Symbol siły Coco Chanel i mundur na wojnę Jackie Kennedy - opowieść o pewnym różowym kostiumie

Ten strój jest symbolem siły. Siły Coco Chanel, ale i Jackie, która rzuciła wyzwanie światu - podkreśla amerykańska dziennikarka Nicole Mary Kelby. W książce ?Ten słynny kostium? opowiada o kreacji, która stała się jednym z najsłynniejszych ubiorów epoki wielkich przemian obyczajowych; zdradza też, co łączyło jej matkę z legendarną projektantką mody.

Co możesz powiedzieć o nowo poznanej osobie, patrząc na jej strój?

- Bardzo dużo. To, co nosimy, to nasze marzenia. Patrzymy na jakieś ubranie w sklepie i myślimy: Idę wieczorem na wyjątkową kolację, kupię tę sukienkę, bo wiem, że będę w niej wyglądać fantastycznie!; albo: To wygląda jak uszyte specjalnie dla mnie.

Kiedy kupujemy nowy strój, kupujemy wizję czegoś nowego, obiecujemy coś sobie. Nie mówimy przecież: Ten sweter włożę w dniu, w którym dowiem się o śmierci ojca. Wybierając ubranie w sklepie, myślimy raczej o szczęściu. To, co nosisz i jak to nosisz, mocno odzwierciedla twój charakter. Jestem tak samo szalona, jak moja sukienka; albo - patrząc na ciebie: Idę na ważny wywiad, ale mam na sobie zwykłą koszulę, jeansy i sportowe buty, bo tak się czuję dobrze.

To prawda, gdybym próbowała ubrać się elegancko, byłabym zestresowana, bo to nie jest mój styl. Oczywiście jeśli muszę, to się stroję...

- Jeśli idziemy na bankiet i ubierzemy się niewłaściwie, mówimy tym samym: Nie szanuję was. Wybór stroju to też forma okazywania szacunku samemu sobie. Nie włożysz wydekoltowanej sukienki w kraju, w którym kobietom dzieje się krzywda, w którym są porywane i gwałcone. Właściwie możesz to zrobić...

... ale nie powinnaś, dla własnego dobra.

- Tak. Czegokolwiek nie założysz na pierwsze spotkanie z obcą osobą, tak właśnie będziesz postrzegana. Pomyśl o zdjęciach z młodości twojej mamy czy babci. Kto uszył ubrania, które miały na sobie, pozując do zdjęć? To były określone czasy, konkretny materiał. Kiedy ktoś mówi, że ubranie to tylko powierzchowność, cóż... ma rację, ale jestem skłonna odejść w tym wypadku od negatywnego znaczenia słowa „powierzchowność”. Ubranie zawsze jest świadectwem epoki i własnego wpisania się w nią. Twoja mama czy babcia nieprzypadkowo zdecydowały, że to w tych, a nie innych ubiorach zapozują do zdjęć. I zapamiętasz je właśnie tak. Strój jest ważny.

Jackie Kennedy doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Ukształtowała nasz pogląd na to, czym jest skromna elegancja i dobry smak. Jestem ciekawa, czy tytułowy kostium, ten konkretny, różowy kostium, faktycznie był jej ulubionym?

- Cóż, to był JEGO ulubiony kostium. To Jack Kennedy uwielbiał ten strój. Nie należy zapominać, że Jackie w swojej oficjalnej garderobie w Białym Domu miała trzysta ubrań! To były formalne stroje, które ubierała, kiedy reprezentowała swojego męża, jego marzenia i plany.

Miała trzysta ubrań, a w tym konkretnym kostiumie została sfotografowana aż sześć razy na różnych spotkaniach. Pomyśl o tych wszystkich sytuacjach, kiedy go nosiła i nie zrobiono jej zdjęcia. Uszyto go z niezwykle delikatnego materiału, który mógł się rozpaść w każdej chwili. W tym tkwiło piękno tego ubioru. Był olśniewający.

Jackie Kennedy w słynnym różowym kostiumie (fot. manhhai / http://bit.ly/1SNeMEP / CC BY / http://bit.ly/1mhaR6e)Jackie Kennedy w słynnym różowym kostiumie (fot. manhhai / http://bit.ly/1SNeMEP / CC BY / http://bit.ly/1mhaR6e)

Gdy czytałam twoją powieść, zaczęłam myśleć o tym kostiumie jak o mundurze wojskowym. Po tym wszystkim, co Jackie przeżyła w dniu, w którym nosiła go po raz ostatni, wyglądała tak, jakby szła na wojnę. Mimo śladów krwi nie przebrała się. Mówiła: „Niech wszyscy zobaczą, co on zrobił mojemu Jackowi!”. Stała mężnie i dawała świadectwo...

- Na ostatnich stronach mojej książki jedna z bohaterek mówi o sile, o tym, że wszystko, co zrobiła Jacqueline tuż po zabójstwie Kennedy'ego, było manifestacją siły. To, co jest równie ciekawe, to fakt, że Coco Chanel, która zaprojektowała legendarny kostium, miała kochanka, który był nazistą. Coco zamknęła sklepy na czas wojny i nie otwierała ich długo po jej zakończeniu. Wciąż sprzedawała swoje perfumy, ale nie projektowała nowych ubrań. Zaczęło jej jednak brakować pieniędzy. Pod koniec lat 50. zdecydowała się więc na to, by wrócić do świata mody. Kostium Jackie był projektem przygotowanym na ten wielki powrót. Każda kobieta chciała mieć tę kreację, bo to był właśnie „powrót Chanel”. Kostium wisiał w szafach wielu zamożnych pań. Jackie też musiała go mieć.

Ten strój jest faktycznie symbolem siły. Siły Coco, która wróciła, i Jackie, która rzuciła wyzwanie światu. A Jack Kennedy uosabiał wielkie marzenia o pokoju, o globalnym porozumieniu towarowym, o lotach załogowych na Księżyc, o spokoju i radości. Najbardziej wstrząsające jest to, że w jednej chwili to wszystko zostało Amerykanom odebrane.

Myślisz, że wraz z morderstwem Kennedy'ego pojawił się strach o to, co dalej z „amerykańskim snem”, mitem cudownego dobrobytu, którego każdy może zaznać?

- Myślę, że tak. Nie mamy zbyt wielu mocarstw na świecie.

Nikt nie mówi też na przykład o „rosyjskim śnie”...

- Prędzej o rosyjskich koszmarach. Co ciekawe, „Ten słynny kostium” został przetłumaczony na język rosyjski. Wracając do stylu, ubrań i marzeń, to wszystko zaczęło się od Jackie. Wcześniej mieliśmy małżeństwo Mamie i Dwighta Eisenhowerów. Byli niczym dziadkowie - starzy i staroświeccy, zdystansowani i nudni. Jackie i Jack byli jak ty, twoja mama, lub ktoś, kogo możesz spotkać gdzieś na imprezie. Jackie chodziła w ciuchach, które sama zaprojektowała, albo zmieniała tak, by mieć swobodę ruchu. Widziała kreację Coco Chanel, dostała dokładne wykroje, ale pewne rzeczy zmieniła, by kostium nie był aż tak dopasowany i nie ograniczał ruchów.

Jeśli pomyślimy o tym, co wydarzyło się po śmierci Jacka - o rewolucji seksualnej, prawach kobiet, prawach człowieka - możemy być pewni, że to Jack był negocjatorem tych wszystkich zmian. Nie umiemy powiedzieć, jakim byłby prezydentem, gdyby nie został zamordowany, ale bez wątpienia potrafił świetnie inspirować ludzi, motywować do tego, by pracowali ciężej. Jackie pomagała mu także tym, jak wyglądała. Jej pewność siebie i luz, z jakim nosiła stylowe ubrania, mówiły wprost: Hej, my kobiety możemy zrobić, co tylko chcemy, możemy prowadzić pociągi i stąpać po Księżycu. Wybierała dodatki niezgodne z panującymi zasadami, potrafiła nawet zażądać doszycia kieszeni.

Dla mnie zaskakujące było, że zaingerowała w projekt Chanel, a Coco nawet nie protestowała. Jak to możliwe?

- Kupiono wykrój tego kostiumu. Ze względu na charakter umowy krawcowe musiały przestrzegać poleceń Chanel. Kostium powstał jednak na ziemi amerykańskiej i został uszyty przez amerykańskich krawców.

Warto jednak pamiętać, że Chanel nie przywiązywała wagi do tego, czy ktoś kopiuje jej ubrania. Wychodziła z założenia, że to dobrze, że inni ściągają od niej rozwiązania. Uważała wręcz, że to świetna reklama. Wiedziała też, że nie każdą kobietę stać na oryginalną sukienkę Chanel, ale skoro zamawia podobną u swojego krawca, to znaczy, że chce marzyć i może kiedyś te marzenia spełni.

To, na czym zależało Coco w przypadku kostiumu Jackie, to były materiały i wykonanie - całość musiała być uszyta z określonej tkaniny, miały być użyte konkretne guziki, w projekcie była nawet określona gęstość ściegu i odległość od krawędzi materiału. Najwięcej problemów było z kapelusikiem i sposobem, w jaki Jackie chciała go nosić. Jej zależało na tym, żeby na zdjęciach widać było twarz, by nie wyglądała jak „cyrkowa małpka grająca na harmonijce”.

Żeby na twarz nie padał żaden cień, prawda? „Nie, nie mam podkrążonych oczu, to tylko mój kapelusz”.

- Właśnie! Dlatego cały kapelusik był trzymany z dala od twarzy. Jackie wymyśliła nowy sposób zapinania go. Kiedy miała dwadzieścia lat, napisała felieton do jednego z czasopism i zaznaczyła tam, że chce być dyrektorem artystycznym dwudziestego wieku. I udało jej się!

Mam wrażenie, że w dużej mierze wciąż ma wpływ na to, jak się nosimy w XXI wieku.

- Też tak uważam. Popatrz na to, jak Michelle Obama stara się naśladować Jacqueline. Kiedy chcemy być eleganckie i pokazać klasę, ubrać się jak dorosłe kobiety, sięgamy po sprawdzone pomysły i podpatrujemy styl Jackie. Kiedy chcemy zrobić coś innego, ona też staje się punktem odniesienia. To niesamowite.

Jackie i Jack Kennedy (fot. Marion Doss / http://bit.ly/1KeJiGb / CC BY / http://bit.ly/1dsePQq)Jackie i Jack Kennedy (fot. Marion Doss / http://bit.ly/1KeJiGb / CC BY / http://bit.ly/1dsePQq)

Patrząc na klasę, z jaką nosiła się jako żona prezydenta, ludzie często zapominają, że było z niej niezłe ziółko. Nieustannie pakowała się w kłopoty, dzieci w szkole jej nie lubiły - z wzajemnością. Miała wielkie stopy, wielkie dłonie, wielką głowę. Mówiono, że nie osiągnie w życiu niczego. Matka bardzo się o nią martwiła. Ojciec zostawił ją dość wcześnie, był hazardzistą, pijakiem i kobieciarzem. Właściwie to Jackie miała za sobą bardzo trudną przeszłość. Wychowywali ją dziadkowie. Nie chciała, żeby ludzie wiedzieli o jej irlandzkim pochodzeniu, bo w tamtych czasach Irlandczycy byli źle postrzegani w USA. Podkreślała swoje francuskie korzenie, choć tej krwi w jej żyłach była może raptem 1/16, no ale miała pięknie brzmiące nazwisko. Ten atut rozegrała po mistrzowsku: - Jestem Bouvier, jestem Francuzką, a Francja to kultura i styl. Jackie stworzyła siebie. Mogła być nikim, ale potrafiła wykorzystać wszystko, by coś osiągnąć.

Wiedziała też doskonale, jak zachowywać się przed obiektywem, kamerą, podczas spotkania z dziennikarzami.

- Tak, to były czasy, kiedy media w USA były potęgą. Telewizja przeżywała prawdziwy rozkwit, wiele osób miało w domu odbiornik, kto go nie posiadał, szedł do znajomych i oglądał. Ludzie czytali gazety, radio miało olbrzymie znaczenie. Jackie natomiast wiedziała, jak budować swój publiczny wizerunek. Wiedziała, jak się prezentować, sama była fotografem.

Była chyba też najlepszym PR-owcem, jakiego mógł sobie wymarzyć jej mąż.

- Absolutnie! Była w tej roli niewiarygodnie dobra.

Jak to się stało, że w ogóle zaczęłaś pisać książkę o kostiumie Jackie Kennedy?

- Szukałam materiałów o Coco Chanel. Moja mama pracowała w jej butiku przed wojną. To było przedziwne, bo przecież mama była Żydówką, a Coco miała chłopaka nazistę. Mama została postrzelona w czasie wojny, opowiadała mi dziesiątki osobliwych historii ze swojego życia. A mnie zafascynowała szczególnie ta jedna, o butiku. Szukałam więc informacji, zbierałam dane i wspomnienia ludzi. Wreszcie trafiłam na różowy kostium.

Właściwie to nie wiedziałam, co to za „słynna różowa sukienka”, o której ludzie rozmawiają w tak emocjonalny sposób. Zaczęłam grzebać w dokumentach i zdałam sobie sprawę, że jest cały wielki kult różowego kostiumu. Wiele osób było wstrząśniętych tym, że on w ogóle był różowy. A ja nawet nie miałam wtedy świadomości, że chodzi o kostium, który miała na sobie Jackie Kennedy w dniu zabójstwa jej męża w Dallas.

Ludzie powtarzali, że strój Jackie został uszyty przez Coco, ale to nieprawda. Stereotyp, że Jackie ubierała się u Coco jest tak silny, że choć sporo się pisało o tym, iż żona Kennedy'ego nosi ubrania szyte w USA, to gdzieś każdy sobie już utrwalił ten mit. Dotarłam do osób, które mogły powiedzieć, że to, co miała na sobie Jackie, to doskonała replika oryginalnego projektu. Tkanina była dokładnie taka sama, sprowadzona z tego samego zakładu, wszystko było ściśle ustalone, ale w tej sukience jest wciąż zapisane DNA krawców, którzy ją uszyli. Każdy, kto jej dotknął, zostawił na niej swój ślad.

"Jej pewność siebie i luz, z jakim nosiła stylowe ubrania, mówiły wprost: - Hej, my kobiety możemy zrobić, co tylko chcemy, możemy prowadzić pociągi i stąpać po Księżycu" (fot. Magnus Karlsson / http://bit.ly/1Jls21F / Antonio Mar~n Segovia / http://bit.ly/1e5ujQX / That Hartford Guy / http://bit.ly/1LFt0n0 / CC BY / http://bit.ly/1dsePQq)

Zauważyłam, że starasz się podkreślić fakt, że sukienka została uszyta w USA. To było istotne?

- To miało duże znaczenie polityczne. Oto Pierwsza Dama wspiera rodzimych rzemieślników. Może mieć paryski styl, ale płaci za pracę Amerykanom. W dodatku przerabia ubrania ze Starego Kontynentu tak, by pasowały do swobodniejszego ducha Nowego Świata. To bardzo ciekawe zjawisko.

Można je też zaobserwować w Polsce. Niezwykłe, jak bierzecie na warsztat modę miejską, łączycie bardzo eleganckie materiały i kreujecie swój styl. Jeśli się rozejrzysz po ulicach Warszawy, zauważysz wyrazisty, polski styl, to bardzo pozytywne zjawisko. Mówicie: - Czemu mamy tego nie zrobić po swojemu? Idźmy krok naprzód! Myślicie o tym, co dalej, jesteście gotowi na zmiany, nie trzymacie się kurczowo tego, co klasyczne. Umiecie bawić się modą.

Na czym zależało ci najbardziej na początku pracy nad książką o kostiumie. Co chciałaś pokazać?

- Przede wszystkim to, jak Jackie wykreowała siebie, jak pracowała nad tym ubraniem, jak je zmieniała. Potem pomyślałam sobie: A kogo to obchodzi?! Powstało już tyle publikacji o Kennedych, o samej Jackie, czy kogoś to jeszcze zaciekawi? W tamtym momencie zaczęłam zdawać sobie sprawę, że ważne jest też to, kto był na drugiej linii.

Wiesz, moi rodzice byli imigrantami, w latach 50. każdy miał w rodzinie jakiegoś imigranta, każdy był mniej lub bardziej „nietutejszy”. Pomyślałam o tych wszystkich emocjach, które targały tymi ludźmi. O tęsknocie za domem, tożsamością, własną kulturą. Wiele osób nie zniosło tej tęsknoty i rozdarcia, porzucili swój wielki sen o amerykańskim dobrobycie i wrócili do Włoch, Irlandii, czasem też do Polski. Chciałam uczcić pamięć tych, którzy umieli swą tęsknotę przekuć w coś pozytywnego. Zostali i zdecydowali się budować własną przyszłość. To byli anonimowi bohaterowie, którzy pomagali takim ludziom jak Jackie sięgać gwiazd. Ona zaś przecierała dla nich szlak. Mężczyzna, który kroił materiał, Kate, która dbała o wykończenie kostiumu, wszyscy oni włożyli w ten strój swoje marzenia, nadzieję i miłość. Tacy są prawdziwi rzemieślnicy. I Jackie właśnie takich ludzi wybrała, była właściwą osobą na właściwym miejscu, i stworzyła im właściwe okoliczności. Rozumiała doskonale, czego chce i jak chce to osiągnąć.

Myślę, że umiała też dostrzegać możliwości, których nie zauważali inni, prawda?

- Jacqueline wiedziała, że jest tajną bronią Jacka, czytała uważnie jego przemowy, dobierała właściwy strój do okoliczności. Podpowiedział jej to teść, który był wielkim politykiem. Wiedział, jak pociągać za sznurki, żeby wszyscy tańczyli, jak im zagra. Sam był imigrantem i jedną z tych osób, które zrealizowały w USA swoje wielkie plany.

Poprzez historie ludzi, którzy pracowali dla Pierwszej Damy, opowiadasz także o amerykańskim śnie. Pojawia się na przykład kobieta, która mogłaby być nikim, ale została krawcową Jackie Kennedy.

- W tamtych czasach nikt nie dbał o takie osoby. Szycie ubrań na spotkania formalne nie było właściwie żadnym wydarzeniem. Każda krawcowa marzyła o tworzeniu sukni wieczorowych. Strój dzienny to strój dzienny. Owszem, buduje wizerunek, ale nie było tego efektu wow, który towarzyszył sukniom wieczorowym. Gdy Jackie zaczęła nosić ten kostium, nie był traktowany przez innych jakoś szalenie wyjątkowo. Zachwycali się materiałem i wykończeniem, ale nie doceniali jego znaczenia. Sophie i Nona, założycielki pracowni Chez Ninon, w której uszyty został strój dla Jackie, były szalone. To nie młode trzpiotki, ich życie prywatne było mocno zniszczone, obydwie przeżyły rozwody, ale wsiadły w samolot i poleciały za ocean, do Paryża, by uczestniczyć w pokazach mody i podpatrywać właściwe rozwiązania.

Projekty pracowni Chez Ninon z lat 90., w której uszyto słynny kostium Jackie Kennedy (fot. Suz Signature Styles)Projekty pracowni Chez Ninon, w której uszyto słynny kostium Jackie Kennedy (fot. Suz Signature Styles)

W tej książce można znaleźć wiele ciekawych wzorców zachowań, warto pamiętać, że akcja rozgrywa się w czasach, kiedy wciąż dominowały w USA nieco inne wartości. Kobiety miały wyjść za mąż, urodzić dzieci, prowadzić dom. A jednak takim postaciom jak Sophie i Nona przyszło do głowy, by mimo wszystko otworzyć swój showroom, szyć, zapraszać panie z wyższych klas na drinki i pogaduchy. Ich butik był jak klub dla dobrze sytuowanych kobiet, które mogły się tam zrelaksować. Nie chodziło wyłącznie o ubrania, choć te były wyjątkowe. Każdy strój powstawał tylko w trzech kopiach dla każdego rozmiaru. Nie było szans, by ten limit zwiększyć. Kobiety, które ubierały się w tym butiku, miały więc pewność, że dostają świetnie zaprojektowane, dobrze uszyte, ale też bardzo wyjątkowe kostiumy. Oczywiście, że Sophie i Nona kopiowały różne pomysły, ale cała moda jest kopią. Haute couture [z fr. wysokie krawiectwo - przyp. red.] to są wiersze - projektanci tworzą poetycki obraz nadchodzącego sezonu. Wszyscy inni zaś zaczynają się zastanawiać, jak zinterpretować tę poezję, jak uczynić ją bliższą prozie życia.

Jak dużo poezji, a właściwie fikcji literackiej jest w twojej prozie?

- W „Tym słynnym kostiumie” prawdziwe są wszystkie imiona. Starałam się też zachować wierność faktom. Odtworzyłam wszystkie relacje, jakie miały miejsce między poszczególnymi postaciami. Zrobiłam wyjątek dla Kate, której prawdziwe życie wyglądało tak, że większość dnia szyła, a potem wracała do domu i tyrała przy dzieciach. Bardzo kochała modę, a jej mieszkanie przypominało mały magazyn z materiałami. Pomyślałam, że zasługuje na szczęśliwsze życie, więc poukładałam jej relacje nieco lepiej.

Czyli napisałaś na nowo jej życie osobiste?

- Tylko troszeczkę. W nagrodę za to, jaką była wyjątkową kobietą. Mam wrażenie, że gdyby żyła w innych czasach, na przykład teraz, właśnie tak by się zachowała.

Zazwyczaj jednak starasz się nie uciekać od rzeczywistości, tylko oddać ducha czasów, w jakich żyli bohaterowie. Mam wrażenie, że to wymagało od ciebie zebrania bardzo dużej ilości materiałów pomocniczych, żeby nie wyłożyć się potem na jakimś detalu, choćby na tym, że bohater korzysta z telefonu w sposób zupełnie inny, niż to się wówczas odbywało. Dobrze cię wyczułam?

- O tak! Rozmowa telefoniczna to świetny przykład. W latach 50. trzeba było przejść całą procedurę, by wykonać połączenie zamiejscowe. Przesłuchiwałam setki nagrań z epoki, archiwalne rejestracje rozmów zwykłych ludzi, czytałam protokoły opisujące złożoność procedur. To było szalenie intrygujące.

Jeździłam też po całym świecie, by dotrzeć do osób, które były jakkolwiek związane z tym konkretnym kostiumem, do tych, którzy go szyli, byłam w miejscu, gdzie wytwarzano tkaninę. Okazało się, że mój asystent doskonale znał właścicielki butiku, w którym stworzono ten strój, ale także wiele innych osób, które mogły mi pomóc, bo współpracował z czasopismem „Vogue” nad wielką wystawą o Jackie Kennedy. Wiedział właściwie wszystko o detalach. Ja na przykład nie miałam pojęcia, że w wielu ekskluzywnych sklepach manekiny miały dokładne wymiary Jackie i Jacka - mogłaś iść Piątą Aleją i na wystawach mijać kolejne repliki Kennedych (śmiech). Były sklepy znane z tego, że ściągały projekty ubrań od Jackie. Czy to nie paradoks?

Po lewej: Nicole Mary Kelby (fot. Ann Marsden); Po prawej: Po lewej: Nicole Mary Kelby (fot. Ann Marsden); Po prawej: "Ten słynny kostium" (fot. materiały prasowe)

Nicole Mary Kelby. Amerykańska reporterka, wydawca i pisarka polskiego pochodzenia. Jest autorką pięciu książek, w tym dwóch przetłumaczonych na język polski: „Białe trufle” oraz wydanej niedawno powieści „Ten słynny kostium”.

 

Więcej o: