Afirmacja ciała (opalonego, szczupłego, wytrenowanego), czyli o granicy kobiecej solidarności

W "Kampanii o akceptacji siebie" siostry Fitdevangel: Aniela i Ada mówią, że każde ciało jest piękne. Przesłanie mało przekonujące z ust blondynek w bieliźnie. Ale czy moja niechęć do "anielskich diablic" nie jest aby podyktowana mizoginią najgorszego sortu, czyli niechęcią wymierzoną w kobietę przez inną kobietę? Może solidarność jajników to mit?

Mój ulubiony mężczyzna zawsze mówi, że jak chłopaki się pokłócą, to „dadzą sobie po mordzie, pójdą na wódkę i będzie spokój” (nie żeby on tak chętnie te ciosy zadawał), a kobiety to już inna inszość. Wtóruje mu nasz dobry przyjaciel, który błyskotliwie podsumował rozmowę o kobiecej (nie)lojalności zdaniem: „Mężczyźni, jeśli nie lubią innych mężczyzn, to za to jakimi są ludźmi, a kobiety nie lubią innych kobiet za to, jakimi są kobietami”. Dlatego tak często testujemy granice, kokietując chłopaków koleżanek, dlatego próbujemy zakasować je w kategorii „perfekcyjna pani domu”, dlatego tak chętnie ze słodkim uśmiechem udzielamy sobie najgorszych rad. Bo bardzo się kochamy, ale po cichu życzymy sobie źle. Bo jesteśmy feministkami, ale mamy bardzo sprecyzowane poglądy na to, jak powinna zachowywać się kobieta. Bo trudno nam zaakceptować, że ktoś jest ładniejszy, młodszy, mądrzejszy.

Ale jak to się ma do Anieli, Ady i ich białej bielizny? A tak, że zamierzałam napisać lekko zjadliwy tekst o ich wyginaniu się przed kamerą, zarzucaniu włosami, robieniu dzióbków. O tym, że „Kampania o akceptacji siebie” (filmik, z którego wyświetleń dochód zostanie przekazany na fundację osób poparzonych „Jagoda”) to amatorszczyzna, usiana błędami ortograficznymi, grafomańskimi tekstami i tanią afirmacją.

Na filmie dziewczyny pokazują plansze z napisami. „Społeczeństwo widzi w nas wady”, a „nasze lustro mówi, że jesteśmy piękne i wartościowe”, bo „nie ważne, czy jesteś gruby Bóg takim cię stworzył” (pisownia oryginalna). Przesłanie jest proste: problemy pierwszego świata (idealna sylwetka, słodka buzia, ładne ciuchy) nie powinny nam przysłonić problemów prawdziwych. Bo „największym problemem ludzkości jest przejmowanie się ludzką opinią” (nawet nie chcę zaczynać analizy tego językowego łamańca), mówią siostry Fitdevangel. W internecie dziewczyny mają sporo koleżanek: podobnych do nich miłośniczek fitness, solarium i zdrowego jedzenia (to się trochę kłóci, ale co tam), które postanowiły wypłynąć na fali mody na blogi, choć nie mają gustu, pracy, ani potrzeby zatrudnienia redaktora czy korektorki swoich „tekstów”. Niestety wszyscy je znamy. Dziewczyny, które oswajania sprzeczności nauczyły się chyba z kolorowych magazynów, bezpardonowo afirmują piękno niezależne od piękna zewnętrznego, jednocześnie pokazując drabinki na brzuchu, koktajle z zerową ilością kalorii i neonowe ciuszki.

„Nie będę prawić morałów, że trzeba siebie akceptować, nie wykonywać operacji plastycznych i broń Boże nie dotykać henny do brwi czy innych szatańskich przedmiotów. Nie planuję zmieniać świata, jednak chciałabym żeby wszystkie dziewczyny uwierzyły w to, że bez pełnego makijażu można być pięknym. Sama zbyt długo skupiałam się na swoich wadach i obsesyjnie sprawdzałam cenniki wizyt u chirurga plastycznego (serio). Na szczęście na chirurga nie było mnie stać, a w końcu zrozumiałam, że nie spodobam się wszystkim”, pisze jedna z sióstr Bukowskich. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby siostry, a także inne plastikowe it-girls, które znamy, choć to wypieramy: Monika Pietrasińska, Kamilla Golda (której hasło przewodnie brzmi: „We were born to be real, not to be perfect” - „Urodziłyśmy się, żeby być prawdziwymi kobietami, a nie ideałami”, a potem fotografuje się w bikini, podczas treningu i w koszulce Kupisza z orzełkiem) czy Natalia Siwiec, nie rozbijały internetu właśnie swoimi pupami.

Natalia Siwiec, Monika PietrasińskaZagadka: która jest która? I w ogóle kto zacz? (Plotek Exclusive/ WBF)

Taki tekst miałam napisać, ale po drodze zrobiło mi się przykro, wstyd i źle. Bo jeśli zaatakuję siostry, one wytkną mi, że jestem brzydka, gruba i za mało ćwiczę. A jeśli ich nie obśmieję, postąpię niezgodnie ze swoim sumieniem i wbrew opinii wielu moich koleżanek.

Przy okazji przypomniała mi się więc dyskusja przedwyborcza wokół krytycznych głosów kobiet pod adresem Magdaleny Ogórek. Część feministek krytykowała pozostałą część za to, że atakuje kandydatkę, a przecież powinna ją wspierać, bo jest kobietą. Krytykowana część odgryzała się, że to najbardziej antyfeministyczny argument z możliwych, bo jeśli kandydatka jest zła, to jej gender nie gra roli.

Możemy więc krytykować inne kobiety za „nieważne” pisane osobno, białą bieliznę i wąskie horyzonty? A może trzeba wziąć lekcje od mężczyzn i krytykować je nie za ich kobiecość, tylko zwyczajnie za to, że niezbyt dobrze wykonały swoją robotę, jeśli filmik nagrany w słusznej sprawie budzi litość, śmiech i zażenowanie? Z drugiej strony, one dość batów zbiorą już od mężczyzn, więc może naszym zadaniem jest ich bronić, choćbyśmy nie chciały zaliczać się do drużyny anielskich diablic? Na pytanie: „czy feministki muszą kochać wszystkie kobiety”, chyba wciąż nie ma odpowiedzi.

Więcej o: