Tato, dziękuję za to, kim jestem

Im jestem starsza, tym bardziej uświadamiam sobie, jak wiele rzeczy zawdzięczam temu, jak traktował mnie tata. Nie chodzi mi o umniejszanie zasług matki w wychowaniu, ale dziś mamy Dzień Ojca, więc chciałabym opowiedzieć wam więcej o tym mężczyźnie.

Może zacznijmy od tego, że miałam być chłopcem i mieć na imię Maciek. Tak głosi miejska legenda. Wyszło, jak wyszło, w pewien słoneczny i ciepły październikowy poniedziałek, w odległych latach osiemdziesiątych, urodziłam się ja. Zdecydowanie nie Maciek, totalnie Dominika. Mam jednak takie poczucie, że tata chyba się tym szczególnie nie zmartwił. Mama też nie. Byli wtedy dzielnymi studentami Politechniki Śląskiej, a ja miałam przyjemność spędzić trochę czasu w akademiku Solaris w Gliwicach. Bywałam z mamą na wykładach, a moją pierwszą zjeżdżalnią była deska kreślarska. Rodzice planowali wykonywać raczej "męskie" zawody.

Mama wybrała sobie dość ciężkie studia i została panią inżynier od dróg i mostów. Zabierała mnie na budowy, mogłam jeździć Nyską, Starem, mogłam utopić buty w betonie (właściwie to mi zabroniła, ale sami rozumiecie, wyszło jak wyszło). Mogłam się bawić w przerysowywanie obrazków przez kalkę i w pierwsze gry samochodowe, które na monochromatycznym monitorze komputera w biurze nadzoru budowlanego wyglądały kosmicznie.

Tata i ja, Wisła, dawno, dawno temu, w odległych latach 80`Tata i ja, Wisła. Dawno, dawno temu, w odległych latach 80.

Mogłam wreszcie spędzać sporo czasu z tatą. Graliśmy w piłkę nożną, czego osobiście nienawidziłam, bo stałam na bramce. Dostawałam zawsze sporo książek z cyklu "jak to działa", "jak to jest zbudowane" - dużo wiedzy technicznej, ciekawostki o Ziemi i Kosmosie. Kiedy czegoś nie wiedziałam i zadawałam pytania, ojciec najpierw odsyłał mnie do książek. Strasznie się wtedy zapieniałam. No, do cholery, no. Ja tu mam osiem lat i chcę znać odpowiedź natychmiast, a nie! Nie było przebacz. Najpierw do książki, a potem możemy rozmawiać.

Tata kupił mi pierwszą kolejkę elektryczną TT, a potem przywoził z delegacji wagoniki. Każdą jego delegację zresztą srodze odchorowywałam, bo jakoś tak tęskno mi było. Ojciec miał też w sobie coś z wynalazcy. Opowiadał o projektach samochodu na wodę, który nie wymagałby tankowania. Pamiętam, jak zbudował ładowarkę do akumulatora od naszego pierwszego samochodu (tak, tak, Fiata 126p). Uwielbiałam siadać z nim przy biurku i patrzeć jak topi kalafonię. Bawiłam się miernikiem, oglądałam wszystkie śrubokręty, podpatrywałam techniki lutowania. Wreszcie zmontowałam w asyście taty swój pierwszy przedwzmacniacz do gramofonu (i jestem z tego dumna do dziś). Jako maniakalna fanka MacGyvera miałam też to szczęście, że po niektórych odcinkach tata organizował w domu pokaz eksperymentów - tych samych, które widziałam wcześniej na ekranie.

Tata puszczał mi winyle i opowiadał o muzyce, a kiedy jeździliśmy w Polskę (a czasem także w Czechy), siadałam na siedzeniu obok kierowcy i robiłam to, co dziś robi GPS. "Jedziesz E67 na Ząbkowice Śląskie i za trzy kilometry skręcasz w trzydziestkę trójkę". Uwielbiałam być pilotem. Tym bardziej, że zazwyczaj u celu czekała na nas jakaś wielka, pusta fabryka, wielkie magazyny, zrujnowany pałacyk, albo coś równie fajnego.

Ojciec nigdy, przenigdy nie sugerował, że jakieś zajęcie nie nadaje się dla dziewczyny, że "jako dziewczynka, to raczej powinnam się zainteresować tym, czy tamtym". Jeździłam z nim na kajaki, pod namioty i w góry (tu już razem z mamą). Chodziliśmy po jakichś dziwnych pozostałościach niemieckich wyrzutni rakiet. Swój pierwszy komputer mogłam rozkręcać, przerabiać, a kabelek od internetu do modemu 14400 przeciągnęłam sama. Tata tylko pilnował, żebym wiertarki nie zepsuła jak będę robić dziurę w ścianie swojego pokoju. Wycierał kurze w mieszkaniu (to kolejna rzecz, która doprowadzała mnie w dzieciństwie do rozpaczy, bo robił to zazwyczaj tuż przed wyjściem z domu na weekendowe spacery...) wieszał pranie, zdarzało mu się gotować, zwłaszcza na wyprawach. Mama zawsze mówiła, że powinnam lepiej sprzątać i przyłożyć się do gotowania, ale znacznie bardziej zaganiała mnie do matematyki, bo czemu, och czemu dziecko dwójki ludzi o umysłach ścisłych nie może się ogarnąć w tym świecie cyfr?!

Cóż, wyszło, jak wyszło. Nie zostałam Pitagorasem, mimo że co roku wciskano nam ćwiczenia o tym właśnie tytule. Za to w dorosłość weszłam z poczuciem, że nie ma czegoś takiego jak podział na zadania bardziej "babskie" czy bardziej "dla facetów". To bardzo cenna świadomość. Pozwalała mi zawsze nie oglądać się na konwenanse i robić to, co lubię w życiu robić, oraz to, co mnie interesuje. Pierwszego w życiu przejawu seksizmu doświadczyłam dużo później. Zareagowałam siarczystym przekleństwem. Ale przeklinać to ja nauczyłam się już sama...

Więcej o: