadnie kadzić narzeczonemu, on dobrze wie, jak uwielbiam z nim podróżować.

Dokąd nas ta podróż zaprowadzi? / fot. Gosia TchorzewskaDokąd nas ta podróż zaprowadzi? / fot. Gosia Tchorzewska

W takiej podróży pełnej wrażeń łatwo jednak o napięcia. O swoich pisać nie będę (ale i nie udaję, że się nigdy nic takiego nie zadziało) - za to odsyłam was do literackiego studium kryzysu podczas wyprawy pewnej pary. W książce "Pewnego razu w Moskwie" Simone de Beauvoir, małżeństwo po sześćdziesiątce, para z długim stażem, która odbyła razem wiele podróży - niespodziewanie musi stawić czoło wzajemnemu niezrozumieniu.

Te fragmenty, gdy poznajemy ich zupełnie odmienne spojrzenia na daną sytuację - gdy autorka przeplata ze sobą jej i jego - Nicole i Andre - myśli, każe się zastanowić nad różnego rodzaju bzdurami, które wskutek błędnej interpretacji najbardziej błahej sytuacji, mogą doprowadzić do poważnych spięć. Mądra porada z poradników „jak żyć” - by zasadniczo mówić, co leży na sercu i nie oczekiwać, że ktoś wyczyta sobie spomiędzy wierszy, niedomówień czy wymownych spojrzeń - nabiera wymiaru kluczowej rady do wdrożenia na już.

Książka ma też inny interesujący wymiar, dla tych, co niekoniecznie lubują się w analizach psychologicznych meandrów związku. Można ją czytać przez pryzmat drugiego planu fabularnego - czyli sytuacji w Związku Radzieckim lat 60. (Zwłaszcza, że dla bohaterów to nie pierwsza wizyta w Moskwie i porównują to, co zastali, z tym, co znali sprzed raptem paru lat).

Lubię gdy jakieś literackie czy filmowe historie każą mi zastanowić się nad sobą. Co prawda Nicole stwierdza na początku tej historii, że:

Jeśli tylko dołożymy starań, by się porozumieć, zawsze coś z tego wyjdzie.

- a potem okazuje się, że to nie jest takie oczywiste... Jednak dokładanie starań nie jest takie złe, prawda? Zwłaszcza w fajnej podróży.

Foch poleca!

Ebook jest dostępny w księgarni Publio.pl >>

Foch poleca!

Więcej o: