Czy dzieci zmieniają się w zombie wpatrzone w ekrany telewizorów i komputerów?

Seria sugestywnych fotografii pokazujących skutki obcowania najmłodszych widzów z telewizją robi furorę w sieci. Czy naprawdę powinniśmy tak bezrefleksyjnie przeklejać te portrety bezmyślnie gapiących się w ekran dzieciaków?

Idziemy leśną drogą. Dzięki porządkowi i postępowi oraz dotacjom z UE w ramach partnerstwa polsko-czeskiego dla poprawienia jakości dróg na pograniczu, od kilku lat bazaltowe kamienie zastąpił asfalt. Na poboczach zachęcająco czerwienią się poziomki. Rzucam się na nie z piskiem.

„Zostaw, wiesz ile to ołowiu złapało?”. Phi! Na coś trzeba umrzeć. Mogłabym pić, palić, zażywać twarde narkotyki albo konsumować rybę typu flądra żerującą na bałtyckim iperycie, a tymczasem jem poziomki rosnące przy drodze wiejskiej prowadzącej do niewiele znaczącej miejscowości znajdującej się zupełnie nigdzie, u podnóża gór Izerskich. Jem je tym radośniej, że po pierwsze lubię smak własnoręcznie rwanych poziomek, po drugie dwadzieścia lat temu miejscowe dzieci nie pozostawiały pół poziomki na tych leśnych krzaczkach. Dwie dekady temu obrotna młodzież wyruszała do lasu, zbierała co się dało i obdzielała pół na pół - domową spiżarnię i domowy fundusz. Z tym funduszem, to rozumiecie, taki skrót myślowy. Po prostu dzieciaki parały się sprzedażą przydrożną.

„Bo kiedyś to dzieciaki nie miały komputerów i konsoli, teraz mają boiska i nie grają w piłkę tylko siedzą przed ekranem”. Nic mnie nie denerwuje bardziej niż taka retoryka. Uwielbiam ludzi żyjących przekonaniem, że współczesne dzieciaki nie robią nic innego, tylko niczym e-glonojady przysysają się do ekranów, by zwyczajnie tam się zombifikować pod wpływem fali elektronów. Zdjęcia takie, jak te zaprezentowane w serii „Idiot box” Donny Stevens zdają się tylko utwierdzać ten stereotyp. Australijska fotografka zaprezentowała bowiem serię portretów maluchów bezmyślnie wgapiających się w szklany ekran. Obrazy robią spore wrażenie.

"Idiot box" (Fot. (c) Donna Stevens)

Och, ach, bijmy na alarm, nasze dzieci ogłupiane są przez telewizję, spędzają przed ekranem tyyyyle czasu. Serio?! Błagam. Po pierwsze te, było nie było, sugestywne fotki są pięknie wystylizowane. Wszystkie dzieciaki mają ciemne ubrania, wszystkie siedzą w ciemnym pomieszczeniu, wszystkie są oświetlone przez chłodne światło. Nie przeczę, że wyraz twarzy każdego z dzieciaków nie jest superinteligentny, wszystkie fotografowane modelki i modele są autentycznie zamulone. Zombie. Oderwijmy je na chwilę od telewizora. Posadźmy przed czymś równie frapującym. Jedne dzieci zadziwia pracująca pralka - na tyle, że nawet nie odnotują, że im ślina od dwudziestu minut kapie z rozdziawionej gęby na łazienkową terakotę. Inne potrafią przez godzinę (to nie metafora, bita godzina albo i dłużej) gapić się tępo w akwarium albo przez szybę oglądać przejeżdżające samochody bez cienia refleksji malującego się na licach.

Dzieci mają piękną zdolność odcinania się od rzeczywistości. Nie tylko wtedy, gdy każesz im pozbierać zabawki albo wspominasz coś o zjedzeniu warzyw z talerza. Nie biorę w obronę tych małych ameboidalnych stworów, które mogą faktycznie spędzić pół dnia śledząc bezsensowne poczynania jakiejś gadającej gąbki na dnie oceanu albo czegoś równie intrygującego. Chcę tylko powiedzieć, że taki moment zombifikacji nie jest wywoływany wyłącznie przez pudło telewizora.

"Idiot box" (Fot. (c) Donna Stevens)

A komputery? Och, przez te komputery to samo zło, szatan i zagłada ludzkości. Przepraszam, ale gry komputerowe i konsolowe wymagają pewnej dozy koncentracji i wchodzenia w interakcje. Trudno pozostawać otępiałym, kiedy właśnie prowadzisz dużą kampanię, a twój przeciwnik po drugiej stronie klawiatury na drugim końcu świata właśnie coś knuje. Gry polepszają spostrzegawczość i usprawniają małą motorykę. Wreszcie gry włączają emocje. Nie zawsze pozytywne, ale o tym, jak gry komputerowe, konsolowe i aplikacje na tablety mogą wspomagać rozwój u dzieci pisaliśmy z Kamilem Sijko, psychologiem i współtwórcą Koder Dojo całkiem spory artykuł już dobre dwa lata temu. Demonizowanie nowych technologii wynika z czystego lenistwa dorosłych. Dorośli nie chcą zrozumieć, nie chcą się też zainteresować.

Pamiętajmy o jeszcze jednej kwestii. Ktoś tym dzieciakom udostępnił zarówno telewizory, jak i komputery, konsole, tablety, smartfony. Przeciętny dwulatek jeszcze nie ogarnia rzeczywistości na tyle, by iść samemu do sklepu ze sprzętem RTV, kupić sobie coś poręcznego i intuicyjnego, zapłacić za dostęp do sieci, albo wyczaić lokal z wi-fi, pobrać kilka apek i zacząć szaleć, ewentualnie zamówić usługę dostępu do telewizji kablowej do domu i w ten sposób zadowolić się zombieniem przed ekranem.

"Idiot box" (Fot. (c) Donna Stevens)

Pomyślcie przez chwilę, jak wasze dzieci weszły po raz pierwszy w kontakt z telewizją, komputerami oraz urządzeniami mobilnymi. Pewnie akurat sami korzystaliście i maluchy były zafrapowane. Płakały, a to pozwalało skutecznie odwrócić ich uwagę i nie trzeba było im śpiewać przez dwie godziny jakichś absurdalnych piosenek nosząc na rękach, albo ta godzina z blokiem bajek pozwalała wam spokojnie ugotować obiad, sprzątnąć mieszkanie i nawet może złapać chwilę oddechu. A może jesteście tak radykalni, że wszystko co elektroniczne wynieśliście z domu i dzieci żyją niczym bohaterowie filmu „Osada”? Późne średniowiecze, palenie wiedźm, odczynianie uroków, składanie ofiar... Dobra, daruję sobie ten sarkazm. W świecie nowych technologii niespecjalnie zda się totalny zakaz korzystania. Najważniejsze jest wyrobienie w sobie umiejętności korzystania z nich w określonych ramach. Krytyczne podejście do treści i zdolność powiedzenia sobie "dość" - do tego potrzebne są lata praktyki i godziny rozmów o tym, co właśnie się przyswaja.

Moje dzieci nie dadzą się tak łatwo spławić. Syn zawsze oczekiwał, że będę obecna, gdy on ogląda po raz trzydziesty ulubiony film o Hefalumpach. Córka zasypuje mnie pytaniami w trakcie każdego oglądanego programu. Kiedy dzieciaki siadają do gry w Minecrafta mogą rozmawiać ze sobą, najczęściej też dumnie prezentują efekty swojej działalności. „Mamo, zbudowałem pokój dla ciebie, wiem, że lubisz duże okna, a tu patrz! Nasz bunkier i skrytka na zapasy, a tutaj będziemy mieć podziemną kolejkę, która wywiezie nas do innego bunkra”. Owszem, czasem chętnie wyłudziłyby jeszcze jeden odcinek „Pingwinów z Madagaskaru”, na tej samej zasadzie, na której oparta jest nasza dorosła chęć jeszcze jednego odcineczka ulubionego serialiczku.

"Idiot box" (Fot. (c) Donna Stevens)

Nie zauważyłam, by dzieciaki, a tym bardziej ulubiony kolega mojego syna, odkleiły się od podwórka. Wręcz przeciwnie, całkiem jest ich dużo na dworze. Jeżdżą na rowerach, łażą po chaszczach, bawią się, uczą się nudzić i zabijać nudę. Wspinają się na płoty i siedzą na osiedlowych hydroforniach. Przy wszystkim mój syn potrafi siąść i przeczytać w czasie jednej kilkugodzinnej nasiadówy całą książkę. Nawet nie wiecie, jaki ma wtedy wyraz twarzy - zwyczajnie wszystkie mięśnie mu więdną... Może powinnam mu zabronić czytania, bo kiedy czyta to wygląda jak zombie?

A dzieciaki na wsi, gdzie od ponad dwudziestu lat spędzam wakacje? Cóż, byliśmy u nich wczoraj, a właściwie mieliśmy sprawę do ich rodziców (to oni byli dwadzieścia lat temu tymi dzieciakami, które opędzlowywały pobliski las z owoców). Potomstwo niegdysiejszych zbieraczy nie wyglądało niczym przyssane do ekranów porosty. Wiele dzieciaków z okolic Jeleniej Góry, Wałbrzycha, Żar, Zielonej Góry, z Krosna Odrzańskiego i wszystkich miejscowości, które jakimś trafem ostatnio odwiedzałam, też nie wyglądało na zzombifikowane pochłaniacze promieniowania. Kiedy ich rodzice mówią szkolnemu psychologowi „ależ on/ona nie siedzi wcale przed telewizorem”, najczęściej słyszy pobłażliwe i pełne niedowierzania „Jasne” (każdy rodzic tak mówi, nie będę szukać problemu gdzie indziej, skupmy się na tych komputerach i telewizji). Chciałabym więc przypomnieć wam, kochani repostujący te cudownie zmanipulowane zdjęcia małych TV-Zombie, nie klepcie bezrefleksyjnie formułek o dzisiejszym pokoleniu, bo pomyślę, że sami zostaliście już dawno zzombifikowani.

Więcej o: